Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #2
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788361187165
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:
Lecz nie było gdzie uciekać. Przez przeciwległą krawędź niecki przelała się nieregularna, postrzępiona linia pstrokatej konnicy. Wolne czaardany, z którymi dowódca Siódmego podpisał kontrakt, również przyłączyły się do zabawy.
Patrząc na tempo, w jakim padali koczownicy, Kailean wątpiła, czy ktokolwiek z nowego oddziału zdąży ściąć się z Se-kohlandczykami. Ci, którzy brali udział w pościgu za czaardanem Laskolnyka, mieli tak zagonione konie, że niektóre po prostu stawały, zwieszając głowy. Zanim ich jeźdźcy zdążyli zeskoczyć z siodeł, z końskiego grzbietu zdejmowało ich pchnięcie lancą lub cios szablą. Jedynie a’keer osłaniający Źrebiarzy miał wypoczęte wierzchowce i to chyba one gnały na czele uciekających.
Źrebiarze, przypomniała sobie. Zostało dwóch i garść strzegących ich konnych. Gdzie?
Pędzili właśnie w stronę środka niecki, tam, gdzie miały się za chwilę zetknąć dwie fale konnych. A za nimi, łopocząc płaszczami jak na jakimś kiczowatym, militarystycznym fresku, sunęła kolejna chorągiew Siódmego, flankowana na skrzydłach przez kilkudziesięciu półdzikich jeźdźców. Jak na komendę wszyscy, kawalerzyści i nieregularna jazda, unieśli łuki i z jakichś stu pięćdziesięciu jardów wypuścili strzały. Te, targnięte dzikim podmuchem, zawirowały w powietrzu i zmieniły tor lotu. Źrebiarze osłaniali się czarami, choć trudno rzucać zaklęcia z grzbietu pędzącego konia. Tymczasem strzały sypały się na nich już nieustannym deszczem, ścigający dobrze wiedzieli, że dopóki czarownicy będą zajmować się pociskami, dopóty nie zdołają odpowiedzieć magią. Stare powiedzenie głosiło, że jak przyciśniesz maga do muru, wal w niego, dopóki nie puści krwi nosem i uszami. I to właśnie robili kawalerzyści, atakowali raz za razem, wiedząc, że w końcu Źrebiarze osłabną lub spóźnią się z reakcją.
– A reszta, kha-dar? Gdzie? – Kocimiętka obserwował rzeź na dole z miną zawodowego żołnierza. – Nas minęły trzy, tam jest jedna. Gdzie pozostałe dwie chorągwie i połowa kontraktowych?
– Tu i tam. – Laskolnyk wykonał nieokreślony gest. – Ktoś musi zająć się tymi, których konie padły po drodze, prawda? I tymi, którzy wzbijali tumany kurzu. I nie popisuj się, Sarden. To jeszcze nie koniec.
Dwa oddziały konnych zderzyły się pośrodku niecki. Właściwie była to rzeź – niespełna setka Błyskawic przeciw sześciu setkom gwardii i trzem nieregularnej jazdy. Nieregularnej w sensie braku jednolitego umundurowania i uzbrojenia, bo większość wolnych czaardanów stanowiły stepowe zabijaki, które pół życia spędziły na takich potyczkach i z których niejeden miał za sobą służbę w wojsku. Więc nie pozwolili się rozerwać, mimo że resztki ostatniego a’keeru najwyraźniej próbowały to zrobić, w ostatniej chwili formując luźny klin. Ale klin został sprawnie stępiony i osadzony w miejscu, a po chwili w jego miejscu widać już było tylko olbrzymie koło, z topniejącym w oczach centrum.
Źrebiarze gnali wprost na to koło, mimo pogoni siedzącej na karku. Przebyli już połowę drogi, zostało im ledwo trzysta pięćdziesiąt, może czterysta jardów. Szukają śmierci?, zdążyła pomyśleć, gdy jakieś dwieście jardów przed uciekającymi podniosły się z ziemi mgliste pasma.
Laskolnyk zareagował pierwszy.
– Naprzód! Cwał!
Ruszyli, poganiając konie do ostatniego, rozpaczliwego zrywu.
Szara mgła podnosiła się coraz wyżej i coraz szerzej rozkładała ramiona. Sunęła w tempie galopującego konia i tylko kilka uderzeń serca dzieliło ją od pochłonięcia zajętych walką chorągwi. Powietrze nad nią skrzyło zamarzniętymi drobinami, ziemia niemal jęczała, w mgnieniu oka skuwana chłodem. To byłaby dobra wymiana, połowa pułku i kilkanaście czaardanów w zamian za trzy a’keery. A w chaosie powstałym po tej rzezi Źrebiarze mogliby uciec, omijając kłębowisko zamarzniętych na kość ciał.
Kailean machinalnie wyciągnęła łuk i założyła ostatnią igłę na cięciwę. To bez sensu, przemknęło jej przez głowę, nie zdążymy, w żaden sposób nie...
Fala gorąca uderzyła w skrzydło mroźnej ściany, przebiła się i runęła na Źrebiarzy. Kailean widziała ją jako smugę falującego powietrza, zostawiającą za sobą pas spopielonych roślin. Żadnych płomieni, żadnego otwartego ognia, sam żar. Kto? – rozejrzała się. Kto uderzył czarem?
Kolejna chorągiew wyłoniła się zza krawędzi niecki, a na jej czele pędził pojedynczy jeździec. Z jego prawej dłoni, wyciągniętej przed siebie, buchało gorąco.
Uciekający skręcili w miejscu, a ściana mrozu, sunąca ku dorzynającym resztki Błyskawic chorągwiom, rozwiała się niemal w oczach. Za to kolejna wyrosła naprzeciw fali gorącego powietrza.
Starcie było krótkie i brutalne, dwa czary, gorąco i mróz, zderzyły się, pożerając się nawzajem. Buchnęły kłęby pary, ziemia zadrżała, jakby dwie gigantyczne bestie zwarły się w walce i jednocześnie padły, pokonane. I tyle. Lecz wojskowy mag osiągnął swój cel, odciągając uwagę Źrebiarza od reszty żołnierzy.
To wtargnięcie w umysł było brutalne. Nieokrzesane i zwierzęce. A ona prawie krzyknęła z radości i zapomniała o wypuszczeniu strzały.
Całym swoim na wpół dzikim jestestwem Berdeth wrócił. I od razu nastąpiło zjednoczenie, aż zakręciło się jej w głowie. Zamknęła oczy.
Niech cię licho, kudłaty durniu, zaklęła w myślach, chcesz, żebym spadła z konia?
Zalały ją obrazy wspomnień. Nieludzkie, w których dominowały szare barwy i kolorowe zapachy. Stepy. Obca obecność. Zaciekawienie. Zaintrygowanie. Odkrycie. Niedowierzanie. Strach. Ból. Gniew. I wreszcie zimna jak ścigające ich niedawno czary – nienawiść.
Pierwszy raz Berdeth przekazywał jej tak wyraźne i skomplikowane odczucia.
Lecz gdy otworzyła oczy i spojrzała na resztki grupy ochraniającej Źrebiarzy, po raz kolejny omal nie spadła z konia.
Uciekający czarownicy kierowali się w jedyną lukę, jaka im pozostała – między czaardan Laskolnyka a próbującą ich zamknąć od drugiej strony chorągiew. Strzały nadal sypały się w ich stronę gęsto, lecz jak do tej pory bezskutecznie. Teraz widziała dlaczego. Ich nie chronił zwykły czar. To nie było nic w stylu używanej przez magów Imperium skoncentrowanej Mocy, która w zależności od aspektu mogła odbijać, spowalniać lub zmieniać kierunek pocisków.