Świat finansjery [Making Money - pl]
- Автор: Пратчетт Теренс Дэвид Джон
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 978-83-7648-201-9
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Świat finansjery [Making Money - pl]». Краткое содержание книги:
Główny kasjer jest prawie na pewno wampirem. W piwnicy kryje się coś bezimiennego (a i sama piwnica jest raczej bezimienna). Okazuje się też, że Królewska Mennica przynosi straty. Trzystuletni mag zaczepia jego dziewczynę, a jemu samemu grozi ujawnienie mrocznej przeszłości, choć Gildia Skrytobójców może załatwić go wcześniej. Prawdę mówiąc, bardzo wielu ludzi chciałoby widzieć go martwym. Aha... I codziennie musi wyprowadzać prezesa na spacer. Gdzie nie spojrzy, pojawiają się nowi wrogowie.
Czy znajdzie swoje miejsce w tym nowym ŚWIECIE FINASJERY?
— Chcę zobaczyć Gablotę Osobliwości, ale natychmiast! — zażądała.
— Nie wydaje mi się, żebyśmy coś takiego mieli — odparł mag. — A czyje to?
— Proszę nie kłamać. Nazywam się Adora Belle Dearheart, więc pewnie może sobie pan wyobrazić, że łatwo mnie wyprowadzić z równowagi. Ojciec przyprowadził mnie ze sobą, kiedy wasi ludzie prosili go, żeby obejrzał tę gablotę, jakieś dwadzieścia lat temu. Chcieliście odkryć, jak działają drzwiczki. Ktoś musi pamiętać. Była w dużym pokoju. Bardzo dużym. Miała mnóstwo, naprawdę mnóstwo szuflad. I zabawna rzecz z tymi szufladami była taka, że…
Mag szybko uniósł ręce, jakby chciał zatamować dalszy potok słów.
— Może pani tu minutkę zaczekać?
Czekali pięć. Od czasu do czasu jakiś szpiczasty kapelusz wysuwał się zza regału, by na nich popatrzeć, i uskakiwał, gdy tylko uznał, że został zauważony.
Adora Belle zapaliła nowego papierosa. Moist wskazał jej tabliczkę mówiącą: „Jeśli palisz, dziękujemy za bycie bitym po głowie”.
— To tylko na pokaz — stwierdziła, wypuszczając smużkę błękitnego dymu. — Wszyscy magowie palą jak kominy.
— Ale nie tutaj, jak zauważyłem. Może z powodu wszystkich tych bardzo łatwo palnych książek? Chyba byłoby lepiej…
Poczuł nagły podmuch i zapach tropikalnej dżungli, gdy coś ciężkiego przemknęło mu nad głową i zniknęło w mroku pod sklepieniem, wlokąc za sobą smugę błękitnego dymu.
— Hej, ktoś mi wyrwał… — zaczęła Adora Belle, ale Moist odepchnął ją na bok, gdy stwór znów nad nimi przeleciał, a banan strącił Moistowi kapelusz.
— Tutaj są chyba bardziej stanowczy — powiedział, podnosząc cylinder. — Jeśli to cię pocieszy, bibliotekarz prawdopodobnie chciał właśnie mnie trafić. Potrafi być bardzo szarmancki.
— Aha, to pan Lipwig, poznaję ten strój! — stwierdził starszy mag, który pewnie miał nadzieję, że pojawił się jak z pomocą czarów, ale w rzeczywistości wyszedł zza regału z książkami. — Wiem, że jestem tutaj kierownikiem Katedry Studiów Nieokreślonych, za wszystkie moje grzechy. A pani, drogą eliminacji, musi być panną Dearheart, która pamięta Gablotę Osobliwości? — Kierownik studiów nieokreślonych podszedł bliżej z konspiracyjną miną. Zniżył głos. — Zastanawiam się, czy zdołałbym panią przekonać, by o niej zapomnieć.
— Nie ma szans — odparła Adora Belle.
— Widzi pani, lubimy o niej myśleć jak o jednym z naszych najlepiej strzeżonych sekretów…
— Dobrze. Pomogę wam go zachować.
— Nic, co powiem, nie zdoła pani skłonić do zmiany zdania?
— Nie wiem — przyznała Adora Belle. — Może abrakadabra? Ma pan swoją księgę zaklęć?
Moist był pod wrażeniem. Potrafiła być taka… kłująca.
— Ach, więc to tego rodzaju dama — mruknął ze znużeniem kierownik studiów nieokreślonych. — Nowoczesna… No dobrze. W takim razie lepiej chodźcie ze mną.
— Wytłumacz mi, o co tutaj chodzi — szepnął Moist, kiedy szli za magiem.
— Muszę coś przetłumaczyć — odpowiedziała. — Szybko.
— Nie cieszysz się, że mnie widzisz?
— O tak. Bardzo. Ale muszę coś szybko przetłumaczyć.
— A ta jakaś gablota ci pomoże?
— Możliwe.
— Możliwe? „Możliwe” mogło poczekać na po lunchu, prawda? Gdyby to było „na pewno”, owszem, zrozumiałbym…
— Ojej, chyba znów się zgubiłem, i to nie z mojej winy, muszę dodać — gderał kierownik studiów nieokreślonych. — Obawiam się, że stale zmieniają parametry, a one strasznie przeciekają. Sam nie wiem, dochodzi już do tego, że własne drzwi do człowieka nie należą.
— Jakie miał pan grzechy? — zapytał Moist, rezygnując z przekonywania Adory Belle.
— Słucham? Ojej, co to za plama na suficie? Chyba lepiej nie wiedzieć…
— Jakie grzechy pan popełnił, żeby zostać kierownikiem Katedry Studiów Nieokreślonych? — nie ustępował Moist.
— Och, zwykle mówię to tylko po to, żeby coś powiedzieć — odparł mag. Otworzył drzwi i natychmiast zatrzasnął je nerwowo. — Ale w tej chwili rzeczywiście mam wrażenie, że popełniłem kilka i musiały być gigantyczne. Bo sytuacja jest nie do zniesienia, naturalnie. Mówią, że wszystko w całym tym smętnym wszechświecie jest nieokreślone, ale niby co ja mam z tym zrobić? I oczywiście ta przeklęta gablota robi masę zamętu. Piętnaście lat temu myślałem, że już jej nie zobaczymy… A tak, uważajcie na kałamarnicę, trochę nas ona dziwi, prawdę mówiąc… Aha, tu są właściwe drzwi. — Kierownik pociągnął nosem. — I znajdują się o dwadzieścia pięć stóp od miejsca, gdzie być powinny. Nie mówiłem…?
Drzwi się otworzyły, a potem była już tylko kwestia decyzji, od czego zacząć. Moist zdecydował się na opadnięcie szczęki, co było proste i eleganckie.
Pokój był większy, niż być powinien. Bo przecież żaden pokój nie powinien być szerszy niż na milę, zwłaszcza kiedy od strony korytarza — całkiem zwyczajnego, jeśli pominąć gigantyczną kałamarnicę — ma całkiem zwyczajne pokoje po obu stronach. Po prostu nie miał się gdzie zmieścić.
— Takie rzeczy robi się całkiem łatwo — oświadczył kierownik studiów nieokreślonych, gdy oni wytrzeszczali oczy. — Przynajmniej tak mi mówią — dodał smętnie. — Jak się okazuje, kiedy ściśnie się czas, można rozciągnąć przestrzeń.
— Jak oni to robią? — zapytał Moist, wpatrując się w… w strukturę będącą Gablotą Osobliwości.
— Z dumą muszę zapewnić, że nie mam najmniejszego pojęcia — zapewnił kierownik. — Obawiam się, szczerze mówiąc, że trochę się zgubiłem. Mniej więcej w tym miejscu, w którym przestaliśmy używać cieknących świec. Wiem, że technicznie biorąc, jest to moja katedra, ale uważam, że rozsądniej jest pozwolić im działać. Upierają się, by tłumaczyć mi różne rzeczy, co oczywiście nie pomaga…
Moist, jeśli w ogóle coś sobie wyobrażał, to spodziewał się gabloty. Tak się przecież nazywała, prawda? Ale tym, co wypełniało większą część niemożliwego pokoju, było drzewo o generalnym kształcie wiekowego, rozłożystego dębu. Drzewo w zimie — nie miało żadnych liści.
Ale kiedy umysł myślał już, że znalazł znajome, przyjazne porównanie, musiał pogodzić się z faktem, że drzewo było zbudowane z szafek z szufladami. Wyglądały na drewniane, ale to nie pomagało.
Wysoko w górze, wśród tego, co można by nazwać gałęziami, magowie na miotłach zajęci byli nie wiadomo czym. Wyglądali jak owady.
— Trochę szokuje, kiedy się ją ogląda po raz pierwszy, prawda? — odezwał się przyjazny głos.
Moist odwrócił się i spojrzał na młodego maga w okrągłych okularach, z notatnikiem i tym odrobinę sztywnym wyrazem twarzy, mówiącym: prawdopodobnie wiem więcej, niż możecie sobie wyobrazić, ale mimo to potrafię z rozsądną przyjemnością rozmawiać nawet z takimi jak wy.
— Pan jest Myślak Stibbons, prawda? — domyślił się Moist. — Jedyny, który na uniwersytecie w ogóle pracuje.
Na te słowa inni magowie odwrócili głowy, a Myślak poczerwieniał.
— To całkowita nieprawda — oświadczył. — Pracuję tak samo ciężko jak wszyscy członkowie grona wykładowców. — Jednak szczególny ton jego głosu zdawał się sugerować, że niektórzy członkowie grona wykładowców za bardzo skupiają się na ciężarze, a za mało na pracy. — Kieruję Projektem Gablota. Za swoje grzechy.
— Dlaczego? Co takiego pan zrobił? — zainteresował się Moist, trochę zagubiony w świecie grzechu. — Coś gorszego?
— Zgłosiłem się do kierowania nim — wyjaśnił Myślak. — I muszę przyznać, że przez ostatnie sześć miesięcy dowiedzieliśmy się więcej niż przez poprzednie dwadzieścia pięć lat. Gablota to naprawdę zadziwiający artefakt.