Świat finansjery [Making Money - pl]
- Автор: Пратчетт Теренс Дэвид Джон
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 978-83-7648-201-9
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Świat finansjery [Making Money - pl]». Краткое содержание книги:
Główny kasjer jest prawie na pewno wampirem. W piwnicy kryje się coś bezimiennego (a i sama piwnica jest raczej bezimienna). Okazuje się też, że Królewska Mennica przynosi straty. Trzystuletni mag zaczepia jego dziewczynę, a jemu samemu grozi ujawnienie mrocznej przeszłości, choć Gildia Skrytobójców może załatwić go wcześniej. Prawdę mówiąc, bardzo wielu ludzi chciałoby widzieć go martwym. Aha... I codziennie musi wyprowadzać prezesa na spacer. Gdzie nie spojrzy, pojawiają się nowi wrogowie.
Czy znajdzie swoje miejsce w tym nowym ŚWIECIE FINASJERY?
Za nim Ludzie z Szop ściskali w dłoniach czapki i wpatrywali się w Moista jak sowy, z wyjątkiem tych chwil, kiedy mówił pan Shady, gdyż wtedy wpatrywali się w jego kark.
Wszyscy zebrali się w oficjalnej szopie pana Shady’ego, wybudowanej wysoko na ścianie jak jaskółcze gniazdo. Trzeszczała, kiedy ktoś się poruszył.
— I oczywiście niektórzy z was nadal będą musieli kierować pracą nakładczą — ciągnął Moist. — Ale ogólnie waszym zadaniem będzie dopilnowanie, żeby ludzie pana Spoolsa zjawiali się punktualnie, zachowywali się należycie oraz przestrzegali odpowiednich procedur bezpieczeństwa.
— Bezpieczeństwo… — powiedział pan Shady, jakby smakował to słowo.
Moist zauważył złośliwe błyski w oczach ludzi. Mówiły wyraźnie: ci nowi odbierają nam mennicę, ale będą musieli nas minąć, żeby wyjść przez te drzwi. Ho, ho!
— No i oczywiście możecie zatrzymać szopy — obiecał Moist. — Mam też plany monet pamiątkowych i innych produktów, więc wasze umiejętności nie będą się marnować. Umowa stoi?
Pan Shady obejrzał się na kolegów, a potem znów spojrzał na Moista.
— Chcielibyśmy o tym porozmawiać — oświadczył.
Moist skinął najpierw jemu, potem na Benta, i ruszył skrzypiącymi, chwiejnymi schodami ku podłodze, gdzie ustawiano już części nowej prasy. Bent otrząsnął się lekko, kiedy ją zobaczył.
— Nie zgodzą się, wie pan — stwierdził z nieskrywaną nadzieją w głosie. — Od setek lat robią wszystko tak samo. I są świetnymi rzemieślnikami!
— Podobnie jak ludzie, którzy wytwarzali krzemienne noże — zauważył Moist. Prawdę rzekłszy, sam się sobie dziwił. To pewnie przez spotkanie z Cribbinsem. Jego mózg gnał teraz jak szalony. — Wie pan, nie lubię patrzeć na niewykorzystane umiejętności — zapewnił. — Ale dam im lepsze pensje, porządną pracę i prawo używania szop. I za sto lat nie dostaną lepszej oferty…
Ktoś schodził po chwiejnych schodach. Moist rozpoznał Młodego Alfa, który — co zdumiewające — zdołał zatrudnić się w mennicy, gdy wciąż był zbyt młody, by się golić, ale wystarczająco stary, by mieć pryszcze.
— Ehm… Ludzie pytają, czy będą odznaki — odezwał się chłopak.
— Właściwie myślałem o mundurach — odparł Moist. — Srebrne półpancerze z herbem miasta i lekkie srebrne kolczugi, żeby wyglądały imponująco, kiedy będziemy mieli gości.
Chłopak wyjął z kieszeni kartkę papieru i sprawdził coś.
— A notatniki?
— Oczywiście. Gwizdki też.
— I jeszcze te… z tymi szopami to pewne?
— Słowo jest dla mnie święte — zapewnił Moist.
— Słowa są może dla pana święte, panie Lipwig — stwierdził Bent, kiedy chłopak pobiegł z powrotem po rozkołysanych schodach. — Ale obawiam się, że doprowadzą nas do ruiny. Bank potrzebuje solidności, niezawodności… wszystkiego, czego symbolem jest złoto.
Moist odwrócił się gwałtownie. To nie był dobry dzień. I noc też nie.
— Panie Bent, jeśli nie podoba się panu to, co robię, nie zatrzymuję pana. Dostanie pan dobre referencje i całe należne panu wynagrodzenie.
Bent wyglądał, jakby dostał w twarz.
— Odejść z banku? Odejść z banku? Jak mógłbym to zrobić? Jak pan śmie!
Nad nimi trzasnęły drzwi. Obaj spojrzeli w górę. Ludzie z Szop schodzili po schodach w uroczystej procesji.
— Teraz się przekonamy — syknął Bent. — Ci ludzie są wartościowi i solidni. Nie zechcą mieć nic wspólnego z pańską krzykliwą propozycją, panie… zarządco areny!
Ludzie z Szop dotarli do stóp schodów. Wszyscy bez słowa spojrzeli na pana Shady’ego, oprócz pana Shady’ego, który spojrzał na Moista.
— Szopy zostają, tak? — zapytał.
— Poddajecie się? — spytał wstrząśnięty Bent. — Po setkach lat?
— No więc… — rzekł pan Shady. — Pogadaliśmy trochę z chłopakami i trudno, w takich czasach człowiek musi myśleć o swojej szopie. A naszym chałupnikom nic nie zagrozi?
— Panie Shady, za elimy gotów jestem iść na barykady — zapewnił Moist.
— Wczoraj rozmawialiśmy też z paroma chłopakami z Urzędu Pocztowego i oni mówią, że możemy wierzyć słowu pana Lipwiga, bo jest prostolinijny jak korkociąg.
— Korkociąg? — zdumiał się Bent.
— Tak, też o to pytaliśmy — odparł Shady. — Wytłumaczyli nam, że czasem trochę kręci, ale to w porządku, bo wyciąga te przeklęte korki!
Pan Bent zrobił ponurą minę.
— Och… — westchnął. — To najwyraźniej jakiś zaciemniający osąd żart, którego nie rozumiem. Proszę wybaczyć, ale mam bardzo wiele pracy, którą muszę się zająć.
Podnosząc i opuszczając stopy, jakby szedł po zmieniających wysokość stopniach, pan Bent oddalił się w urywanym pośpiechu.
— Doskonale, panowie. Dziękuję wam za tę pomocną postawę — rzekł Moist, obserwując znikającą postać. — Ze swojej strony postaram się zamówić te mundury jeszcze dzisiaj.
— Szybko pan działa, zarządco — przyznał Shady.
— Jeśli człowiek stoi w miejscu, dościgną go jego błędy — oświadczył Moist.
Roześmiali się, ponieważ właśnie on to powiedział, ale w jego pamięci wyrosła nagle twarz Cribbinsa i całkiem nieświadomie wsunął dłoń do kieszeni. Musnął palcami pałkę. Będzie musiał teraz nauczyć się jej używać, ponieważ broń, którą człowiek trzyma w ręku i którą nie umie się posłużyć, należy do jego przeciwnika.
Kupił ją… właściwie czemu? Ponieważ była jak zestaw wytrychów: symbolem, mającym dowieść — choćby tylko jemu samemu — że jeszcze się nie poddał, nie do końca, że jakaś jego część wciąż jest wolna. Była jak inne przygotowane tożsamości, plany ucieczki, ukryte pieniądze i przebrania. Mówiły mu, że kiedy tylko zechce, może odejść, wtopić się w tłum, pożegnać papierkową robotę, rozkłady zajęć i te nieskończone, nieustające pragnienie…
Te rzeczy przekonywały go, że w dowolnej chwili może się wycofać. W każdej godzinie, każdej minucie, każdej sekundzie… A ponieważ mógł, nie robił tego — w żadnej godzinie, żadnej minucie i żadnej sekundzie. Musiał być jakiś powód…
— Panie Lipwig! Panie Lipwig! — Młody urzędnik kręcił i kluczył wśród krzątaniny w mennicy, aż wreszcie zdyszany stanął przed Moistem. — Panie Lipwig, jakaś dama czeka na pana w hali i już trzy razy podziękowaliśmy jej za niepalenie, a ona dalej to robi!
Wizja piekielnego Cribbinsa rozwiała się, zastąpiona o wiele lepszą.
No tak. To ten powód…
Panna Adora Belle Dearheart, znana Moistowi jako Igła, stała pośrodku hali banku. Moist kierował się na dym.
— Cześć — powiedziała i to było tyle. — Możesz mnie zabrać z tego wszystkiego?
Skinęła dłonią bez papierosa. Personel znacząco otoczył ją mosiężnymi popielniczkami pełnymi białego piasku. Moist przestawił dwie z nich i wyprowadził ją.
— Jak ci poszło… — zaczął, ale przerwała mu.
— Możemy rozmawiać po drodze.
— A dokąd idziemy? — spytał z nadzieją.
— Na Niewidoczny Uniwersytet — odparła Adora Belle, kierując się do wyjścia.
Miała na ramieniu dużą plecioną torbę, która wyglądała jak wypchana sianem.
— Czyli nie na lunch?
— Lunch może poczekać. To jest ważne.
— Aha…
Pora lunchu trwała na uniwersytecie, gdzie wszystkie posiłki są bardzo ważne. Trudno było znaleźć chwilę, kiedy nie odbywał się właśnie taki czy inny. Biblioteka była nietypowo pusta, a Adora Belle podeszła do pierwszego maga, który nie wydawał się intensywnie zapracowany.