Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #4
- Год: 2015
- Язык: польский
- Год: satan
- ISBN: 9788364384257
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:
Harudi okazał się głupcem albo szaleńcem, albo świętym, co na jedno wychodzi. Próbował „ocalić” dla Issaram coś z dawnych, sięgających Wojen Bogów wierzeń, a zakuł ich w kajdany religijnych powinności, relikt przeszłości, który zastygł w czasie niczym owad uwięziony w bursztynie.
Więc teraz zerwanie więzi z tymi, których Yatech uważał za swoich pobratymców, powinno być proste.
A jednak…
Wszystko, co wydawało się takie proste, zmieniło się w jednej chwili, gdy w ogniu płonącym pośrodku kręgu kamiennych siedzisk ujrzał ją.
Deana.
Jak tam trafiłaś? Jaka siła wplątała cię w sam środek tej gierki między Nieśmiertelnymi?
Yatech wiedział już bowiem przynajmniej jedno.
W takim starciu człowiek znaczy mniej niż pyłek między obracającymi się żarnami.
Rozdział 12
Wymknęła się tuż przed świtem. Zostawiła im całą wodę i wszystkie zapasy. Jeśli nie uda jej się wrócić, da im to jeszcze trochę czasu. Omenar miał rację. Bez wody wytrzymają dzień, dwa, może trzy. A potem? Porywacze nadal chcieli księcia żywego, a on mógł w końcu wyb… uśmiechnęła się kwaśnym grymasem… wybłagać życie dla swego sługi.
Ona nie mogła liczyć na litość bandytów. Nie po tym, jak przelała krew ich kamratów. Cokolwiek by mówić o honorze zbirów, za krew zawsze odpłacali krwią.
Ale teraz… Nim słońce uśmiechnie się do świata znad horyzontu, nim nocny chłód wpełznie pod kamienie, nastał czas łowów. Bandyci zapewne wciąż ich tropili, po dwóch, trzech przeczesywali okolicę, i zapewne mieli ze sobą wodę. Na wpół wypełniony bukłak byłby wart więcej niż wszystkie skarby wszystkich królestw świata. Jeśli uda jej się znaleźć jakichś myśliwych…
Przystanęła w głębokim cieniu, lustrując uważnie najbliższą okolicę. Czas jej sprzyjał, przedświt zawsze rozleniwiał strażników, tłumił czujność łowców. Ci, którzy przeczesywali okolicę, chcieli już zapewne wrócić do obozowiska i odpocząć. Wiedzieli, że ich zwierzyna nie zaryzykuje wędrówki za dnia. Jeśli na dodatek rzeczywiście był z nimi obdarzony magicznym talentem tropiciel, być może czekał właśnie na ruch uciekinierów.
Deana przymknęła oczy.
Wielka Pani, jestem pyłem na obliczu świata, lecz moje dłonie dzierżą nie tylko mój los. Daj mi siłę, bym poniosła ten ciężar, jeśli nie ku życiu, to choć prosto w Twoje ręce. Daj mi mądrość, bym rozpoznała, która ścieżka…
Czar zaskoczył ją, uderzył w bok, wyrwał z kryjówki. Potoczyła się po skale. Czuła, jak zaklęcie wciska jej swoje zimne paluchy do oczu, uszu i nosa, jak dławi otwarte w krzyku usta, jak wyrywa z dłoni szablę. Uderzyła brutalnie o jakiś głaz, czar przycisnął ją do szorstkiej powierzchni, mocno, jeszcze mocniej, jakby próbował rozetrzeć ciało o kamień. Nagle puścił i w tej samej chwili zbrojni pojawili się wokół, jeden kopniakiem posłał jej broń w bok, i był to jedyny kopniak, którego nie poczuła. Pozostałe spadły na nią, wraz z uderzeniami pięści i kijów, jak kamienna lawina.
Bili raz za razem, ciosami podszytymi strachem i nienawiścią, aż w końcu coś pękło jej z boku. Żebra. A potem rzucili się na nią we trzech czy czterech, przycisnęli do ziemi, wykręcili ręce, zawiązali rzemienie.
Po chwili posadzili ją pod głazem, siłą unieśli głowę.
Dopiero wtedy podszedł mag, powoli, jakby lekko onieśmielony. Luźna szata łopotała wokół niego, szarpana wiatrem, który nie poruszał nawet ziarna piasku. Z czubków palców, na podobieństwo siwego dymu, ściekały czary.
– Zdziwiona?
Nie odpowiedziała, omiatając obojętnym wzrokiem szare łachmany i niewolniczą obrożę. Uśmiechnął się do niej pieńkami zębów.
– Byłaś sprytna. Bardzo sprytna i przewidująca. Ale to nie wystarczy, by wywieść mnie w pole.
– Uciekłam.
– A ja cię schwytałem. – Mężczyzna uniósł dłoń w geście, jakiego nie znała.
Pojawił się ten, którego do tej pory uważała za przywódcę bandytów. Teraz nie mogło już być wątpliwości, kto jest panem, a kto sługą. Ten, którego miała za herszta, nie ośmielił się podejść bliżej niż na trzy kroki do obszarpańca, zatrzymywał wzrok na wysokości jego stóp, zachowywał się niczym koza w towarzystwie oswojonego lwa.
Strach emanował z niego niemal tak samo, jak magia z dłoni czarownika.
– Co rozkażesz, panie? – zapytał cicho, rzucając Deanie pełne nienawiści spojrzenie. Zapewne jeśli nawet nie został jeszcze ukarany za ich ucieczkę, to kara została co najwyżej odroczona. – Możemy ją razdwa wypytać.
Mimowolnie położył dłoń na rękojeści noża.
– Nie. – Starzec uśmiechnął się jeszcze szerzej. – Spójrz na nią. Nic nie piła od dwóch dni, oni zapewne też, więc są słabi. Nie mogła odejść daleko. Jednak znam Issaram, ona ich nie wyda, przynajmniej nie nazbyt szybko. Spróbujemy inaczej.
Przykucnął naprzeciw Deany. Poczuła nagle sól na języku, a mgliste pasma ścielące się z jego palców dotknęły jej nogi. Chłód był niemal przyjemny.
– Popełniłem błąd, zostawiając cię przy życiu, zresztą jego sługę też, ale zrozum, nie mogłem się oprzeć. Lecz czyż kamień może być liściem? Na mojej arenie od lat nie walczyła żadna issarska zabójczyni. – Zmrużył lekko oczy, a wokół jej nogi zamknęły się lodowe kły. – Właściwie to nigdy nie walczyła. Byłabyś pięknym prezentem dla miłości mego życia, a ona z pewnością doceniłaby cię bardziej niż kogokolwiek innego. Lecz to przepadło. – Mlasnął językiem, zionąc jej w twarz wonią czosnku. – Jestem zaszczycony, że mam cię za wroga, wojowniczko. Gdyby było dość czasu i gdyby chodziło tylko o ciebie, z przyjemnością ofiarowałbym ci powolną, bolesną śmierć, rozciągniętą na wiele dni.
Westchnął i, na Łzy Matki, wydawał się szczerze zasmucony.
– Nie obiecam ci życia, złota, klejnotów ani wolności, tylko prawdę, bo powiadają, że należy być szczerym wobec umierającego, by nie zabrał kłamstwa w drogę na drugą stronę Mroku. Więc będę szczery. Mogę cię wydać moim ludziom i wierz mi, upłynie wiele godzin, nim się tobą znudzą. Mogę też zadać ci ból, który złamałby największego bohatera…
Lodowate kły wgryzły się głębiej, aż do kości. Jęknęła.
– Ale tu nie chodzi o ciebie, lecz o księcia. Oboje wiemy, że jeśli go nie znajdę, umrze tu razem ze swoim sługą. Nie pił tak samo długo jak ty, więc jeszcze dzień, najdalej dwa, i obaj będą martwi. A w tym labiryncie możemy szukać zbyt długo. Jestem ich jedyną szansą na przeżycie. Twoją… nie. Za dużo sprawiłaś mi kłopotów, więc jeśli powiesz mi, gdzie się chowają, dam ci szybką śmierć i… – wyciągnął nagle rękę w kierunku jej ekchaaru, szarpnęła się w tył, uderzając potylicą o kamień – … nie obejrzę sobie twojej twarzy, nim nie umrzesz.
Kilku bandytów zarechotało. Czarownik pochylił się bardziej, owiał ją czosnkowym oddechem.
– To odpowiedni czas, nie sądzisz? Znam wasze przesądy. Jeśli ktoś zobaczy twoją twarz, ty lub on musicie umrzeć przed najbliższym wschodem słońca. Czasem więc masz na załatwienie takiej sprawy niemal cały dzień i noc, czasem zaś – wskazał różowiejący horyzont – trzy kwadranse, może mniej. Więc jak? Powiesz mi?
Pokręciła głową, po raz pierwszy żałując, że nie może komuś splunąć pod nogi.
Uderzył czarem, nagle, paraliżując ją zimnem, po czym sięgnął po ekchaar. Zasłona poddała się dopiero trzeciemu szarpnięciu, i nagle jej naga twarz znalazła się na widoku wszystkich. To była jedyna rzecz, o jakiej mogła teraz myśleć. Jej twarz była naga, a obcy mogli na nią patrzeć.
Jak zza ściany usłyszała gwizdy, pohukiwania i głośne śmiechy. Bandyci tłoczyli się wokół niej, pokazywali sobie palcami, wykonywali sprośne gesty.