Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
Pelagia i czerwony kogut - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pelagia i czerwony kogut

Электронная книга - «Pelagia i czerwony kogut». Краткое содержание книги:

Na płynącym Rzeką parowcu Jesiotr zebrało się barwne towarzystwo pielgrzymujących do Ziemi Świętej. Wśród pasażerów są tez znajdy, odstępcy od wiary prawosławnej, którym przewodzi charyzmatyczny Manujła. Sytuacja nabiera dramatyzmu, gdy w kajucie ktoś znajduje jego zwłoki. A jeszcze większą niespodzianką okaże się ujawnienie prawdziwej tożsamości domniemanego proroka. Próby wyjaśnienia tajemnicy Manujły zawiodą Pelagię najpierw do małej wioski, zagubionej w nieprzebytych poduralskich lasach, a następnie do Ziemi Świętej, dokąd podąży za nią bezwzględny prześladowca. Pojawi się również czerwony kogut, który swoim pianiem sprawia, że rozstępują się ciemności i światło dnia zmusza do ucieczki demony nocy potrafi on wskazać wyjście z jaskini, a taka pomoc będzie siostrze Pelagii bardzo potrzebna.
1 ... 39 40 41 42 43 44 45 46 47 ... 104
Перейти на страницу:

Wyznanie to bardzo poruszyło wrażliwą rozmówczynię.

– Jakże to?! – zawołała zaniepokojona. – Czyż nie macie tutaj, w Ziemi Świętej, zwolenników? Kto uchroni białe owieczki przed czarnymi? Gdzie są ci wasi „oprycznicy"?

– Tam, gdzie powinni być – w Rosji mateczce. W Moskwie, Kijowie, Połtawie, Żytomierzu.

– W Żytomierzu? – powtórzyła z najżywszym zainteresowaniem Polina Andriejewna.

– Tak, żytomierzanie to obrońcy pewni, bojowi. Żydom nie folgują, a ponadto przyglądają się też ich poplecznikom. Gdyby ten obrzydliwy Manujła zaczął mącić wodę w Żytomierzu albo gdyby ten nosaty, którego dopiero co wyrzuciłem, śmiałby mnie, osobie duchownej, grozić, natychmiast zrobiliby z nimi porządek!

Wspomnienie o niedawnej kłótni na nowo rozdrażniło ojca Agapiusza.

– Poskarży się archimandrycie! Ten zaś tylko się ucieszy. Naszego przewielebnego opanował bies wszechprzebaczenia, a ja stoję mu kością w gardle. Przepędzą mnie stąd, siostro – wyrzekł z goryczą zwolennik czystej wiary. – Nie pasuje im moja niezłomność. Przyjdziesz spowiadać się następnym razem, a mnie już tu nie będzie.

– To jesteście tu całkowicie osamotnieni? – spytała Polina Andriejewna, wyraźnie rozczarowana, i niby do siebie dodała: – Ach, to nie to, zupełnie nie to.

– Co „nie to"? – zdziwił się pop.

Tu z oblicza pątniczki zniknęła uprzednia przymilność: spojrzała twardo ojcu Agapiuszowi w oczy, odczuwając zgoła niechrześcijańskie pragnienie, by temu niemiłemu człowiekowi powiedzieć coś nieprzyjemnego – coś, co by nim wstrząsnęło. To nic takiego, można, poddała się pokusie. Gdybym była w riasie, to nie, ale w świeckiej sukni można.

– A wy to przypadkiem nie macie w sobie krwi żydowskiej? – zapytała Polina Andriejewna.

– Co?!

– Wiecie, ojcze, na uniwersytecie słuchałam wykładów z antropologii. I mówię wam: wasza mama albo może babka zgrzeszyła z Żydem. Proszę spojrzeć w lustro: odległość między oczami niewielka, wyraźnie semickiego typu, nos haczykowaty, włosy też się trochę kędzierzawią, ponadto charakterystyczne uszy, ale najważniejsze to absolutnie brachicefalny kształt czaszki...

– Jaki?! – zakrzyknął przerażony ojciec Agapiusz, chwytając się za głowę (która, by zachować ścisłość, należała raczej do typu dolichocefalnego).

– No nie. – Pelagia pokręciła głową. – Nie będę ryzykowała spowiedzi u Żyda. Lepiej zaczekam w kolejce do ojca Januarego.

Po tych słowach wyszła z namiotu, nad wyraz z siebie zadowolona.

Okazało się, że przy namiocie stoi jakiś pielgrzym: chłop w wysokiej filcowej czapie, zarośnięty gęsto niemal po same oczy.

– Lepiej niech pan idzie do innych kapłanów – poradziła mu pani Lisicyna. – Ojciec Agapiusz źle się czuje.

Chłop nie odpowiedział, a nawet się odwrócił – wyraźnie nie chciał pokalać się przed spowiedzią widokiem kobiety. Kiedy jednak pątniczka odeszła, obrócił się i odprowadził ją wzrokiem.

Cichutko zamruczał:

– No, no...

VIII

„CHRYSTUSOWI OPRYCZNICY"

Berdyczowskiego ugryzła mucha

Matwieja Bencjonowicza nie można było poznać, zupełnie jakby ktoś człowieka odmienił – mówili o tym i podwładni, i znajomi, i domowi.

Gdzie zniknęła dawna miękkość i skłonność do peszenia się przy byle okazji? Zwyczaj uciekania wzrokiem podczas rozmowy? Bąkania i przetykania wypowiedzi rozmaitymi zbędnymi „czy zdajecie sobie sprawę", „jeśli państwo pozwolą" i „prawdę mówiąc"? Wreszcie śmieszny zwyczaj – w razie jakichkolwiek kłopotów – chwytania się palcami za długi nos i pokręcania nim niczym śrubą albo wkrętem?

Wydatne i nieco bezwolne usta Berdyczowskiego stały się teraz twarde i pewne siebie, brązowe oczy zyskały barwę roztopionej stali z pomarańczowym pobłyskiem, mowa zaś nabrała rzeczowości. Słowem, miły, inteligentny człowiek stał się prawdziwym, surowym prokuratorem.

Pierwsi tę metamorfozę radcy stanu odczuli na sobie jego podwładni.

Rankiem, po „ewakuacji" siostry Pelagii, zwierzchnik przyszedł do pracy skoro świt, stanął w drzwiach z zegarkiem w ręku i karcił surowo każdego, kto zjawił się w urzędzie później niż o ustalonej godzinie, która do tej pory uważana była przez wszystkich, w tej liczbie i przez prokuratora okręgowego, za pewną abstrakcyjną umowność. Następnie Matwiej Bencjonowicz wezwał do siebie jednego po drugim pracowników wydziału śledczego i każdemu przydzielił odrębne zadanie, niby całkowicie jasne co do swej istoty, ale nieco mgliste, jeśli chodzi o cel nadrzędny. Dawniej bywało, że prokurator zbierze wszystkich i zacznie rozwlekle rozprawiać o strategii i ogólnym obrazie dochodzenia, teraz jednak żadne wyjaśnienia nie nastąpiły: zechciej robić, co polecono, i nie dyskutuj. Urzędnicy wychodzili z gabinetu zwierzchnika skoncentrowani i chmurni, a na pytania kolegów machali jedynie ręką – nie ma czasu – i pędzili do pracy. Z racji niewielkiej przestępczości na Zawołżu prokuratura była dotąd najbardziej flegmatycznym urzędem w guberni, aż tu nagle zaczęła przypominać sztab dywizji w czasie manewrów: urzędnicy już nie pełzali jak muszki, ale rozbiegli się niczym karaluchy; drzwi zamykały się nie z grzecznym „klik-klik", ale z ogłuszającym trzaskiem, a do aparatu telegraficznego niemal bez przerwy ustawiała się niecierpliwa kolejka.

Następną ofiarą bezwzględności Berdyczowskiego stał się sam gubernator, dobroduszny Antoni Antonowicz von Hagenau. Po swym nagłym przeobrażeniu prokurator przestał zupełnie pokazywać się w Klubie Szlacheckim, gdzie dawniej lubił posiedzieć godzinkę, dwie, analizując partie szachowe, jednak tradycyjnego wtorkowego preferansa u pana barona nie ośmielił się zlekceważyć. Siedział w niezwykłym dla niego milczeniu i popatrywał na zegarek. Kiedy zaś wistował w parze z jego ekscelencją przeciwko naczelnikowi urzędu skarbowego, gubernator pozwolił sobie na przeoczenie – pobił królem damę prokuratora. Dawny Matwiej Bencjonowicz uśmiechnąłby się tylko i powiedział: „Nic takiego, to ja pana zmyliłem", ale nowy rzucił karty na stół i nazwał Antoniego Antonowicza ofermą. Gubernator zamrugał swymi białymi bałtyckimi rzęsami i żałośliwie obejrzał się na małżonkę, Ludmiłę Płatonownę.

Do niej zaś zdążyły dotrzeć już niepokojące słuchy z prokuratury, postanowiła więc nie odkładać sprawy i zaraz nazajutrz złożyć wizytę prokuratorowej Marii Gawriłownie.

Tak też zrobiła. Ostrożnie, przy kawie, zainteresowała się zdrowiem Matwieja Bencjonowicza: a może na jego zachowanie wpływ ma czterdziestka – granica, która dla wielu mężczyzn nie jest łatwa do przekroczenia.

Zmienił się – poskarżyła się prokuratorowa. Zupełnie jakby Motię ugryzła jakaś mucha – stał się drażliwy, prawie nic nie je, a w nocy zgrzyta zębami. Maria Gawriłowna zaraz jednak przeszła do spraw bardziej istotnych: Kiriusza ma przewlekłą biegunkę, a Sonieczkę coś obsypało, nie daj Boże odra.

– Kiedy mój Antosza skończył czterdziestkę, to też się zbiesił. – Ludmiła Płatonowa wróciła do tematu mężów. – Rzucił palenie fajki i zaczął smarować łysinę czosnkową nalewką. A po roku uspokoił się, pogodził z nową sytuacją. U was też, duszko, wszystko się ułoży. Tylko niech pani postępuje z nim łagodnie, ze zrozumieniem.

Po wyjściu gościa Maria Gawriłowna jakiś czas jeszcze rozmyślała o utrapieniu, jakie wiązało się z jej mężem. Koniec końców postanowiła upiec jego ulubiony makowiec, a resztę pozostawić woli Najwyższego.

1 ... 39 40 41 42 43 44 45 46 47 ... 104
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)