Desiderium Intimum
- Автор: Gobuss, Lindt Ariel
- Язык: польский
- Жанр: Фанфик
Электронная книга - «Desiderium Intimum». Краткое содержание книги:
Kiedy jedno zdarzenie zmienia całe Twoje życie...
Bellatriks się przemieszczała. Tonks słyszała jej przybliżający się i oddalający
śmiech.
Przyspieszyła. Ciskała zaklęciami w każdego, kto stanął jej na drodze. Widziała łunę
rozbłyskujących czarów. A to oznaczało, że jest jeszcze szansa... że nadal się broni.
W biegu odbiła rykoszetujące zaklęcie i wydawało się, że dym nagle rozstąpił się,
ukazując jej drobną postać, klęczącą na ziemi z wyciągniętą różdżką i bujnymi blond
włosami, potarganymi teraz i zlepionymi błotem.
- Protego maxima! - krzyknęła, zatrzymując się tuż przed nią i osłaniając ją przed
pędzącym w jej stronę strumieniem błękitnego światła. Tarcza, którą wyczarowała,
zadrżała i rozbiła się, ale klątwa została zniwelowana.
Miała tylko sekundę.
Odwróciła głowę, spoglądając wprost w rozszerzone z zaskoczenia, błękitne oczy.
- Uciekaj stąd! - wrzasnęła. Merlinie, gdyby tylko miała odrobinę więcej czasu, aby ją
pochwycić i nie puścić, dopóki nie aportuje się z nią w miejsce, w którym byłaby
bezpieczna.
Odwróciła się z powrotem w tej samej chwili, w której z mgły wyłoniła się Bellatriks.
Jej twarz wykrzywiła się chwilowym zaskoczeniem, kiedy zamiast bezbronnej ofiary,
którą już niemal miała na haczyku, ujrzała celującego w nią aurora. Ale to
zaskoczenie błyskawicznie zmieniło się w rozbawienie.
- Witaj, moja droga siostrzenico - wycedziła, uśmiechając się w taki sposób, jakby
jedyne, czego jej brakowało, aby wzbudzać jeszcze większą grozę, były kły. - Nie
wiesz, że to nieładnie przerywać komuś pościg za taką małą, zwinną małpeczką?
Tonks oblizała zaschnięte od biegu i dymu wargi.
- A czy ty nie wiesz, droga "cioteczko", że to nieładnie próbować chwytać cudze małpki?
Zaskoczenie. Dokładnie to chciała osiągnąć. I natychmiast je wykorzystała.
- Fractum! - wykrzyknęła, robiąc krok w przód.
Bellatriks z największym trudem zdołała odbić zaklęcie.
- ŚMIESZ MNIE ATAKOWAĆ, TY PARSZYWY ODMIEŃCU?! CRUCIO!
Tonks skoczyła w bok, błyskawicznie łapiąc równowagę i rzucając w Bellatriks
zaklęciem porażającym. I nie czekając na jego skutki, natychmiast zaczęła ciskać
kolejnymi. Jeden po drugim. Raz za razem, by przeciwnik nie miał szansy nawet
pomyśleć o ataku.
Nacierała, przesuwając się do przodu, zupełnie nie dbając o obronę, byle tylko ją
zniszczyć, spopielić na miejscu, raz na zawsze, by już nigdy nie mogła podnieść na
nią ręki! Jej dłoń niemal drżała z wściekłości, wypełnione ogniem oczy zdawały się
żądlić, ale Bellatriks odbijała niemal każde zaklęcie, chociaż ich siła zmuszała ją do
nieustannego cofania się.
- Conbustum! - wykrzyknęła w końcu ochryple, rzucając jedno z najsilniejszych
zaklęć, jakie znała. Jego żar oślepił niemal ją samą, ale Bel atriks zdołała
wyczarować przed sobą tarczę ochronną i chociaż Tonks nacierała, wkładając w nie
całą swą moc, nie była w stanie jej stopić, dopóki zza pleców po swojej prawej
stronie nie usłyszała głosu Luny:
- Reducto!
Usłyszała pełen wściekłości krzyk Bel atriks, która musiała uskoczyć na bok, aby
odbić zaklęcie Luny, pozbywając się swojej ochronnej tarczy i czar Tonks trafił w
znajdujący się za nią, wysuszony krzak, który natychmiast stanął w oślepiających
płomieniach.
Eksplozja była zbyt silna. Tonks przymknęła powieki i jej zmysł widzenia na ułamek
sekundy został rozchwiany, kiedy walczyła z białymi plamami, które pojawiły się
przed jej oczami.
Rozejrzała się błyskawicznie, próbując wyłowić z powodzi światła ciemną sylwetkę,
ale nigdzie jej nie było. Nigdzie!
Konsumująca wściekłość zmieniła się w grozę, kiedy odwróciła się, poszukując
wzrokiem Luny.
Zniknęła.
- No, no, muszę przyznać, że twarda z ciebie suka...
Pomimo żaru emanującego z płonącego krzewu, ciało Tonks pokryło się szronem,
kiedy odwróciła powoli głowę i ujrzała dwie sylwetki.
Bellatriks stała za Luną, trzymając ją za włosy i przykładając różdżkę do jej gardła, a
jej uśmiech przypominał teraz nadpływającego szybko, wygłodniałego rekina.
*
- Profesor Sinistra - westchnęła Hermiona, opuszczając rękę i niemal czując
spływającą po skórze ulgę.
- Nic wam nie jest? - zapytała nauczycielka, podchodząc bliżej.
Hermiona pokręciła głową. Co prawda jej ramię wciąż pulsowało, ale rana nie była na
tyle poważna, by o niej wspominać.
- Widzieliście po drodze jakichś rannych? Odtransportowuję ich do Hogwartu.
Hermiona pokręciła głową. Natykali się jedynie na samych zabitych. Albo na takich,
którym nie można już w żaden sposób pomóc...
- Zabierała pani kogoś z mojej rodziny? - zapytał pospiesznie Ron.
- Nie. Ale spotkałam twoich rodziców, braci bliźniaków i siostrę. Nic im nie było.
Hermiona zobaczyła głęboką ulgę na twarzy Rona.
- A co z profesorem Dumbledore'em i resztą? - zapytała.
Profesor Sinistra rozejrzała się czujnie po okolicy.
- Chodźmy stąd. Pozostawanie dłużej w jakimkolwiek miejscu jest zbyt
niebezpieczne.
Oboje ruszyli za nią, próbując dostrzec coś w gęstym dymie.
- Dyrektor znajduje się w samym środku doliny. Nie może się ani wydostać, ani
zmienić pozycji. Używa Szatańskiej Pożogi, aby osłonić się przed hordą wrogów.
Auror, który przekazał mi tę informację, powiedział, że nigdy w życiu nie widział
czegoś takiego. Podobno ziemia wokół usłana jest spopielonymi trupami
Śmierciożerców, których dosięgło zaklęcie dyrektora.
Profesor Sinistra zatrzymała się, aby zbadać leżące na ziemi ciało czarodzieja, ale
nawet bez tego Hermiona była pewna, że mężczyzna nie przeżył. Prawie połowa
jego skóry była zwęglona. Błyskawicznie odwróciła głowę, aby powstrzymać torsje.
Profesor westchnęła ciężko, podniosła się i ruszyła dalej.
- Kiedy ostatnio widziałam Minerwę, walczyła z rodzeństwem Carrow - kontynuowała
nauczycielka, sunąc przez dym z taką szybkością, iż wydawało się, że kłęby
rozstępują się przed nią. - Profesor Flitwick niestety poległ, a profesor Sprout jest
ciężko ranna. W tej chwili próbujemy się utrzymać i czekamy na posiłki. Hagrid
pozostał w Hogwarcie. Zbiera armię centaurów. Niedługo tu przybędą.
Hermiona spojrzała na Rona i zobaczyła, jak na jego twarzy wstrząs z powodu
natłoku tych wszystkich informacji walczy z napływającą do serca nadzieją. Czy ona
wyglądała tak samo? Prawdopodobnie tak. Kiedy tylko przybędzie Hagrid z
centaurami, będą mieli szansę na zwycięstwo. Oby nie było za późno!
- Longbottom! - okrzyk profesor Sinistry w jednej chwili sprowadził ją na ziemię.
Nauczycielka podbiegła do leżącego na ziemi Neville'a.
Ręka z różdżką, którą w nich celował, opadła na ziemię, a jego blada twarz
wykrzywiła się z bólu. Był ranny. I dopiero, kiedy Hermiona podeszła bliżej,
zobaczyła, jak poważnie. Jego lewa noga... jej nie było.
Cofnęła się, zakrywając usta dłonią.
Ron stał obok niej z twarzą bladą jak papier.
- Nie myślałem, że jeszcze was zobaczę - wymamrotał cicho Neville, spoglądając na
nich przekrwionymi z bólu oczami. - Chociaż wyglądacie raczej jak duchy niż ludzie. -
Spróbował się uśmiechnąć, ale jego usta wykrzywiły się jedynie gorzkim grymasem. -
Kiepsko to wygląda, co nie? Ale i tak miałem więcej szczęścia niż Dean - powiedział,
wskazując głową za siebie. - Hermiona pobiegła za jego spojrzeniem, podczas gdy