Desiderium Intimum
- Автор: Gobuss, Lindt Ariel
- Язык: польский
- Жанр: Фанфик
Электронная книга - «Desiderium Intimum». Краткое содержание книги:
Kiedy jedno zdarzenie zmienia całe Twoje życie...
cierpień przed śmiercią. W pewnym sensie przypominali to, co sami po sobie
zostawiali - zbroczone krwią ochłapy mięsa, poruszające się tylko i wyłącznie za
pomocą mechanicznej siły rozpędu, tratujące wszystko, co napotkały na swej drodze,
dopóki nie sczezły we własnych odchodach po spotkaniu z aurorem, który okazał się,
jakimś dziwnym trafem, przebieglejszy od nich.
Na razie straty po obu stronach wyglądały na wyrównane, chociaż zakapturzonych
ciał wydawało się być nieco mniej. Severus nie miał zamiaru mieszać się w walki, ale
ci głupcy, którzy ośmielali się go atakować, nie dawali mu wyboru. Musiał zachować
wszystkie swoje dojścia, zarówno po jednej, jak i drugiej stronie. Nawet jeżeli
wiedział, że po tej drugiej stronie jest całkowicie spalony, to nie zamierzał zamykać
sobie drzwi. Na razie starał się wcisnąć w nie stopę. Kiedy nadejdzie okazja, pchnie
je tak mocno, iż z pewnością otworzą się na całą szerokość.
Tym razem odległe echo perlistego śmiechu rozległo się bardziej na północ.
Był już blisko. Bellatriks zdawała się wciąż oddalać i zmieniać kierunki, ale on nie
stracił tropu ani na chwilę.
Przyspieszył. Gdzieś przed nim rozległy się huki i wrzaski wykrzykiwanych klątw,
więc błyskawicznie skręcił, jeszcze głębiej zaszywając się w skrywający go dym.
Po przejściu kilkunastu metrów, znów ją usłyszał. Znacznie bliżej.
Jego zmrużone i skrupulatnie badające okolicę oczy rozświetlił krótki, ostry rozbłysk.
Niczym wyładowanie elektryczne, zanim nadciągnie prawdziwa burza.
We mgle, parę metrów przed sobą dostrzegł kilka niskich głazów, układających się w
coś na kształt okręgu. Zatrzymał się z uniesioną różdżką. Pomiędzy głazami coś się
poruszało...
Zanim Severus zdążył wykonać jakikolwiek kolejny krok, potężna sylwetka oderwała
się od ziemi, obwąchując powietrze i Severus w jednej chwili zrozumiał, z kim ma do
czynienia. Ale wilkołak również to zrozumiał.
- No proszę, kogo my tu mamy... - wycharczał Greyback, porzucając zakrwawione,
rozszarpane ciało, którym się właśnie posilał, a następnie podnosząc się i
odwracając. Dolna połowa jego twarzy pokryta była brunatnoczerwoną posoką i
kawałkami mięsa.
- Zejdź mi z drogi - wycedził Severus, mierząc go spojrzeniem, które każdego innego
wprowadziłoby przynajmniej w lekki niepokój. Ale wilkołak jedynie wykrzywił usta w
parodii uśmiechu.
- Dokąd ci się tak spieszy, Severusie? - Greyback przechylił lekko głowę, obdarzając
go zaciekawionym spojrzeniem, zwykle zarezerwowanym dla tych, którzy jeszcze nie
zdają sobie sprawy z tego, że już niedługo jego kły będą wydzierać mięso z ich ciał.
Kawałek po kawałku. A najlepiej, gdy wciąż jeszcze będą się szamotać... - Chcesz
pomóc nam z tym szlamowatym plugastwem, czy też pragniesz dołączyć do
aurorów? Po której tak właściwie jesteś stronie?
Severus tak bardzo zmrużył oczy, iż w tej chwili wydawały się jedynie wąskimi
szczelinami, zza których spoglądała ciemność.
- Nie mam czasu wdawać się z tobą w dyskusje - wysyczał odpychająco, robiąc krok
w prawo i słysząc stłumiony warkot dobiegający od potężnej sylwetki wilkołaka. Jego
ciało wyglądało tak, jakby zatrzymało się w połowie transformacji pomiędzy
człowiekiem a bestią. Miał siłę drapieżnika i umysł Śmierciożercy. Na szczęście
żadna z tych cech nie była do końca rozwinięta. Gdy zmieszasz ze sobą dwa eliksiry,
naczynie nie stanie się nagle dwa razy pojemniejsze.
- To, że nie możemy cię zabić, nie oznacza, że nie możemy zadać ci wielu różnych
rodzajów bólu. - Jego głos już niemal całkowicie przypominał warkot.
- Zaraz sam poznasz jeden z nich, jeśli natychmiast nie usuniesz się z drogi - odparł
lodowato Severus, jeszcze mocniej ściskając różdżkę i celując nią prosto pomiędzy
jego zniekształcone połowiczną transformacją oczy.
Nie miał ochoty z nim walczyć. Musiał zachować wszystkie siły na Bellatriks. I na to,
co nadejdzie później...
Wyglądało na to, że bestia w końcu zrozumiała, na czyim terytorium się znalazła, i
powoli zaczęła się wycofywać.
Severus, nie spuszczając różdżki z twarzy Greybacka, ruszył na wprost w kierunku, z
którego ostatnio dobiegał śmiech Bellatriks. Lecz kiedy go mijał, usłyszał cichy
warkot, jakby wilkołak za wszelką cenę chciał mieć ostatnie zdanie:
- Kiedy Czarny Pan już zabije Pottera, radzę ci uciekać jak najdalej stąd, ponieważ
wielu będzie chciało cię dopaść.
Severus zatrzymał się, wbijając w niego spojrzenie o stalowej pewności siebie.
- W takim razie cię rozczaruję. - Przybliżył się, aby mężczyzna doskonale usłyszał
jego słowa. - Czarny Pan nie zabije Pottera.
Ujrzał, jak połączone ze sobą brwi wilkołaka marszczą się, próbując rozgryźć te
słowa, ale jego umysł był zbyt mocno zatruty popędem drapieżcy, by poradzić sobie
z tak trudnym zadaniem.
Severus opuścił nieco różdżkę i odwrócił się do niego bokiem, ruszając dalej, ale
kiedy znów usłyszał jego przypominający warczenie głos, zatrzymał się w pół kroku.
- Jak śmiesz w to wątpić, zdrajco? Oczywiście, że go zabije. Moim zdaniem właśnie
w tej chwili obdziera go ze skóry. Bardzo powoli, aby chłopak cierpiał straszliwe
katusze za wszystkie plany, które zniweczył. - Severus zaczął się odwracać w stronę
wilkołaka. A jego oczy... jego oczy... - A później odda nam resztki jego
zmaltretowanego ciała. Jestem pewien, że będą smakować wybornie... Cóż to
będzie za ucz...
To, co się później stało, utonęło w zalewającej wszystko, czerwonej posoce
szaleństwa.
Wilkołaki były silne i szybkie. Ale te cechy nie dawały przewagi w obliczu pojedynku z
kimś, kogo prowadzi ślepa, płomienna furia, wykuta w kuźni szału i dająca niemal
nadludzką siłę.
Powietrze wypełniło się rykiem, kurzem i krwią. Severus nie widział niczego poza
czernią, konsumującą jego duszę, nie pragnął niczego poza zmiażdżeniem kości,
zgnieceniem czaszki, zadaniem niewyobrażalnego bólu. Gdzieś na granicy
ciemności słyszał przerażające skamlenie, ale jego umysł przypominał w tej chwili
jedynie czysty, rozgrzany do czerwoności, żelazny pręt, bezlitosny i ostry niczym grot
strzały. Mający tylko jeden cel.
Zabić.
Zabić.
Widział swe własne dłonie, ściskające głowę wilkołaka i uderzające nią o głaz. Raz.
Drugi. Trzeci.
Bez końca.
- Zdychaj... - ochrypły, mściwy charkot, który wydobył się z jego własnych ust, wdarł
się w ciemność, wyławiając go z powodzi krwi w tej samej chwili, w której
zmiażdżona czaszka ustąpiła, pokrywając jego ręce brunatną posoką, aż po łokcie.
Kłujące, gorzkie powietrze wdarło mu się do płuc, przywracając opanowanie i
rozwiewając ciemność.
Odsunął się i spojrzał na swe dzieło. Bezwładne ciało opierało się o jeden z głazów.
Z rozbitej, zmiażdżonej głowy wylewała się krew, przypominając spływający po
kamieniach, niewielki potok.
Ciemność powoli odpływała, przeganiana przez zieleń wpatrzonych w niego oczu.
Widział je. Tak wyraźnie. Tuż przed sobą.
- Nie dotknie cię - wycharczał ochrypłym głosem, wyciągając rękę, ale jego dłoń
odnalazła jedynie powietrze.
Zacisnął powieki, walcząc z zawrotami głowy i powracającym gwałtownie czuciem.
Wszystko w nim płonęło. Miał wrażenie, jakby na niewielką chwilę krew w jego żyłach