Świat finansjery [Making Money - pl]
- Автор: Пратчетт Теренс Дэвид Джон
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 978-83-7648-201-9
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Świat finansjery [Making Money - pl]». Краткое содержание книги:
Główny kasjer jest prawie na pewno wampirem. W piwnicy kryje się coś bezimiennego (a i sama piwnica jest raczej bezimienna). Okazuje się też, że Królewska Mennica przynosi straty. Trzystuletni mag zaczepia jego dziewczynę, a jemu samemu grozi ujawnienie mrocznej przeszłości, choć Gildia Skrytobójców może załatwić go wcześniej. Prawdę mówiąc, bardzo wielu ludzi chciałoby widzieć go martwym. Aha... I codziennie musi wyprowadzać prezesa na spacer. Gdzie nie spojrzy, pojawiają się nowi wrogowie.
Czy znajdzie swoje miejsce w tym nowym ŚWIECIE FINASJERY?
Był pewien, że ten człowiek nie jest szaleńcem, ale to oczywiste, że dla niego świat dzieje się gdzie indziej. Owlswick przerwał rozpakowywanie pudła.
— Ehm… Nie umiem wymyślać rzeczy — powiedział.
— Co masz na myśli? — zaniepokoił się Moist.
— Nie umiem wymyślać rzeczy — powtórzył Owlswick. Przyglądał się swojemu pędzlowi, jakby się spodziewał, że zacznie gwizdać.
— Przecież jesteś fałszerzem! Twoje znaczki wyglądają lepiej od naszych!
— No, niby tak. Ale nie mam waszego… Nie wiem, jak zacząć… Znaczy, potrzebuję czegoś, żeby się na tym oprzeć… Jak już będzie, to ja…
Musi być czwarta rano, pomyślał Moist. Czwarta rano! Nie cierpię, kiedy są dwie czwarte rano tego samego dnia.
Wyciągnął z pudła Owlswicka kawałek papieru i sięgnął po ołówek.
— Popatrz — rzekł. — Zaczniesz od…
Od czego?
— Bogactwo — powiedział głośno sam do siebie. — Bogactwo i solidność, jak fronton banku. Dużo ozdobnych zawijasów, które trudno skopiować. I… panorama miasta… Tak! Ankh-Morpork, przecież tu chodzi o miasto! Głowa Vetinariego, bo tego będą oczekiwać, i wielkie, grube Jeden, żeby wszyscy wiedzieli, o co chodzi. Aha, jeszcze herb, musimy go mieć. A tutaj, na dole… — ołówek kreślił szybko — …miejsce na podpis prezesa, to znaczy, przepraszam, na odcisk łapy. Z drugiej strony… wiesz, Owlswick, mówimy tu o drobnych szczegółach. Jakiś bóg dodałby powagi. Któryś z tych weselszych. Jak się nazywa ten z trójzębnymi widłami? No, w każdym razie jakiś taki podobny. Cienkie linie, Owlswick, to ważne. No i jeszcze łódź, lubię łodzie. I znowu napisz, że to jest warte dolara. Co by… A tak, nie zaszkodzi jakaś mistyczna bzdura, ludzie uwierzą we wszystko, jeśli brzmi starożytnie i tajemniczo. Na przykład: „Czy pens wdowi nie przyćmi słońca niepokonanego?”.
— Co to znaczy?
— Nie mam bladego pojęcia. Właśnie to wymyśliłem. — Szkicował jeszcze przez chwilę, po czym podsunął papier Owlswickowi. — Coś w tym rodzaju. Spróbuj. Dasz radę coś z tym zrobić?
— Postaram się — obiecał Owlswick.
— Dobrze. Zobaczymy się jut… później. Igor się tobą zaopiekuje.
Owlswick wpatrywał się już w pustkę. Moist pociągnął Igora na bok.
— Tylko ogolić i ostrzyc, jasne?
— Jak pan fobie życzy, fir. Czy mam rację, fądząc, że ten dżentelmen woli unikać kontaktów ze ftrażą?
— Istotnie.
— Żaden problem, fir. Ale fugerowałbym zmianę imienia.
— Dobry pomysł. Jakieś propozycje?
— Podoba mi fię nazwifko Clamp. A jako imię przychodzi na myśl Horrendal.
— Naprawdę? A skąd przyszedł? Nie, nie odpowiadaj. Horrendal Clamp… — Moist zawahał się, ale czy o tej porze nocy warto się kłócić? Zwłaszcza że to już pora niemal poranna… — No więc nazywa się Horrendal Clamp. Dopilnuj, żeby zapomniał o nazwisku Jenkins — dodał z czymś, co w tych okolicznościach, jak sobie później uświadomił, było wyraźnym brakiem zdolności przewidywania.
Przeszedł się do sypialni, ani razu nie kryjąc się po kątach. Strażnicy nigdy nie są w najlepszej formie przed świtem. Budynek jest zamknięty na głucho, prawda? Kto mógłby się tu włamać?
W dole, w pięknie cudzołożonej krypcie, artysta znany niegdyś jako Owlswick patrzył na szkice Moista i czuł, że jego mózg zaczyna musować. To prawda, że nie był w ścisłym sensie szaleńcem. Według pewnych norm był nawet bardzo normalny. Stając wobec świata zbyt ruchliwego, złożonego i niezrozumiałego, by sobie z nim radzić, zredukował go do małego bąbla, akurat tak dużego, by zmieścił jego i jego paletę. Tutaj panowała cisza i spokój. Wszystkie dźwięki odpłynęły daleko, a Oni nie mogli go szpiegować.
— Panie Igorze… — odezwał się.
Igor spojrzał znad skrzyni, w której grzebał. Trzymał w rękach coś podobnego do metalowego durszlaka.
— Czym mogę fłużyć, fir?
— Mógłby mi pan zdobyć jakieś stare księgi z obrazkami bogów i statków, i może też z paroma widokami miasta?
— W famej rzeczy, fir. Przy Haka Lobbingu jeft taki antykwariuf i kfięgarz. — Igor odłożył metalowy instrument, wyciągnął spod stołu wytartą skórzaną torbę, a po krótkim namyśle wrzucił do niej młotek.
Nawet w świecie nowo narodzonego pana Clampa noc była już tak późna, że stała się wczesnym rankiem.
— Eee… Jestem pewien, że można to załatwić za dnia.
— Och, zawfe robię zakupy nocą, kiedy fukam… okazji.
Moist obudził się za wcześnie. Pan Maruda stał mu na piersi i bardzo głośno piszczał swoją gumową kością. W rezultacie Moist został bardzo obficie zaśliniony.
Za Panem Marudą zobaczył Gladys. A za nią dwóch mężczyzn w czarnych garniturach.
— Jego lordowska mość zgodził się pana przyjąć, panie Lipwig — odezwał się jeden z nich całkiem uprzejmie.
Moist spróbował zetrzeć ślinę z klap, ale w efekcie garnitur stał się bardziej wyświecony.
— Czy chcę się z nim spotkać?
Jeden z mężczyzn uśmiechnął się szeroko.
— O tak!
— Po wieszaniu zawsze jestem głodny — oświadczył lord Vetinari, z uwagą zajmując się jajkiem na twardo. — Pan nie?
— Ehm… Byłem wieszany tylko raz — odparł Moist. — Nie miałem ochoty na jedzenie.
— Myślę, że to chłodne poranne powietrze — mówił dalej Vetinari, jakby go nie słyszał. — Dobrze wpływa na apetyt.
Po raz pierwszy spojrzał wprost na Moista i chyba się zatroskał.
— Ojej, ale pan nic nie je, panie Lipwig. Musi pan jeść. Mizernie pan wygląda. Mam nadzieję, że się pan nie przepracowuje.
Gdzieś w drodze do pałacu, myślał Moist, przeszedłem chyba do innego świata. Coś takiego musiało się zdarzyć. To jedyne wytłumaczenie.
— A kto został powieszony? — zapytał.
— Owlswick Jenkins, ten fałszerz. — Vetinari znów zajął się chirurgicznym oddzielaniem żółtka od białka. — Drumknott, może pan Lipwig zjadłby jakieś owoce? Albo tę dziurawiącą jelita mieszaninę ziaren i orzechów, którą tak lubisz?
— Rzeczywiście, sir — zgodził się sekretarz.
Vetinari pochylił się nad stołem, jakby zapraszał Moista do udziału w tajnym porozumieniu.
— Wydaje mi się, że kucharz ma wędzone śledzie dla gwardzistów. Bardzo wzmacniające. Naprawdę blado pan wygląda. Nie sądzisz, że blado wygląda, Drumknott?
— Do granic przejrzystości, sir.
Moist czuł się, jakby ktoś powoli wpuszczał mu do ucha krople kwasu. Zastanawiał się gorączkowo, ale nie przyszło mu do głowy nic lepszego od:
— Czy egzekucja miała wielu widzów?
— Niezbyt. Chyba nie była odpowiednio rozreklamowana. No i oczywiście jego przestępstwo nie łączyło się z wiadrami posoki. Coś takiego zawsze wzbudza entuzjazm tłumów. Ale Owlswick Jenkins był na miejscu, o tak. Nigdy nikomu nie poderżnął gardła, lecz kropla po kropli wykrwawiał miasto.
Vetinari usunął i zjadł całe białko jajka, pozostawiając lśniące, nieskalane żółtko.
Co ja bym zrobił, gdybym był Vetinarim, a moje więzienie miało się stać pośmiewiskiem? Nic nie szkodzi autorytetowi bardziej od śmiechu, myślał Moist. A co ważniejsze, co on by zrobił, gdyby nim był, a oczywiście jest…
Powiesiłbyś kogoś innego, oto co. Znalazłbyś jakiegoś nędznika o podobnej budowie, który czeka w pudle na konopne fandango, i dobiłbyś z nim targu. Jasne, zawiśnie i tak, ale jako Owlswick Jenkins. Ogłosi się, że zastępca został ułaskawiony, ale zginął przypadkiem albo coś w tym rodzaju, a jego kochana mamusia albo jego żona i dziatki dostaną anonimowo worek forsy i oszczędzą sobie trochę wstydu…