Pan Lodowego Ogrodu. Tom II
- Автор: Гжендович Ярослав
- Серия: Pan Lodowego Ogrodu #2
- Язык: польский
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom II». Краткое содержание книги:
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
Ilustracje Jan J. Marek
Kiedy jednak zaczynam myśleć i odzyskiwać orientację, spada na mnie zmęczenie i znowu zasypiam. Jestem uwięziony w niekończącej się deszczowej nocy. Dzielę czas między sen, jedzenie, wychodek stanowiący część murowanej łaźni, kurs języka Wybrzeża Żagli i seks. Nie mam ubrania, nie wychodzę na dwór i nie wiem, od jak dawna nie widziałem dziennego światła.
Za to podczas krótkich chwil przytomności zaczynam składać pierwsze zdania. Na razie imbecylne: „Ja jeść zupa dobry, dziękuję", ale zawsze to jakieś pierwociny mowy.
Światło dnia oglądam tylko we śnie. Wtedy szybuję niczym ptak nad górami, wśród skał, krzewów i zeschłej trawy. Nieodmiennie trafiam tam, gdzie migoce stal i bryzga krew. Zupełnie jakby coś mnie ściągało.
Jednak odkąd zacząłem odzyskiwać język, coś się zmieniło. W moich snach znowu pojawia się kobieta. Wysoka, niemal mojego wzrostu, w krótkiej tunice i skórzanej zbroi wzmacnianej płytkami, o włosach niczym krwawe płomienie buchające spod głębokiego hełmu. Trzyma włócznię o dwóch ostrzach na każdym końcu drzewca i owalną tarczę. Zawsze stoi wśród walczących, z rozpostartymi ramionami, a u jej stóp dokonuje się masakra.
Nikt jej nie widzi. Uśmiecha się tajemniczo, rozchyla ekstatycznie wargi, a na jej twarz bryzga krew z czyjegoś rozrąbanego gardła.
— Dwa ostrza — mówi do mnie, pokazując włócznię. — Dwa ostrza. Życie i śmierć. Oba ranią. Widzisz?
Mówi powoli i wyraźnie, prostymi zdaniami, właściwie równoważnikami zdań, ale i tak nie od razu rozumiem.
— Dwa ostrza — powtarza. — Miłość i walka. Oba ranią. Widzisz? To ja. Ten sam ogień w żyłach. Furia i smjǿklingä.
Nie znałem wcześniej tego słowa, ale jego znaczenia łatwo się domyślić. Czuję tylko, że jest dosadne, podobnie jak towarzyszący mu gest.
— Jestem Hatrun — mówi. — Ludzki Płomień. Ten, co spala duszę. Daje i zabiera życie. Patrz!
Patrzę więc na masakry, gwałty i ludzi wybuchających dziką żądzą gdzieś w ustronnych miejscach. W stodołach, wśród skał i leśnych turni. I zawsze jest to namiętne, szalone i gwałtowne. Kobiety i mężczyźni zdzierają z siebie ubrania, a potem wpijają się żarliwie w swoje ciała, jakby chcieli się nawzajem pozagryzać.
Hatrun wyciąga przed siebie dziwaczną włócznię: drzewce i mierzące w obie strony żeleźce.
— Możesz wybierać. Życie i śmierć. Oba ranią tak samo. Czy znasz odpowiedź? Umiesz wybrać?
Nie umiem.
Więc budzę się i nie znam odpowiedzi. W gruncie rzeczy nie znam nawet pytania.
— Kiedy ranek? — pytam dziewcząt. Często tak pytam, ale nie dostaję odpowiedzi.
— Ćśśś... — Smukła dłoń zasłania mi usta. — Nie trzeba... Teraz noc. Teraz jest cicho. Bezpiecznie. Źli ludzie śpią. Nie chodzą nocą po górach. Teraz bezpiecznie.
— Kto to jest Hatrun?
Odskakują ode mnie z cichym okrzykiem, zasłaniają twarze i chowają się po kątach.
— Nie mów tak — syczą szeptem. — Nie wołaj jej, jeszcze nie. Teraz jesteś nasz... Teraz jest spokojnie i cicho. Jest ogień i dach. Jest jedzenie. Nie wołaj jej. Za nią idą krew i ból. Nie wołaj. Chodzi tu gdzieś po górach... To zły czas, wojna bogów... Dużo krwi, dużo łez... Ona to lubi. To jej czas.
— Chodź. — Ta młodsza wyciąga ręce. — Weź mnie w ramiona. Nie myśl o niej. Ona jest jak nóż, który rani każdą stroną. Śmieje się, kiedy leją się krew i łzy. Nie wołaj jej. Lepiej weź mnie...
Niewiele można się w ten sposób dowiedzieć.
Przynajmniej uczę się języka.
Po raz kolejny spotykamy się na pobojowisku. Pustej, zasłanej ciałami i potrzaskanym orężem kotlinie wśród skał, gdzie króluje Hatrun. Siedzi na kamiennym tronie z wysokim oparciem, ze skrzyżowanymi nogami, z jedną dłonią na tarczy, drugą trzymającą wspartą jednym ostrzem o ziemię włócznię.
Wokół kłębami snuje się mgła i kraczą kruki przypominające czarne, rozsiane kleksy.
— Musisz mieć klucz — mówi Hatrun. — Dlaczego wciąż zamykasz oczy? Spójrz!
Zeskakuje z kamiennego tronu i podnosi z ziemi czaszkę.
— Patrz! — woła. — Czym jest?
— Śmiercią — odpowiadam.
— Nie! — krzyczy. — Patrz, czym jest naprawdę! Nie widzisz, że to kamień?
Lśniąca, żółtawa czaszka robi się w jej dłoni szara i porowata. Ciężka. Rzeźba z granitu.
— Czym jest? — pyta Hatrun. — Czy może być śmiercią coś, co nigdy nie żyło?
— Także tym jest śmierć — odpowiadam.
— Ślepcze! Nie może być śmiercią! Ma w sobie ptaka! Kamienna czaszka rozpada się jak jajko, ze środka wylatuje biały, pękaty ptak, podobny do gołębia, i wzbija się w niebo, trzepocąc skrzydłami.
— Czym jest? — drąży Hatrun.
— Życiem? — Męczą mnie te gierki. Na jawie nie byłbym taki cierpliwy.
— Przecież to kamień — cedzi Hatrun. Gołąb spada nagle z ciężkim świstem i uderza o ziemię. Nieruchomy i szary, popękany na kilka odłamków.
— Staje się tym, czym chcesz — mówię.
— A ty? Czego chcesz?
Zastanawiam się. Chcę zabić van Dykena. Z różnych powodów. Chcę swój miecz... Przede wszystkim chcę wrócić po moje rzeczy i Jadrana. Ale czy tego chcę naprawdę? Chcę znaleźć moich rozbitków i zakończyć misję. Chcę wrócić na Ziemię i odszukać Deirdre. Czy jest jakaś jedna rzecz, której chcę? Jedna, która ma znaczenie? Zrobić swoje i zachować człowieczeństwo?
Mgłę wokół mnie ścina kolczasty mróz, jakaś niewidzialna siła szarpie skały, wyrywa kamienie, które szybują w górę, spadają martwe, rozkrzyżowane kruki. Zabici wojownicy zaczynają gramolić się na nogi, chwytają się za głowy i krzyczą okropnymi, martwymi głosami. Wśród gotującej się lodowatej mgły wysnuwają się zmiennokształtne widma. Deirdre, van Dyken, potem koń z głową kruka. I wszystkie krzyczą.
— Dosyć! — wrzeszczy Hatrun. — Jedna rzecz! Nie możesz chcieć wszystkiego!
Tornado ucicha. Tylko mgła snuje się jak przedtem.
— Spójrz! — woła Hatrun, wyciągając do mnie rękę. — Czym jest jabłko?
— Owocem — odpowiadam tępo.
— Głupcze! Czym jest! — Przygląda się swojej dłoni, jakby widziała ją po raz pierwszy. Patrzy i mówi, ale teraz nie rozumiem ani słowa. Ciąg monotonnych wyrazów. Nie brzmią jak zaklęcia, raczej jakby ostentacyjnie opowiadała o jabłku, ale w jakimś dziwnym języku. Trwa to przez chwilę, aż w jej tyradzie zaczynają pojawiać się zrozumiałe słowa:
— ...cukru... skóra... — i znowu bełkot — cośtam... coś-tam... wody... cośtam...
Jej dłoń pokrywa się szronem, igły lodu otaczają kręgiem stopy. Trawa rozsypuje się w proch. Lekko drży ziemia.
A potem w krótkim, podobnym do wyładowania błysku pojawia się jabłko.
To znaczy: jabłko... W rzeczywistości jego tutejszy odpowiednik. Owalny owoc o ciemnozielonej, połyskliwej skórce pokrytej pomarańczowymi cętkami.
Jednak leży na dłoni Hatrun, pachnie i lśni. Jak to we śnie.
— Teraz ty! — woła Hatrun. — Czym jest jabłko? Czyżbyś nie wiedział?
Męczą mnie te mistyczne bzdury. Mam znaleźć sedno bycia jabłkiem? Istotę jabłkowatości? Tao szarlotki? Sam mam stać się jabłkiem? Jabłonią, Boże uchowaj?
Uderzenie spada na mnie znikąd, jest niczym wyładowanie paralizatora i zmiata mnie na ziemię, pomiędzy trupy, skały, kości i potrzaskane miecze.
— Głupcze! Chciałeś zmienić siebie czy przywołać jabłko?! Powstań. Powstań i wyciągnij rękę.
Powstaję i wyciągam rękę. Czym jest jabłko? Przypominam sobie jabłka: żółte, czerwone i zielone, czuję w nozdrzach zapach jabłek, dotyk woskowatej skórki, biały, jędrny miąższ zgrzytający w zębach, sok.