Niewidoczni Akademicy [Unseen Academicals - pl]
- Автор: Пратчетт Теренс Дэвид Джон
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 978-83-7648-377-1
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Niewidoczni Akademicy [Unseen Academicals - pl]». Краткое содержание книги:
— Tacy są… Siedzą tam, w tych swoich wytwornościach i klejnotach, a na tyłach tylko brud i śmieci. Prawda, moja droga? — rozległ się głos w ciemności. — Wyglądasz mi na damę, która potrafi dostrzec metaforę, kiedy mają przed samym nosem.
— Coś w tym rodzaju — mruknęła Glenda. — A kto pyta?
Pomarańczowe światełko rozjarzyło się i zgasło w półmroku.
Ktoś palił papierosa wśród cieni.
— Zawsze jest tak samo, skarbie. Gdyby dawali nagrodę za to, co jest od dupy strony, o pierwsze miejsce toczyliby prawdziwą bitwę. Widziałem w życiu kilka pałaców i wszędzie jest tak samo: wieżyczki i proporce od frontu, a na tyłach pokoje służby i rury. Dolać ci? Nie możesz się tutaj kręcić z pustym kieliszkiem, będziesz się wyróżniać.
W chłodniejszym powietrzu czuła się lepiej. Wciąż trzymała w ręku kieliszek.
— Co to takiego?
— Wiesz, gdyby to było dowolne inne przyjęcie, dostałabyś pewnie najtańsze musujące wino, jakie tylko da się wycisnąć przez skarpetę, ale madame nie oszczędza. To prawdziwy szampan.
— Co? Myślałam, że piją to tylko arystokraci!
— Nie, skarbie. Ci, którzy mają pieniądze. Czasami to jedno i to samo.
Przyjrzała się rozmówcy dokładniej i na moment wstrzymała oddech.
— Co? Ty jesteś Pepe?
— To faktycznie ja, skarbie.
— Ale nie jesteś całkiem… całkiem… — Gorączkowo zamachała rękami.
— Jestem po pracy, skarbie. Nie muszę się martwić tym… — Zamachał rękami równie gorączkowo. — Mam tutaj butelkę tylko dla siebie. Też się napijesz?
— No, powinnam chyba tam wrócić…
— Po co? Żeby skakać koło niej jak stara kwoka? Daj jej trochę swobody, skarbie. Jest teraz jak kaczątko, które właśnie znalazło wodę.
W mroku Pepe wydawał się wyższy. Może to przez jego język i to, że przestał trzepotać. Poza tym, oczywiście, każdy stojący obok madame Sharn wyglądałby na niskiego. Był za to chudy, jakby zbudowany z samych ścięgien.
— Ale przecież wszystko może ją tam spotkać!
Zęby Pepe zalśniły w ciemności.
— Tak. Ale prawdopodobnie nie spotka. Słowo daję, sprzedała dla nas mikrokolczugę, trudno zaprzeczyć. Mówiłem madame, że mam dobre przeczucia. Czeka ją wspaniała kariera.
— Nie! Ma porządną i stałą pracę w nocnej kuchni, razem ze mną — odparła Glenda. — Może to nie są duże pieniądze, ale pojawiają się co tydzień. Bez opóźnień. I nie straci jej, kiedy przyjdzie ktoś ładniejszy.
— Siostry Dolly, tak? Brzmi jak okolice Botnicznej — stwierdził Pepe. — Jestem pewien. Nie jest tam tak źle, o ile pamiętam. Nie bili mnie za często, ale w końcu i tak wszyscy tkwili w wiadrach krabów.
Glenda była zaskoczona. Spodziewała się gniewu albo lekceważenia, nie tego ironicznego uśmieszku.
— Sporo wiesz o naszym mieście jak na krasnoluda z Überwaldu — zauważyła.
— Nie, skarbie. Sporo wiem o Überwaldzie jak na chłopaka z Haka Lobbingu — sprostował gładko Pepe. — Ściślej mówiąc, z Serowej Alejki. Miejscowy chłopak jestem. I nie zawsze byłem krasnoludem, naprawdę. Dołączyłem tylko.
— Co? To tak można?
— Wiesz, nie reklamują tego. Ale tak, jeśli znasz odpowiednich ludzi… A madame zna odpowiednich ludzi, ha, zna nawet sporo faktów o odpowiednich ludziach. To nie było takie trudne. Musiałem uwierzyć w kilka rzeczy, dopełnić kilku ceremonii, i oczywiście muszę się trzymać z daleka od dobrej gorzały… — Uśmiechnął się, kiedy jej spojrzenie przylgnęło do kieliszka w jego dłoni. — Za szybko, skarbie, miałem właśnie dodać „kiedy jestem w pracy”. A to niezła praca. Nieważne, czy stemplujesz strop w kopalni, czy nitujesz gorset, chlanie przy tym jest wybitnie głupie. A morał z tego brzmi: musisz chwytać życie albo znowu spadniesz do wiadra krabów.
— Łatwo mówić takie rzeczy — burknęła Glenda, niepewna, co mają z tym wszystkim wspólnego kraby. — Ale w prawdziwym życiu ludzie za coś odpowiadają. To nie jest taka aligancka praca, co daje furę pieniędzy, ale uczciwa, przy wykonywaniu czegoś, co jest ludziom potrzebne! Wstydziłabym się sprzedawać buty po czterysta dolarów para, na które tylko bogaci mogą sobie pozwolić. Jaki to ma sens?
— Musisz przyznać, że w rezultacie są mniej bogaci — odezwała się za jej plecami czekoladowym głosem madame. Jak wielu ludzi potężnych, umiała się poruszać cicho jak balon, który przypominała. — To niezły początek, prawda? A te pieniądze trafiają jako wypłaty dla górników i kowali. Wszystko krąży, jak słyszałam.
Usiadła ciężko na skrzynce, z kieliszkiem w dłoni.
— Udało mi się jakoś wypchnąć większość z nich — westchnęła.
Wolną ręką sięgnęła pod napierśnik i wyjęła gruby plik papierów.
— Wielkie marki zdecydowały się w to wejść, wszyscy chcą wyłączności i będzie nam potrzebna jeszcze jedna kuźnia. Jutro pójdę pogadać z bankiem. — Znowu sięgnęła pod swój metalowy gorset. — Jako krasnolud zostałam wychowana w wierze, że złoto jest jedyną prawdziwą walutą — powiedziała, odliczając świeżutkie banknoty. — Ale muszę przyznać, że te są o wiele cieplejsze. Oto pięćdziesiąt dolarów od Juliet, dwadzieścia pięć ode mnie i dwadzieścia pięć od szampana, który jest zachwycony. Juliet kazała przekazać je tobie, żebyś ich przypilnowała.
— Panna Glenda uważa, że doprowadzimy jej skarb do życia bezwartościowego, w grzechu i deprawacji — oświadczył Pepe.
— No, to jest myśl — przyznała madame. — Chociaż nie pamiętam już, jak dawno temu zrobiłam coś zdeprawowanego.
— We wtorek — przypomniał Pepe.
— Całe pudełko czekoladek to nie deprawacja. Poza tym wysunąłeś ten kartonik spomiędzy warstw, co mnie zmyliło. Nie zamierzałam wyjadać tych z dna. To był praktycznie napad.
Pepe odchrząknął.
— Straszymy normalną damę, skarbie.
Madame się uśmiechnęła.
— Wiem, co sobie myślisz, Glendo. Myślisz, że jesteśmy parą podejrzanych i złośliwych klaunów, którzy upijają się w świecie z dymu i luster. No więc w tej chwili to dość dokładny opis, ale widzisz, dzisiejszy dzień był zakończeniem roku ciężkiej pracy.
Kłócicie się jak stare małżeństwo, pomyślała Glenda. Głowa ją bolała. Skosztowała szczurzego owocu i stąd te kłopoty, tego była pewna.
— Rano pokażę te zamówienia dyrektorowi Królewskiego Banku i poproszę go o dużo pieniędzy. Jeśli on nam zaufa, czy ty też możesz? Potrzebujemy Juliet. Ona… się skrzy.
A wy dwoje trzymacie się za ręce. Mocno. W Glendzie pękło coś delikatnego.
— Słuchajcie, zrobimy tak — powiedziała. — Dzisiaj Jula wróci ze mną do domu, żeby trochę oprzytomniała. A jutro… no, zobaczymy.
— Nie moglibyśmy chyba prosić o więcej, prawda? — Madame poklepała Glendę po kolanie. — A wiesz, Juliet bardzo cię ceni. Powiedziała, że ty musisz się zgodzić. Wszystkim damom z towarzystwa o tobie opowiadała.
— Rozmawiała z damami z towarzystwa? — spytała Glenda ze zdumieniem przetykanym lękiem i zabarwionym niedowierzaniem.
— Oczywiście. Wszystkie chciały z bliska obejrzeć mikrokolczugę, a ona gawędziła z nimi całkiem swobodnie. Nie sądzę, żeby ktoś kiedyś mówił do nich „siema!”.
— O nie! Przepraszam za nią…
— Dlaczego? Bardzo je to ujęło. I okazuje się, że potrafisz zapiec marynowane cebulki tak, że wciąż są chrupiące?