Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód

Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
1 ... 39 40 41 42 43 44 45 46 47 ... 173
Перейти на страницу:

Lecz nie było gdzie ucie­kać. Przez prze­ciw­le­głą kra­wędź niec­ki prze­la­ła się nie­re­gu­lar­na, po­strzę­pio­na li­nia pstro­ka­tej kon­ni­cy. Wol­ne cza­ar­da­ny, z któ­ry­mi do­wód­ca Siód­me­go pod­pi­sał kon­trakt, rów­nież przy­łą­czy­ły się do za­ba­wy.

Pa­trząc na tem­po, w ja­kim pa­da­li ko­czow­ni­cy, Ka­ile­an wąt­pi­ła, czy kto­kol­wiek z no­we­go od­dzia­łu zdą­ży ściąć się z Se-koh­land­czy­ka­mi. Ci, któ­rzy bra­li udział w po­ści­gu za cza­ar­da­nem La­skol­ny­ka, mie­li tak za­go­nio­ne ko­nie, że nie­któ­re po pro­stu sta­wa­ły, zwie­sza­jąc gło­wy. Za­nim ich jeźdź­cy zdą­ży­li ze­sko­czyć z sio­deł, z koń­skie­go grzbie­tu zdej­mo­wa­ło ich pchnię­cie lan­cą lub cios sza­blą. Je­dy­nie a’keer osła­nia­ją­cy Źre­bia­rzy miał wy­po­czę­te wierz­chow­ce i to chy­ba one gna­ły na cze­le ucie­ka­ją­cych.

Źre­bia­rze, przy­po­mnia­ła so­bie. Zo­sta­ło dwóch i garść strze­gą­cych ich kon­nych. Gdzie?

Pę­dzi­li wła­śnie w stro­nę środ­ka niec­ki, tam, gdzie mia­ły się za chwi­lę ze­tknąć dwie fale kon­nych. A za nimi, ło­po­cząc płasz­cza­mi jak na ja­kimś ki­czo­wa­tym, mi­li­ta­ry­stycz­nym fre­sku, su­nę­ła ko­lej­na cho­rą­giew Siód­me­go, flan­ko­wa­na na skrzy­dłach przez kil­ku­dzie­się­ciu pół­dzi­kich jeźdź­ców. Jak na ko­men­dę wszy­scy, ka­wa­le­rzy­ści i nie­re­gu­lar­na jaz­da, unie­śli łuki i z ja­kichś stu pięć­dzie­się­ciu jar­dów wy­pu­ści­li strza­ły. Te, tar­gnię­te dzi­kim po­dmu­chem, za­wi­ro­wa­ły w po­wie­trzu i zmie­ni­ły tor lotu. Źre­bia­rze osła­nia­li się cza­ra­mi, choć trud­no rzu­cać za­klę­cia z grzbie­tu pę­dzą­ce­go ko­nia. Tym­cza­sem strza­ły sy­pa­ły się na nich już nie­ustan­nym desz­czem, ści­ga­ją­cy do­brze wie­dzie­li, że do­pó­ki cza­row­ni­cy będą zaj­mo­wać się po­ci­ska­mi, do­pó­ty nie zdo­ła­ją od­po­wie­dzieć ma­gią. Sta­re po­wie­dze­nie gło­si­ło, że jak przy­ci­śniesz maga do muru, wal w nie­go, do­pó­ki nie pu­ści krwi no­sem i usza­mi. I to wła­śnie ro­bi­li ka­wa­le­rzy­ści, ata­ko­wa­li raz za ra­zem, wie­dząc, że w koń­cu Źre­bia­rze osłab­ną lub spóź­nią się z re­ak­cją.

– A resz­ta, kha-dar? Gdzie? – Ko­ci­mięt­ka ob­ser­wo­wał rzeź na dole z miną za­wo­do­we­go żoł­nie­rza. – Nas mi­nę­ły trzy, tam jest jed­na. Gdzie po­zo­sta­łe dwie cho­rą­gwie i po­ło­wa kon­trak­to­wych?

– Tu i tam. – La­skol­nyk wy­ko­nał nie­okre­ślo­ny gest. – Ktoś musi za­jąć się tymi, któ­rych ko­nie pa­dły po dro­dze, praw­da? I tymi, któ­rzy wzbi­ja­li tu­ma­ny ku­rzu. I nie po­pi­suj się, Sar­den. To jesz­cze nie ko­niec.

Dwa od­dzia­ły kon­nych zde­rzy­ły się po­środ­ku niec­ki. Wła­ści­wie była to rzeź – nie­speł­na set­ka Bły­ska­wic prze­ciw sze­ściu set­kom gwar­dii i trzem nie­re­gu­lar­nej jaz­dy. Nie­re­gu­lar­nej w sen­sie bra­ku jed­no­li­te­go umun­du­ro­wa­nia i uzbro­je­nia, bo więk­szość wol­nych cza­ar­da­nów sta­no­wi­ły ste­po­we za­bi­ja­ki, któ­re pół ży­cia spę­dzi­ły na ta­kich po­tycz­kach i z któ­rych nie­je­den miał za sobą służ­bę w woj­sku. Więc nie po­zwo­li­li się ro­ze­rwać, mimo że reszt­ki ostat­nie­go a’ke­eru naj­wy­raź­niej pró­bo­wa­ły to zro­bić, w ostat­niej chwi­li for­mu­jąc luź­ny klin. Ale klin zo­stał spraw­nie stę­pio­ny i osa­dzo­ny w miej­scu, a po chwi­li w jego miej­scu wi­dać już było tyl­ko ol­brzy­mie koło, z top­nie­ją­cym w oczach cen­trum.

Źre­bia­rze gna­li wprost na to koło, mimo po­go­ni sie­dzą­cej na kar­ku. Prze­by­li już po­ło­wę dro­gi, zo­sta­ło im le­d­wo trzy­sta pięć­dzie­siąt, może czte­ry­sta jar­dów. Szu­ka­ją śmier­ci?, zdą­ży­ła po­my­śleć, gdy ja­kieś dwie­ście jar­dów przed ucie­ka­ją­cy­mi pod­nio­sły się z zie­mi mgli­ste pa­sma.

La­skol­nyk za­re­ago­wał pierw­szy.

– Na­przód! Cwał!

Ru­szy­li, po­ga­nia­jąc ko­nie do ostat­nie­go, roz­pacz­li­we­go zry­wu.

Sza­ra mgła pod­no­si­ła się co­raz wy­żej i co­raz sze­rzej roz­kła­da­ła ra­mio­na. Su­nę­ła w tem­pie ga­lo­pu­ją­ce­go ko­nia i tyl­ko kil­ka ude­rzeń ser­ca dzie­li­ło ją od po­chło­nię­cia za­ję­tych wal­ką cho­rą­gwi. Po­wie­trze nad nią skrzy­ło za­mar­z­nię­ty­mi dro­bi­na­mi, zie­mia nie­mal ję­cza­ła, w mgnie­niu oka sku­wa­na chło­dem. To by­ła­by do­bra wy­mia­na, po­ło­wa puł­ku i kil­ka­na­ście cza­ar­da­nów w za­mian za trzy a’ke­ery. A w cha­osie po­wsta­łym po tej rze­zi Źre­bia­rze mo­gli­by uciec, omi­ja­jąc kłę­bo­wi­sko za­mar­z­nię­tych na kość ciał.

Ka­ile­an ma­chi­nal­nie wy­cią­gnę­ła łuk i za­ło­ży­ła ostat­nią igłę na cię­ci­wę. To bez sen­su, prze­mknę­ło jej przez gło­wę, nie zdą­ży­my, w ża­den spo­sób nie...

Fala go­rą­ca ude­rzy­ła w skrzy­dło mroź­nej ścia­ny, prze­bi­ła się i ru­nę­ła na Źre­bia­rzy. Ka­ile­an wi­dzia­ła ją jako smu­gę fa­lu­ją­ce­go po­wie­trza, zo­sta­wia­ją­cą za sobą pas spo­pie­lo­nych ro­ślin. Żad­nych pło­mie­ni, żad­ne­go otwar­te­go ognia, sam żar. Kto? – ro­zej­rza­ła się. Kto ude­rzył cza­rem?

Ko­lej­na cho­rą­giew wy­ło­ni­ła się zza kra­wę­dzi niec­ki, a na jej cze­le pę­dził po­je­dyn­czy jeź­dziec. Z jego pra­wej dło­ni, wy­cią­gnię­tej przed sie­bie, bu­cha­ło go­rą­co.

Ucie­ka­ją­cy skrę­ci­li w miej­scu, a ścia­na mro­zu, su­ną­ca ku do­rzy­na­ją­cym reszt­ki Bły­ska­wic cho­rą­gwiom, roz­wia­ła się nie­mal w oczach. Za to ko­lej­na wy­ro­sła na­prze­ciw fali go­rą­ce­go po­wie­trza.

Star­cie było krót­kie i bru­tal­ne, dwa cza­ry, go­rą­co i mróz, zde­rzy­ły się, po­że­ra­jąc się na­wza­jem. Buch­nę­ły kłę­by pary, zie­mia za­drża­ła, jak­by dwie gi­gan­tycz­ne be­stie zwar­ły się w wal­ce i jed­no­cze­śnie pa­dły, po­ko­na­ne. I tyle. Lecz woj­sko­wy mag osią­gnął swój cel, od­cią­ga­jąc uwa­gę Źre­bia­rza od resz­ty żoł­nie­rzy.

To wtar­gnię­cie w umysł było bru­tal­ne. Nie­okrze­sa­ne i zwie­rzę­ce. A ona pra­wie krzyk­nę­ła z ra­do­ści i za­po­mnia­ła o wy­pusz­cze­niu strza­ły.

Ca­łym swo­im na wpół dzi­kim je­ste­stwem Ber­deth wró­cił. I od razu na­stą­pi­ło zjed­no­cze­nie, aż za­krę­ci­ło się jej w gło­wie. Za­mknę­ła oczy.

Niech cię li­cho, ku­dła­ty dur­niu, za­klę­ła w my­ślach, chcesz, że­bym spa­dła z ko­nia?

Za­la­ły ją ob­ra­zy wspo­mnień. Nie­ludz­kie, w któ­rych do­mi­no­wa­ły sza­re bar­wy i ko­lo­ro­we za­pa­chy. Ste­py. Obca obec­ność. Za­cie­ka­wie­nie. Za­in­try­go­wa­nie. Od­kry­cie. Nie­do­wie­rza­nie. Strach. Ból. Gniew. I wresz­cie zim­na jak ści­ga­ją­ce ich nie­daw­no cza­ry – nie­na­wiść.

Pierw­szy raz Ber­deth prze­ka­zy­wał jej tak wy­raź­ne i skom­pli­ko­wa­ne od­czu­cia.

Lecz gdy otwo­rzy­ła oczy i spoj­rza­ła na reszt­ki gru­py ochra­nia­ją­cej Źre­bia­rzy, po raz ko­lej­ny omal nie spa­dła z ko­nia.

Ucie­ka­ją­cy cza­row­ni­cy kie­ro­wa­li się w je­dy­ną lukę, jaka im po­zo­sta­ła – mię­dzy cza­ar­dan La­skol­ny­ka a pró­bu­ją­cą ich za­mknąć od dru­giej stro­ny cho­rą­giew. Strza­ły na­dal sy­pa­ły się w ich stro­nę gę­sto, lecz jak do tej pory bez­sku­tecz­nie. Te­raz wi­dzia­ła dla­cze­go. Ich nie chro­nił zwy­kły czar. To nie było nic w sty­lu uży­wa­nej przez ma­gów Im­pe­rium skon­cen­tro­wa­nej Mocy, któ­ra w za­leż­no­ści od aspek­tu mo­gła od­bi­jać, spo­wal­niać lub zmie­niać kie­ru­nek po­ci­sków.

1 ... 39 40 41 42 43 44 45 46 47 ... 173
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)