Desiderium Intimum
- Автор: Gobuss, Lindt Ariel
- Язык: польский
- Жанр: Фанфик
Электронная книга - «Desiderium Intimum». Краткое содержание книги:
Kiedy jedno zdarzenie zmienia całe Twoje życie...
profesor Sinistra położyła na ziemi swoją torbę z medykamentami, przeszukując jej
zawartość.
Kilka metrów dalej leżało ciało Deana. A przynajmniej musiała uwierzyć Neville'owi
na słowo, że to ciało Deana, ponieważ nie zostało z niego nic, poza krwawym...
czymś. Zrobiło jej się słabo, ale jej wzrok błyskawicznie padł na siedzącą obok na
ziemi, kołyszącą się w przód i w tył, znajomą sylwetkę.
- Seamus! - wykrzyknęła, podbiegając do niego i przykucając obok. Nie wydawał się
ranny, ale jego wzrok utkwiony był gdzieś w oddali. Ramiona, którymi obejmował
podkurczone nogi, były umazane krwią aż do łokci. - Słyszysz mnie? - zapytała,
kładąc dłoń na jego ramieniu i lekko nim potrząsając. - Seamus! Pani profesor, coś
jest z nim nie tak - powiedziała, drżącym głosem, spoglądając na profesor Sinistrę,
która odkorkowywała właśnie jedną z buteleczek. Nauczycielka rzuciła na nich
szybkie spojrzenie i powiedziała ciężkim głosem:
- Teraz mu nie pomożesz. Zabieram ich obu do Hogwartu.
- To Bellatriks - powiedział Neville zachrypniętym głosem. - Ścigała nas, odkąd się
rozdzieliliśmy. Nie mieliśmy szans... - przerwał na chwilę, biorąc płytki oddech i
krzywiąc się z bólu. - Ale Luna odciągnęła ją stąd.
Hermiona poderwała się i spojrzała na nadal stojącego w tym samym miejscu Rona.
- W którą stronę pobiegły?
Neville z trudem podniósł drżącą dłoń i wskazał kierunek, ale w tym samym
momencie profesor Sinistra podwinęła poszarpaną nogawkę jego spodni i polała
zakrwawiony kikut nieznanym eliksirem.
Neville zawył z bólu, opadając na błotnistą ziemię, ale niemal natychmiast
nauczycielka rzuciła na niego Silencio, rozglądając się czujnie na boki.
- Stracił przytomność. Ale to dobrze - powiedziała, podnosząc się i zarzucając torbę
na ramię. - Mniejsze ryzyko na rozszczepienie przy aportacji. - Spojrzała na
Hermionę i po raz pierwszy jej napięta twarz złagodziła się. - Chodźcie ze mną.
Widzieliście już zbyt dużo krwi. To nie wasza wojna. Opatrzę was i poczekacie
bezpiecznie w Hogwarcie.
Hermiona zagryzła wargę.
- Jeśli nie nasza to czyja? - zapytała cicho, patrząc prosto w oczy nauczycielki. - Są
tu wszyscy nasi przyjaciele. Nie możemy tak po prostu ich tu zostawić i pozwolić im
walczyć samotnie. Proszę się nie martwić, będziemy na siebie uważać. Chodź, Ron.
- Podeszła do Rona, biorąc go za rękę i ciągnąc w kierunku, który wskazał im Neville.
Ron przełknął ślinę. Widziała, jak obraca się jeszcze, spoglądając na pochylającą się
nad Neville'em profesor Sinistrę, ale bardzo szybko zrównał się z nią, wbijając
spojrzenie w snujące się powoli kłęby dymu i unosząc różdżkę.
- Chyba nie chcesz mi powiedzieć, że zamierzasz walczyć z Bel atriks? - wyszeptał.
Znała go już doskonale. Wiedziała, że to zadane zdawkowym tonem pytanie, ukrywa
w sobie cały wachlarz emocji - od zdenerwowania po paraliżujący strach.
- Dlaczego nie? W końcu zrobilibyśmy coś pożytecznego - odparła cicho, rozglądając
się po ziemi, w poszukiwaniu tego, czego ujrzenia bała się najbardziej.
Nie sądziła, że aż tak oddalili się od linii walk. Ale z drugiej strony to walczących po prostu mogło być już znacznie mniej, sądząc po ilości ciał, na które się natykali.
Wciąż słyszała odległe krzyki i wrzaski, a niebo raz po raz rozświetlały potężne
zaklęcia.
Ron penetrował wzrokiem okolicę, a ona przeczesywała poznaczoną śladami stóp,
błotnistą ziemię.
Nagle jej ciało przeszył lodowaty prąd, kiedy kilka metrów na lewo dostrzegła leżące
w błocie jasnoblond włosy. Powinna tam podejść. Powinna podejść, ale ciało nie
chciało jej słuchać. Stała tylko bez ruchu, wpatrując się w rozwiewający się powoli
dym, który odsłonił dwie przyciśnięte do siebie sylwetki. Ciało na górze wydawało się
osłaniać drobną, jasnowłosą postać pod nim i Hermiona przestała oddychać, kiedy
ujrzała spopielone, nagie plecy.
Nie było wątpliwości. Przybyli za późno.
*
- Opuść różdżkę, albo temu maleńkiemu aniołkowi stanie się bardzo brzydka
krzywda...
Tonks zacisnęła zęby, czując pełzający we wnętrzu lód, który zakleszczył jej serce w
odbierającym oddech uścisku. Dłoń, w której trzymała różdżkę, drżała. Miała
wrażenie, jakby jej umysł walczył z ciałem w morderczej bitwie.
Luna stała bez ruchu, z głową odchyloną do tyłu i obnażonymi z bólu zębami. Tonks
widziała jej błękitne oczy, wpatrujące się w nią czystym, pozbawionym strachu
spojrzeniem.
- Wiesz... to, co zrobiłaś, nie było zbyt mądre. - Delikatny głos Luny rozbrzmiał w
powietrzu, sprawiając, że Bellatriks spojrzała na nią z zaskoczeniem, jakby dziwiło ją
to, że robaki potrafią mówić. - Jeszcze ktoś pomyśli, że jesteś tchórzem, skoro się
mną zasłaniasz.
Tonks widziała, jak twarz Bel atriks wykrzywia się wściekłością. Szarpnęła mocniej,
sycząc prosto w ucho Luny:
- Może zacznę od twojego niewyparzonego języczka, co? Jestem pewna, że moja
siostrzenica wiedziałaby, jak go wykorzystać... - Jej donośny śmiech niemal ranił
uszy.
Tonks zagryzła wargę, jeszcze mocniej ściskając trzymaną w dłoni różdżkę. Jej serce
wydawało się bić niemal w gardle. Szarpało się niczym uwięziony w klatce ptak,
sprawiając, że coraz trudniej było jej oddychać.
W każdej innej sytuacji wiedziałaby, jak zareagować. Jak wiele razy ćwiczyła
podobne akcje. W jak wielu podobnych wydarzeniach brała udział. Ale teraz... teraz
patrzyła tylko na różdżkę przyciskającą się do gardła Luny i jej zmysły szalały, i nie
mogła... nie mogła...
Widziała, jak dłoń Luny niepostrzeżenie wędruje w górę, łapiąc wiszący na jej szyi
wisiorek i zamykając się wokół amuletu.
Tonks poczuła ukłucie w piersi. Luna tak bardzo lubiła te dziwne, nieprzydatne
wisiorki. Wierzyła w nie. Wierzyła, że dzięki nim nic się jej nie stanie, że ją uratują...
- Liczę do trzech - powiedziała ostro Bellatriks, ponownie szarpiąc za włosy Luny i
jeszcze mocniej wciskając koniec różdżki w jej odsłoniętą szyję. - I wypruję jej flaki...
Drżąca dłoń Tonks zaczęła opadać.
I kiedy usta Bel atriks rozciągnęły się w upiornym uśmiechu, powietrze przeszył
przerażający wrzask. Tonks zdążyła jedynie zobaczyć światło wydobywające się z
naszyjnika Luny, zanim cały świat utonął w kakofoni niemal rozrywającego bębenki
wycia.
Bellatriks odruchowo złapała się za uszy i Tonks zobaczyła, jak Luna rzuca się na
ziemię. I to jej wystarczyło.
Jej różdżka sama uniosła się w górę, ale zanim zdążyła wypowiedzieć zaklęcie,
ujrzała skierowaną w siebie różdżkę i usta Bellatriks, poruszające się i
wypowiadające słowa klątwy. I chociaż lata szkoleń nauczyły ją, że obrona jest
najważniejsza, tym razem... nie miała na nią czasu.
- Avada Kedavra! - wrzasnęła bez zastanowienia.
Ujrzała dwa promienie. Zielony trafił Bel atriks prosto w pierś, odrzucając jej ciało do tyłu, niby szmacianą lalkę, a jasnobłękitny...
Tonks poczuła silne uderzenie, cały świat przewrócił się do góry nogami i nagle
otoczyła ją... cisza.
*
- Ron... - Hermiona próbowała powiedzieć to głośniej, ale szept był ledwie słyszalny,
tak jakby wokół jej gardła zacisnęła się pętla, nie pozwalając jej wymówić słowa.