Pamięć Światłości
- Автор: Джордан Роберт, Сандерсон Брендон
- Серия: Kolo czasu #14
- Язык: польский
- Переводчик: Jan Karłowski
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Pamięć Światłości». Краткое содержание книги:
– Mówisz, jakby to był pojedynek między nami, Elan – wszedł mu w słowo Rand.
Moridin roześmiał się głośno, odrzucając głowę do tyłu.
– A jakżeby inaczej! Jeszcze tego nie pojąłeś? Na wodospady krwi, Lewsie Therinie! To jest wyłącznie sprawa między nami dwoma. Jak w Wiekach minionych, zawsze, bez końca, od początków czasu walczymy ze sobą. Ty i ja.
– Nie – sprzeciwił się Rand. – Nie tym razem. Skończyłem z tobą. Czeka mnie poważniejsze starcie…
– Nie próbuj…
Powłokę chmur nad ich głowami przebiły promienie słońca. W Świecie Snów słońce pojawiało się nadzwyczaj rzadko, teraz jednak jego poświata skąpała miejsce, w którym stał Rand.
Moridin zachwiał się. Spojrzał w światło, potem zmrużonymi oczyma popatrzył na Randa.
– Niech ci się nie wydaje, że dam się nabrać na takie proste sztuczki, Lewsie Therinie. Nietrudno przerazić na śmierć takiego głupka jak Weiramon. Wystarczy dzierżyć saidina i słuchać, jak przyspiesza tętno ludzkich serc.
Szyderstwom tamtego Rand przeciwstawił siłę swej woli. Skoncentrował się i już po chwili suche liście pod jego stopami zazieleniły się na powrót, a spod zbrązowiałych traw wyszły świeże źdźbła. Zieleń rozprzestrzeniała się wokół niego niczym kałuża rozlanej farby, a skłębione chmury pierzchały po niebie.
Oczy Moridina otwierały się coraz szerzej i szerzej. Zachwiał się znowu, zatoczył, nie mogąc oderwać spojrzenia od uciekających chmur. Rand czuł nieomal namacalnie wstrząs, jakim dla tamtego musiało być to, że ktoś tak bezceremonialnie potrafi sobie poczynać w jego świecie, w jego odprysku snu.
Z drugiej strony, sam go tu wpuścił, a żeby tego dokonać, musiał zbliżyć ten swój prywatny świat do właściwego Tel’aran’rhiod. Takie były zasady. A poza tym faktycznie było coś na rzeczy w tym, co Moridin mówił o związku, jaki ich łączył…
Rand ruszył przed siebie, unosząc w bok ramiona. Przed nim, za nim, po lewej i prawej stronie płynęła fala zieleni. Z niej wykwitały czerwone pąki, niby rumieniec barwiąc krainę. Burze ucichły, czarne chmury czmychnęły, przegnane przez słońce.
– Opowiedz o tym swojemu panu! – władczo mówił Rand. – Powiedz mu, że ta będzie inna niż wszystkie. Powiedz mu, że zmęczyły mnie już potyczki z jego pachołkami, że znudziło mnie to przestawianie pionków na planszy. Powiedz mu, że idę po NIEGO!
– To nie tak… – wykrztusił z siebie Moridin, wstrząśnięty do głębi. – To nie może… – Przez chwilę jeszcze patrzył na Randa stojącego w ulewie słonecznych promieni, po czym zniknął.
Rand odetchnął głęboko. Wokół niego trawy z powrotem zaczęły umierać, chmury przesłoniły niebo, a światło słońca przygasło. Mimo że Moridina nie było w pobliżu, dalsze podtrzymywanie odmiennego stanu krainy okazało się skrajnie trudne. Osunął się na ziemię, ciężko dysząc z wysiłku.
W Tel’aran’rhiod dostatecznie silne pragnienia się spełniały. Gdyby tylko świat jawy był równie uległy.
Zamknął oczy i wrócił do swego naturalnego snu, żeby zażyć jeszcze kilku chwil niezakłóconego wypoczynku. Wkrótce będzie musiał wstać. Wstać i uratować świat. Jeżeli da radę.
Pevara przykucnęła na deszczu obok Androla. Jej płaszcz był całkowicie przesiąknięty wodą. Wiedziała, że kilka prostych splotów mogłoby tu zaradzić, ale nie odważyła się spróbować. Wiedziała przecież, kogo ma przeciwko sobie: Czarne Ajah i Aes Sedai Konwertytki. Natychmiast wyczują, jeżeli zacznie przenosić Moc.
– Na pewno go pilnują – szepnął Androl. Przed nimi majaczył teren pocięty labiryntem ceglanych murów i wykopów – fundamenty tego, co miało stać się właściwą Czarną Wieżą. Jeżeli Dobser miał rację, w tych fundamentach kryły się sekretne katakumby, pomieszczenia, które pozostaną ukryte na zawsze pod budowlą.
Dwaj Asha’mani Taima stali niedaleko, rozmawiając i starając się zachować pozory swobody. Zamierzone wrażenie psuła jednak paskudna pogoda. Któż z własnej woli wychodziłby z domu na taką noc? Mimo grzejącej ich poświaty mosiężnego piecyka i splotów Powietrza chroniących przed deszczem ich obecność każdemu wydałaby się podejrzana.
„Warty”. Pevara spróbowała przekazać przez więź zobowiązań.
Udało się. Poczuła jego zaskoczenie, gdy wśród własnych myśli znienacka odnalazł cudzą.
W odpowiedzi otrzymała niewyraźne: „Powinniśmy to wykorzystać”.
„Tak” – pomyślała, ale dalsze jego myśli były już tak złożone, że nie miała innego wyjścia, jak wyszeptać:
– Dlaczego nikt ci nie doniósł, że fundamenty są pilnowane w nocy? Jeżeli rzeczywiście budują tu sekretne katakumby, prawdopodobnie praca trwa również po zachodzie.
– Taim wprowadził godzinę policyjną – odszepnął Androl. – Ale egzekwuje ją wedle swego widzimisię… jak to było z dzisiejszym powrotem Welyna. Poza tym tu jest niebezpiecznie po zmroku. Można wpaść do dziury lub wykopu. Wystarczający powód, żeby wytłumaczyć obecność wartowników, tylko że…
– Tylko że – dokończyła za niego Pevara – Taima trudno posądzać, że będzie się przejmował jakimś zabłąkanym dzieciakiem, który może skręcić sobie kark.
Androl pokiwał głową.
Dalej już trwali w milczeniu, licząc oddechy odmierzające czas do momentu, gdy z nocy wystrzeliły dwie wstęgi ognia i precyzyjnie trafiły wartowników w głowy. Asha’mani zwalili się na ziemię jak worki z ziarnem. Nalaam, Emarin i Jonneth idealnie wywiązali się ze swojego zadania. Przenoszenie Mocy trwało chwilę, przy odrobinie szczęścia albo nikt tego nie zauważy, albo uzna za dzieło wartowników na służbie.
„Światłości” – pomyślała Pevara. – „Chyba dotąd nie rozumiałam w pełni, co Androl i tamci mówią, gdy twierdzą, że są bronią”. Jakoś nie przyszło jej do głowy, że Emarin i tamci po prostu zabiją wartowników. To było całkowicie obce naturze Aes Sedai. Aes Sedai nie zabijały nawet fałszywych Smoków, jeśli istniało inne wyjście.
– W rękawiczkach też można zabijać – powiedział Androl, nie odrywając wzroku od terenu przed nimi. – Aczkolwiek powoli.
Światłości. Tak, więź zobowiązań faktycznie owocowała wieloma ułatwieniami, równocześnie jednak pociągała za sobą niechciane skutki. Trzeba będzie zacząć się wprawiać w ukrywaniu myśli.
Z ciemności wyłonił się Emarin wraz z dwoma towarzyszami. Podeszli do stojących przy piecyku Pevary i Androla. Canlera i resztę chłopaków z Dwu Rzek zostawili w odwodzie – ich zadaniem było zorientowanie się w możliwościach ewentualnej ucieczki z Czarnej Wieży, na wypadek gdyby tu rzeczy poszły źle. Canler wprawdzie protestował, ale to była jedyna sensowna decyzja. W końcu miał rodzinę na karku.
Zwłoki odciągnęli w cień, ale ogień w piecyku zostawili. Jeżeli ktoś przyjdzie skontrolować wartowników, a nie zbliży się na odległość kilku kroków, to w tak mglistą i deszczową noc może nie zorientować się, że nie ma ich na posterunku.
Androl, ten sam Androl, który bezustannie dziwił się, że pozostałym w ogóle może przyjść do głowy wypełnianie jego poleceń, natychmiast objął dowództwo całej operacji i posłał Nalaama oraz Jonnetha do obserwacji terenów wokół fundamentów. Jonneth przyniósł ze sobą łuk, ze zdjętą cięciwą, rzecz jasna, ze względu na deszcz. W każdej chwili mogło jednak przestać padać, a łuk przyda się w sytuacji, gdy nie da się zrobić użytku z Jedynej Mocy.
Androl, Pevara i Emarin ześlizgnęli się po glinianym zboczu w głąb jednego z wykopów. Pevara wylądowała w samym środku głębokiej kałuży, ale nie przejęła się tym – spływająca z nieba woda szybko zmyje brud z jej płaszcza.