Pamięć Światłości
- Автор: Джордан Роберт, Сандерсон Брендон
- Серия: Kolo czasu #14
- Язык: польский
- Переводчик: Jan Karłowski
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Pamięć Światłości». Краткое содержание книги:
– Co teraz? – zapytała Pevara.
– Teraz – odpowiedział Abndrol – zadamy wszystkim trzem czegoś takiego, co sprawi, że nie obudzą się aż do Bel Tine. Potem znajdziemy Nalaama, Canlera, Evina i Jonnetha. Zaczekamy, aż Taim wyjdzie od Logaina, wejdziemy do środka, uwolnimy go, a na koniec odbijemy Wieżę z rąk Cienia.
Przez chwilę stali w milczeniu. Wnętrze pomieszczenia rozświetlał przyćmiony blask pojedynczej lampy. Strugi deszczu spływały po szybie.
– Cóż – rzekła na koniec Pevara – cieszę się, Androl, że nie wymyśliłeś dla nas jakiegoś naprawdę trudnego zadania…
We śnie Rand otworzył oczy, cokolwiek zaskoczony tym, że w końcu udało mu się zasnąć. Aviendha musiała się nad nim zlitować, prawdopodobnie sama również się zdrzemnęła. Wcześniej sprawiała wrażenie w takim samym stopniu zmęczonej jak on. Może nawet bardziej.
Podniósł się, rozejrzał wokół siebie. Stał na łące pokrytej zeschłą trawą. Przez głowę przemykały wspomnienia spotkania z Aviendhą – wyraźnie było widać, że czymś się zamartwia. Czuł to nie tylko w więzi zobowiązań, ale też w tym, jak go obejmowała. Aviendha była wojowniczką, walka była jej żywiołem, lecz nawet urodzony wojownik potrzebuje czasami chwili wytchnienia. Światłości, któż mógł o tym wiedzieć lepiej niż on?
Przyjrzał się uważniej otoczeniu. To chyba nie był Tel’aran’rhiod, przynajmniej nie całkiem. Martwe źdźbła ciągnęły się po horyzont, niewykluczone, że w nieskończoność.
Nie był to prawdziwy Świat Snów, lecz odprysk snu, prywatna rzeczywistość stworzona przez potężnego Śniącego lub wędrującego po snach.
Ruszył przed siebie, suche liście chrzęściły mu pod stopami, choć skąd się wzięły, skoro w okolicy nie było żadnych drzew? Przyszło mu do głowy, że prawdopodobnie byłby w stanie się stąd wydostać i powrócić do własnego snu – mimo iż nigdy nie umiał wędrować po snach z taką łatwością jak wielu spośród Przeklętych, to wydostać się stąd zapewne by zdołał. Jednak ciekawość pchała go naprzód.
„Nie powinienem tu trafić” – pomyślał w pewnym momencie. – „Powinny zadziałać zabezpieczenia”. Ciekawe, kto to miejsce stworzył i jakim sposobem go tu ściągnął? Miał swoje podejrzenia. Znał kiedyś człowieka, który chętnie korzystał z odprysków snu.
Wyczuł w pobliżu czyjąś obecność. Nie odwrócił się, szedł dalej z wzrokiem wbitym przed siebie, wiedząc jednak, że ktoś idzie tuż obok.
– Elan – odezwał się w pewnym momencie Rand.
– Lews Therin. – Elan przybrał postać swego najnowszego ciała; wysoki, przystojny, odziany w czerwienie i czernie. – Wszystko umiera, wkrótce będzie tylko pył. Pył, a potem już nic.
– Jak udało ci się obejść moje zabezpieczenia?
– Nie mam pojęcia – przyznał Moridin. – Wiedziałem tylko, że jeśli stworzę ten mały świat, w końcu do mnie dołączysz. Próby unikania mnie na nic ci się zdadzą. Wzór do tego nie dopuści. Zawsze będzie nas pchał ku sobie. Chwila za chwilą, Wiek za Wiekiem. Dwa statki osiadłe na tej samej plaży, uderzające o siebie burtami w rytm fal przypływu.
– Poetyczne – skwitował Rand. – Jak rozumiem, spuściłeś w końcu Mierin ze smyczy.
Moridin zatrzymał się. Rand też przystanął i wreszcie spojrzał na niego. Targająca Moridinem wściekłość biła weń niczym pulsujący żar pieca.
– Przyszła do ciebie? – dopytywał się Moridin.
Rand nie odpowiedział.
– Nie udawaj, że wiedziałeś, że przeżyła. Nie wiedziałeś, nie mogłeś wiedzieć.
Rand nie reagował. Uczucia, jakie żywił do Lanfear, czy jak tam się obecnie nazywała, były, łagodnie mówiąc, skomplikowane. Lews Therin gardził nią, z kolei Rand w swoim życiu znał ją z początku jako Selene i jako taką darzył życzliwością, przynajmniej do momentu, gdy podjęła próbę zabicia Egwene i Aviendhy.
Myśl o niej kazała mu pomyśleć o Moiraine, wzbudziła w nim nadzieję, której żywić nie powinien.
„Jeżeli Lanfear żyje… to może Moiraine też?”
Ze spokojem spojrzał Moridinowi w oczy.
– Nic przy jej pomocy nie osiągniesz – powiedział. – Ona nie ma już nade mną władzy.
– Tak – zgodził się Moridin. – Wierzę ci. Władzy nad tobą może i nie ma, ale sądzę, że wciąż chowa w sercu urazę do kobiety, którą sobie wybrałeś. Jak ona ma na imię? Ta, co mieni się Aielem, ale nosi broń?
Rand nie zareagował na zawoalowaną pogróżkę.
– Tak czy siak, w chwili obecnej Mierin cię nienawidzi – ciągnął dalej Moridin. – Przypuszczam, że obwinia cię za to, co jej się przydarzyło. Poza tym teraz nosi imię Cyndane. Imieniem, które sama sobie wybrała, już jej się posługiwać nie wolno.
– Cyndane… – powtórzył Rand, obracając słowo w ustach. – „Ostatnia Szansa”? Twój pan najwyraźniej jakimś cudem nabawił się poczucia humoru?
– Nie ma w tym nic śmiesznego – powiedział Moridin.
– Nie, chyba faktycznie nie ma. – Rand potoczył wzrokiem po nieskończonej równinie zeschłych liści i traw. – Dzisiaj trudno mi jest sobie wyobrazić, jak mogłem z początku tak bardzo się ciebie obawiać. Już wówczas nawiedzałeś moje sny, a może nawet ściągnąłeś mnie w jeden z tych twoich okruchów Tel’aran’rhiod? Jakoś nigdy nie udało mi się tego wyjaśnić.
Moridin nie odpowiedział.
– Ale pamiętam jedną taką sytuację… – mówił dalej Rand. – Siedziałem przy ognisku, a z mroku wyglądały na mnie koszmary jakby rodem z Tel’aran’rhiod. Oczywiście, nie można kogoś wbrew jego woli zwabić do Świata Snów, z drugiej strony, nie jestem wędrującym po snach i nie potrafię wchodzić doń i opuszczać go wedle woli.
Moridin zwyczajem wielu Przeklętych nawiedzał Tel’aran’rhiod w swej cielesnej postaci, co było niebezpieczne. Niektóre źródła utrzymywały, że jest to wręcz złe, że wiąże się z utratą części swego człowieczeństwa. Ale przydawało siły.
Moridin nie skomentował jego słów. Tamte dni, dni wędrówki do Łzy Rand pamiętał jak przez mgłę. Pamiętał wizje prześladujące go po nocy, koszmary, w których rodzina i przyjaciele chcieli go zabić. To Moridin… Ishamael… starał się go wciągnąć przemocą w któryś ze snów snujących się po Tel’aran’rhiod.
– Byłeś wówczas szalony – cichym głosem mówił Rand, zaglądając Moridinowi głęboko w oczy. Omalże był w stanie dostrzec tańczące w nich płomienie. – Dalej jesteś, nieprawdaż? Tylko że jakoś udało ci się zapanować nad obłędem. Niemniej jemu nie może służyć nikt, kto przynajmniej po części nie jest szalony.
Moridin dał krok w jego stronę.
– Możesz ze mnie szydzić, Lewsie Therinie. Ale pamiętaj, że koniec jest bliski. Cień zdławi świat w swym uścisku, a wszystko zostanie rozszarpane, zmarnowane, unicestwione.
Rand nie cofnął się, ale również postąpił krok naprzód, nie odrywając spojrzenia od oczu tamtego; byli identycznego wzrostu.
– Nienawidzisz samego siebie – szepnął. – Czuję w tobie tę nienawiść, Elan. Ongiś służyłeś mu dla potęgi, jaką ci ofiarował, teraz trwasz w tej służbie, ponieważ jego triumf… koniec wszystkich rzeczy… jest jedyną drogą wyjścia, jaką dla siebie widzisz. Wolisz nie istnieć, niż dalej być sobą. A przecież wiesz, że on cię nigdy nie uwolni. Nigdy. Akurat ciebie: nie.
Moridin wykrzywił usta w paskudnym grymasie.
– Obiecał mi, że będę mógł cię zabić, Lewsie Therinie. Że zanim wszystko się skończy, zabiję ciebie, tę twoją złotowłosą, tę kobietę Aielów, i tę małą brunetkę…