Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl]
- Автор: Пратчетт Теренс Дэвид Джон
- Год: 2005
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 978-83-7469-032-4
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl]». Краткое содержание книги:
— Wiem, co to za jeden! — szepnął Fred. — To Leonard z Quirmu, na pewno! Zaginął pięć lat temu!
— No więc ma na imię Leonard i pochodzi z Quirmu. Co z tego? — zapytał Nobby.
— To skończony geniusz!
— To wariat!
— Wiesz, mówią, że tylko cienka lina oddziela geniusz od szaleństwa…
— No to on z niej spadł.
Zza ich pleców odezwał się głos:
— No nie, to przecież nie wystarczy, prawda? Nie mogę zaprzeczyć, mieliście rację, celność jest nie do przyjęcia przy jakimkolwiek sensownym dystansie. Czy moglibyście się zatrzymać, jeśli można?
Odwrócili się. Leonard rozkładał już swoją rurę.
— Gdyby zechciał pan chwycić ten kawałek, kapralu… Sierżancie, czy byłby pan tak uprzejmy i przytrzymał nieruchomo ten element?… Coś w rodzaju płetw powinno załatwić sprawę… Jestem pewien, że miałem tu gdzieś odpowiedni kawałek drewna…
Leonard zaczął się poklepywać po kieszeniach.
Strażnicy zdali sobie sprawę, że człowiek, który ich schwytał, zatrzymał się, by przebudować swoją broń, i dał im ją do potrzymania, gdy sam szukał śrubokrętu. Takie sytuacje nie zdarzają się często.
Nobby w milczeniu wziął od Colona rakietę i wcisnął ją do rury.
— Do czego jest ten kawałek, szefuniu? — zapytał.
Leonard zerknął, wciąż przeszukując kieszenie.
— Och, to spust — wyjaśnił. — Który, jak widzicie, pociera o krzemień i…
— Dobrze.
Na krótko rozbłysnął płomień; pojawiła się smuga mocno czarnego dymu.
— Ojoj… — powiedział Leonard.
Strażnicy obejrzeli się, jak ludzie przerażeni tym, co za chwilę zobaczą. Rakieta przemknęła przez zaułek i przebiła okno domu naprzeciwko.
— No tak… Napis „Tą stroną do góry” na pocisku będzie ważnym elementem bezpieczeństwa, do rozważenia przy następnym projekcie — stwierdził Leonard. — Chwileczkę, gdzie mój notes?
— Sądzę, że powinniśmy stąd odejść — uznał Colon. — Bardzo szybko.
Wewnątrz budynku eksplodowały gwiazdy i kule, ku radości młodych i starych, ale raczej nie trolla, który właśnie otworzył drzwi.
— Doprawdy? — zdziwił się Leonard. — Jeśli wymagana jest prędkość, to mam tu bardzo interesujący projekt dwukołowego…
Jakby za niewypowiedzianą zgodą, strażnicy chwycili go z dwóch stron pod pachy, podnieśli i ruszyli biegiem.
— Och, jej… — odezwał się Leonard, wleczony do tyłu.
Strażnicy popędzili w boczną uliczkę, a potem, zygzakując z dyskretnym profesjonalizmem, przebiegli kolejno kilka innych. W końcu oparli Leonarda o mur i wyjrzeli za róg.
— Czysto — stwierdził Nobby. — Pognali w inną stronę.
— Dobrze — odetchnął Colon. — Co pan właściwie robił? Znaczy się, może pan i jest takim geniuszem, jak słyszałem, panie da Quirm, ale jeśli chodzi o grożenie ludziom, jest pan sprytny jak nadmuchiwana tarcza do strzałek.
— Chyba istotnie mam pewne braki — zgodził się Leonard. — Lecz nalegam, byście udali się ze mną. Pomyślałem, obawiam się, że jako wojownicy łatwiej zrozumiecie argument siły.
— No, niby tak, jesteśmy wojownikami — przyznał Colon. — Ale…
— Nie ma pan jeszcze jednej takiej rakiety? — spytał Nobby, znów układając rurę na ramieniu. Miał w oku ten szczególny błysk, jaki pojawia się u niewysokich mężczyzn, którzy dostali w ręce naprawdę wielką broń.
— Może i mam — odparł Leonard, a błysk w jego oku był tą obłąkaną iskrą człowieka naturalnie naiwnego, któremu się wydaje, że jest chytry. — Może pójdziecie ze mną, to sprawdzimy? Widzicie, polecono mi sprowadzić was przy użyciu wszelkich niezbędnych środków.
— Przekupstwo byłoby chyba najlepsze — zaproponował Nobby. Spojrzał przez przyrządy celownicze rury i zaczął wydawać z siebie głośne świsty.
— Kto kazał nas sprowadzić? — zainteresował się Colon.
— Lord Vetinari.
— Patrycjusz nas potrzebuje?
— Tak. Powiedział, że macie wyjątkowe zalety i musicie przyjść natychmiast.
— Do pałacu? Słyszałem, że się wyniósł.
— Och, nie. Do… no, do tego… wiecie… do portu.
— Wyjątkowe zalety, tak? — upewnił się Colon.
— Sierżancie… — zaczął Nobby.
— Spokojnie, Nobby — przerwał mu z wyższością Colon. — Najwyższy czas, żeby ktoś się na nas poznał, sam dobrze wiesz. Doświadczeni podoficerowie to kręgosłup armii. Mam wrażenie… — ciągnął — mam wrażenie, że to przypadek sytuacji, kiedy w trudnej godzinie pojawia się właściwy człowiek.
— A kiedy się pojawi?
— Mówię o nas. Ludzie o wyjątkowych zaletach.
Nobby pokiwał głową, choć z pewnym ociąganiem. Pod wieloma względami myślał bardziej logicznie od sierżanta i trochę go niepokoiły te „wyjątkowe zalety”. Być wybranym do czegoś z powodu „wyjątkowych zalet” było właściwie równoznaczne z wyznaczeniem na ochotnika. A poza tym co niby jest takiego szczególnego w „wyjątkowych zaletach”? Ślimaki też mają wyjątkowe zalety — do pewnych konkretnych zastosowań.
— Czy znowu będziemy pracować tajnie? — spytał Colon.
Leonard zamrugał.
— No więc… Tak, rzeczywiście w grę wchodzi swego rodzaju tajemnica. W samej rzeczy.
— Sierżancie…
— Nie przeszkadzajcie, kapralu. — Colon przyciągnął Nobby’ego bliżej. — Tajnie to znaczy, że nikt nas nie zarąbie ani nie zastrzeli, zgadza się? — szepnął. — A co jest najważniejsze dla zawodowego żołnierza, żeby mu się nie przytrafiło?
— Żeby nie został zastrzelony ani zarąbany — odpowiedział odruchowo Nobby.
— Właśnie. Ruszajmy zatem, panie Quirm! Ojczyzna wzywa!
— Brawo! — ucieszył się Leonard. — Proszę powiedzieć, sierżancie, czy ma pan zamiłowania akwanautyczne?
Colon zasalutował.
— Nie, sir! Jestem szczęśliwie żonaty, sir!
— Chodziło mi o to, czy orał pan kiedyś morskie fale?
Colon rzucił mu chytre spojrzenie.
— Nie złapie mnie pan na taki numer, sir — rzekł. — Wszyscy wiedzą, że konie by potonęły.
Leonard umilkł na chwilę i przestroił swój mózg na Radio Colon.
— Czy w przeszłości pływał pan po morzu, w łodzi lub na statku, kiedykolwiek?
— Ja, sir? Nie, sir. To przez ten widok fal, które wznoszą się i opadają, sir.
— Doprawdy? Na szczęście to akurat nie będzie żadnym problemem.
No dobrze, zacznijmy od początku…
Uporządkować fakty, to jest główny problem…
Świat patrzył. Ktoś chciał, by straż uznała, że zamach nastąpił z inspiracji Klatchu. Kto?
Ktoś także uciął głowę Śnieżnemu Stockowi i zostawił go bardziej martwego niż sześć kubłów przynęty na ryby.
Obraz wielkiego, wygiętego miecza 71-godzinnego Ahmeda pojawił się, prosząc o uwagę. A więc…
…załóżmy, że 71-godzinny Ahmed był służącym albo ochroniarzem księcia Khufuraha. Odkrył…
Nie, jak to możliwe? Kto by mu powiedział?
No, może dowiedział się… jakoś. A to znaczy, że mógł też zdobyć informację, kto płacił Śnieżnemu…
Vimes wyprostował się. Wszystko to ciągle było zagadką, ale rozwiąże ją, wiedział, że rozwiąże. Zbierze wszystkie fakty, przeanalizuje, obejrzy pod każdym możliwym kątem, z otwartym umysłem, i… i dowie się, jak dokładnie lord Rust to zorganizował.
Zakała szeregów! Nie musiał słuchać tego spokojnie, zwłaszcza z ust człowieka, który „mur” rymuje z „kuł”.
Jego wzrok przyciągnęła wyblakła okładka książki. Generał Tacticus? Każde dziecko wiedziało, kto to taki. Ankh-Morpork władało niegdyś potężnym imperium, którego znaczna część leżała w Klatchu, właśnie dzięki niemu. Tyle że nikt mu nie dziękował, co jest dość dziwne. Vimes nigdy nie zrozumiał dlaczego, ale wydawało się, że miasto trochę się wstydzi generała.