Hiob: Komedia sprawiedliwości [Job: A Comedy of Justice - pl]
- Автор: Хайнлайн Роберт Энсон
- Год: 1992
- Язык: польский
- Год: Rebis
- ISBN: 83-05202-43-9
- Переводчик: Michal Jakuszewski
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Hiob: Komedia sprawiedliwości [Job: A Comedy of Justice - pl]». Краткое содержание книги:
Nie wiem, skąd wytrzasnęli tego królewskiego bubka. Być może wysłali po niego do Estorilu, lub nawet sprowadzili go z Bałkanów. Jak zauważył jeden z moich wykładowców historii, nigdy nie brakuje bezrobotnych pretendentów do tronu, poszukujących pracy. Jak sam dobrze wiedziałem, kiedy człowiek jest bezrobotny, nie może być zbyt wybredny. Wmurowywanie kamieni węgielnych nie może być bardziej nudne niż zmywanie naczyń, ale godziny pracy są chyba dłuższe. Tak przynajmniej sądzę, nigdy nie byłem królem. Nie jestem pewien, czy przyjąłbym taką robotę, gdyby mi ją zaproponowano. Ma ona zbyt wiele wad, nie tylko nienormowane godziny.
Z drugiej strony…
Nieprzyjęcie korony, o której wiesz, że ci jej nie zaproponują, to z samego założenia kwaśne winogrona. Wsłuchawszy się w głos swego serca, uznałem, iż byłbym chyba zdolny przekonać sam siebie, że powinienem zdobyć się na to poświęcenie dla dobra ludzkości. Modliłbym się tak długo, aż doszedłbym do wniosku, iż Pan pragnie, żebym przyjął to brzemię.
Nie jestem bynajmniej cyniczny. Wiem, jak łatwo ludzie potrafią przekonać sami siebie, iż Pan pragnie, żeby uczynili to, co przez cały czas chcieli zrobić. Nie jestem pod tym względem lepszy od swoich braci. Najbardziej jednak zaskoczyło mnie to, że Kanada była z nami zjednoczona. Większość Amerykanów nie wie, dlaczego Kanadyjczycy nas nie lubią (ja również nie), tak jednak jest. Na samą myśl, że mogliby się zgodzić na zjednoczenie z nami, mózg lasuje się w głowie.
Podszedłem do biurka i poprosiłem o najnowsze wydanie historii Stanów Zjednoczonych. Gdy tylko jednak zacząłem je czytać, zauważyłem na zegarze ściennym, że zbliża się czwarta… musiałem więc oddać książkę i popędzić do roboty. Nie mogłem wypożyczyć jej do domu, gdyż nie było mnie na razie stać na zapłacenie kaucji, której wymagano od przyjezdnych.
Ważniejsze od politycznych były jednak różnice techniczne i kulturowe. Niemal od razu zrozumiałem, że ten świat jest pod względem naukowym i technicznym bardziej zaawansowany od mojego. Wystarczył mi do tego widok urządzenia zwanego „telewizorem”.
Nie udało mi się zrozumieć, na jakiej zasadzie działa to ustrojstwo. Starałem się dowiedzieć tego w bibliotece, lecz natychmiast nadziałem się na przedmiot zwany „elektroniką”. (Nie „elektryką”, lecz „elektroniką”). Postanowiłem więc dowiedzieć się czegoś o elektronice i natknąłem się na całkowicie zdumiewający matematyczny bełkot. Nigdy od czasów, gdy termodynamika spowodowała, iż uznałem, że mam powołanie kapłańskie, nie napotkałem tak skomplikowanych i napuszonych równań. Nie sądzę, żeby w Rolla Tech potrafiono zgłębić te banialuki. Przynajmniej nie w tym Rolla Tech, w którym studiowałem.
Lecz o przewadze technicznej tego świata świadczyła nie tylko telewizja, ale również wiele innych wynalazków, takich jak na przykład światła na skrzyżowaniach. Niewątpliwie znacie miasta tak zatłoczone, że nie sposób w nich przejść przez szeroką ulicę bez pomocy policjanta. Niewątpliwie nieraz odczuwaliście zdenerwowanie, gdy policjant kierujący ruchem zatrzymywał was; aby przepuścić jakąś bardzo ważną miejscową osobistość lub jakąś podobną szychę. Czy potraficie sobie wyobrazić sytuację, w której intensywnym ruchem ulicznym kieruje się bez udziału policjantów — po prostu za pomocą kolorowych świateł?
Wierzcie mi lub nie, lecz tak właśnie było w Nogales.
Działa to w sposób następujący:
Na każdym z ruchliwych skrzyżowań umieszczacie co najmniej dwanaście świateł — cztery razy po trzy. Każda taka seria skierowana jest w jednym z głównych kierunków i osłonięta tak, że z innych kierunków nie można jej zobaczyć. W każdej serii jest jedno czerwone światło, jedno zielone i jedno bursztynowe. Są to światła elektryczne, na tyle jasne, aby było je widać z odległości mniej więcej mili, nawet w jasnym świetle słońca. Nie są to łuki elektryczne, lecz bardzo silne lampy Edisona — to istotne, ponieważ trzeba je co chwila włączać i wyłączać i muszą one pracować niezawodnie dwadzieścia cztery godziny na dobę przez wiele dni z rzędu. Te światła umieszczane są wysoko na słupach telegraficznych lub zawieszane nad skrzyżowaniami, tak że automobiliści czy cykliści mogą je widzieć z daleka. Gdy światło zielone świeci w kierunku, powiedzmy, północnym i południowym, we wschodnim i zachodnim świeci czerwone. Ruch odbywa się wtedy w kierunku północnym i południowym, podczas gdy ci, którzy jadą na wschód lub zachód muszą stać i czekać, podobnie jakby policjant zagwizdał i ruchem ręki uruchomił strumień pojazdów w kierunku północnym i południowym, a wstrzymał jazdę we wschodnim i zachodnim.
Czy to jasne? Światła zastępują znaki dawane przez policjanta. Bursztynowe światła pełnią tę samą rolę co gwizdek — ostrzegają, że za chwilę sytuacja się zmieni.
Co z tego jednak za zysk? Przecież ktoś — prawdopodobnie policjant — musi przełączać światła w miarę potrzeby. To proste — są one przełączane automatycznie na odległość (nawet wielu mil!) na centralnej tablicy rozdzielczej.
W całym tym systemie odkryłem jeszcze wiele cudów, jak na przykład elektryczne urządzenia liczące, które określają, jak długo powinny świecić się poszczególne światła, aby ruch odbywał się jak najsprawniej, specjalne światła dla skręcających w lewo lub dla pieszych… największy cud stanowi jednak to, że ludzie przestrzegają tych świateł.
Pomyślcie! Nigdzie w pobliżu nie ma policjanta, a ludzie słuchają ślepego i głuchego urządzenia tak, jakby nim było. Czy ludzie są tu tak potulni i posłuszni, że można im tak łatwo rozkazywać? Nie. Zastanawiałem się nad tym, aż znalazłem w bibliotece odpowiednie dane statystyczne. W tym świecie przestępczość z użyciem przemocy jest zjawiskiem częstszym niż w moim. Czy to te dziwne światła to powodują? Nie sądzę. Wydaje się, że ci ludzie, choć skłonni do przemocy wobec siebie nawzajem, przestrzegają tych świateł ulicznych z czystego rozsądku. Być może.
Tak czy inaczej to bardzo dziwne.
Kolejna uderzająca różnica techniczna dotyczy komunikacji powietrznej. Nie ma tu przyzwoitych, czystych, bezpiecznych i cichych sterowców z mojego świata rodzinnego. Nie, nie! Tutejsze maszyny przypominają raczej „aeroplanos” z meksykańskiego świata, w którym Margrethe i ja pracowaliśmy w pocie czoła, aby spłacić nasz dług, zanim wielkie trzęsienie ziemi nie zniszczyło Mazatlanu. Są one jednak znacznie większe, szybsze, bardziej hałaśliwe i latają znacznie wyżej niż znane nam „aeroplanos”, wydaje się więc, że są czymś zupełnie innym. Może rzeczywiście tak jest, ponieważ nazywają je „odrzutowcami”. Czy możecie sobie wyobrazić wehikuł latający na wysokości ośmiu mil nad ziemią? Albo wielki pojazd poruszający się szybciej od dźwięku? Albo też ryk tak głośny, że bolą od niego zęby? Nazywają to „postępem”. Osobiście tęsknię za komfortem i gracją LTA „Graf von Zeppelin”. Nie sposób nigdzie się skryć przed tymi lewiatanami.
Kilka razy w ciągu dnia jeden z nich przelatuje z rykiem nad misją, zniżając lot, aby opaść na lądowisko na północ od miasta. Ten hałas przeszkadza mi i powoduje, że Margrethe robi się nerwowa.
Niemniej większość nowych urządzeń naprawdę oznacza postęp — lepsze wodociągi, lepsze oświetlenie w mieszkaniach i na ulicach, lepsze drogi, lepsze budynki i wiele różnych urządzeń czyniących pracę mniej uciążliwą i bardziej wydajną. Nie byłem nigdy jednym z tych pomyleńców, którzy wzywają do powrotu do natury i głoszą pogardę dla techniki. Mam więcej powodów niż większość ludzi, aby odczuwać respekt dla sztuki inżynierskiej. Większość tych, którzy nią gardzą, umarłaby z głodu, gdyby infrastruktura techniczna zniknęła.