Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Pan Lodowego Ogrodu. Tom II
Pan Lodowego Ogrodu. Tom II - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pan Lodowego Ogrodu. Tom II

Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom II». Краткое содержание книги:

Jarosław Grzędowicz — urodzony w 1965 roku, debiutował w 1982 na łamach tygodnika „Odgłosy” opowiadaniem Azyl dla starych pilotów. Klub absolutnej karty kredytowej (publikacja w internecie w 1999 r.) otrzymał nominację do Nagrody Elektrybałta, a po publikacji w Wizjach alternatywnych 2002 także nominację do nagrody Sfinksa. W 1990 roku wraz z Andrzejem Łaskim, Krzysztofem Sokołowskim, Dariuszem Zientalakiem i Rafałem Ziemkiewiczem założył magazyn literacki „Fenix”, w którym prowadził dział prozy polskiej, a od 1993 roku był jego redaktorem naczelnym.
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
Ilustracje Jan J. Marek
1 ... 38 39 40 41 42 43 44 45 46 ... 116
Перейти на страницу:

Zapadam w głęboki, aksamitny sen, w którym nic się nie dzieje. Paskudne przeczucie, że coś tu jest cholernie nie tak, ląduje w teczce z napisem „później".

Śpię.

Budzę się jeszcze wiele razy i zawsze jest noc.

Słyszę potrzaskiwanie polan, ściszone kobiece głosy, jakąś niespieszną krzątaninę. Widzę na tle ognia ciemne, długowłose sylwetki. Szczękają misy, ciepło migoce płomyk glinianej lampy.

Za drzwiami niezmiennie pluszcze deszcz albo huczy wichura. Łopoce ciężkimi kawałkami futra zasłaniającymi wąskie okna i widać, że na zewnątrz panuje ciemność.

Nieodmiennie ciemność i parszywa pogoda.

Pogoda taka, że tylko spać.

Owijam się więc w futra i śpię.

Zapadam w sny pełne walki i seksu. Słyszę wrzask, szczękanie stali, wokół bryzga krew i giną ludzie. Wpadają na siebie z wściekłym jazgotem żelaza, słychać łomot ciosów spadających na tarcze i dziki wrzask. Ból i żelazisty smród krwi.

Albo jest ciemność i gorące, wijące się ciała. Wilgotne usta i języki, gładkie uda i myszkujące wszędzie smukłe, dziewczęce dłonie.

Walka lub seks.

Furia i pożądanie.

Na zmianę.

I bez końca.

Potem budzi mnie dotyk delikatnych, kobiecych dłoni. Tym razem na jawie. Tym razem dzieje się to naprawdę. Leżę na wznak, jedna siedzi przy moich nogach, druga klęczy u wezgłowia, trzymając moją głowę na udach. Smarują mnie jakąś maścią.

Śliska substancja pachnie ostro i obco, trochę starym tygrysem, trochę zjełczałym piżmem, a trochę kamforą. Dłonie ślizgają się po całym moim ciele, obie kobiety nucą coś monotonnie, chcę sięgnąć do którejś i wziąć ją w ramiona, ale nie mogę się ruszyć. Jestem niczym sparaliżowany, kiedy wcierają maść w moje uda, podbrzusze i jeszcze dalej. Leżę jak kłoda i nie mogę poruszyć nawet palcem. Tylko oczami.

Jest noc, ulewa, wiatr, ich głosy i dłonie.

I znów lecę ponad skałami i drzewami, gdzie mężowie rzucają się na siebie jak psy, łomoce stal, na ziemię bryzga krew, spadają odrąbane głowy i ręce.

A później spadam w ramiona wysokiej, smukłej kobiety o wąskich, czarnych oczach, podobnych do strzelnic, o włosach przypominających wijące się krwawe płomienie.

Przy kolejnym przebudzeniu dają mi pić. I znowu jest noc.

Piję z węższego końca rogu, znów z głową na kolanach kobiety, gładzi mnie po czole i szepce coś. Napój jest gorzko-słodki, pachnie ziołami. Każdy łyk rozlewa mi się w piersi falą ciepła.

A potem znów czerń.

Zaczynam robić postępy, bo kolejny raz budzę się sam i usiłuję wstać.

Znowu jest noc, płonie ogień na palenisku i migoce lampa.

Siadam na pryczy, potrząsając głową. Mam wrażenie że jest pełna tłuczonego szkła.

Wciąż panuje wietrzna, deszczowa noc, nie wiem, czy kolejna, czy ta sama, w chacie nadal panuje półmrok, ale po raz pierwszy widzę kobiety dokładniej. Ich skłębione, długie włosy wydają się czarne jak noc za drzwiami chaty. Młodsza i starsza. Niczym dwie krople wody, o owalnych twarzach, ciemnych brwiach i małych, pełnych ustach. Gdyby nie oczy wypełnione tęczówkami, oczy karbunkuły, oczy krople żywicy, gdyby nie to owadzie spojrzenie, byłyby całkiem ładne. Może siostry, a może nawet matka i córka, choć jedna ma pewnie niecałe dwadzieścia lat, druga jest po trzydziestce. Tutaj to możliwe. Tutaj ludzie szybko dorastają, szybko żyją i wcześnie umierają.

Ale nie tutaj i nie teraz. Tu jest tylko deszcz siekący dach, ogień na palenisku i sny. Tutaj czas nie płynie.

Wołają do mnie i chichocą, jednak nie rozumiem ani słowa. Szkoda. Dostaję miskę zupy, lecz nie pozwalam się już karmić.

Jest mętna, słonawa i lekko kleista, przypomina chiński rosół z wodorostami. Wlewam w siebie kolejne łyżki i czuję, że wraca mi życie.

Nie mogę jednak o nic zapytać ani one nie mogą mi niczego powiedzieć. Siedzę z drewnianą miską na kolanach, przyzwoicie okryty połą futra, i wiosłuję łyżką wykonaną z rogu, a dziewczyny siedzą po bokach, powtarzając coś monotonnie.

Ta młodsza gładzi mnie po twarzy, starsza po udzie. Podoba mi się to. Nie wiem, o co chodzi, nie wiem, dlaczego tak się dzieje, ale mam wrażenie, że znalazłem się w najlepszej sytuacji, odkąd wylądowałem gdzieś przy klifie za Pustkowiami Trwogi.

Jednak czuję niepokój. Mój mózg zaczyna się budzić.

— Dlaczego ciągle jest noc? — pytam.

Śmieją się.

— Kim jesteście? Jak długo spałem? Śmieją się jeszcze bardziej. I tylko tyle.

Nie mogły mnie przecież zrozumieć. Zamiast tego rozsznurowują proste, płócienne suknie i ściągają je przez głowę. Nie protestuję. Nie przywykłem do takiego traktowania, ale nie będę się wykłócał. Łóżko z belek jest wystarczająco szerokie.

A potem zasypiamy. Deszcz płacze na zewnątrz.

Przy kolejnym przebudzeniu udaje mi się trochę bardziej oprzytomnieć. Wychodzę na chwilę za potrzebą, na zewnątrz oczywiście noc i dla odmiany śnieg z deszczem.

Lecz po powrocie nie mam już wrażenia, że przepracowałem szesnaście godzin w kamieniołomach.

Tej nocy po raz pierwszy wyławiam słowo. Z kamiennego szwargotu, który wydają z siebie dziewczęta, wychwytuję gardłowy dźwięk, który otwiera mi klapkę w mózgu, poznaję znajomy przydech. To słowo coś znaczy.

Whäh’tä. Jakoś tak.

— Whäh’tä — powtarzam. „Woda". Albo „tej wody". Nie... To byłoby raczej w’häh’tα...

Przybiegają do mnie natychmiast, starsza przyklęka przede mną i chwyta mnie za dłonie, potem dotyka dwoma palcami moich ust.

— Woda — mówię.

— Woda! — wołają jedna przez drugą. — Woda! Młodsza przynosi cały dzbanek. Piję.

Kolejnego słowa nie rozumiem. Ale powtarzam je kilka razy, najwierniej jak umiem. Poprawiają mnie niecierpliwie, znowu powtarzam.

I nagle za którymś razem słowo trafia prosto do moich ośrodków mowy, jakby wyważyło sobie drzwi.

W’haskjatlår.

Dzbanek.

Dziewczyna potrząsa dzbankiem i krzyczy: „dzbanek"! Ja krzyczę: „dzbanek" i „woda"! Jak dobrze pomyśleć, to nie jest w tym wszystkim największy obłęd.

Znałem kiedyś ten język. Pamięć słów, gramatyki i wymowy nadal powinna siedzieć w ośrodkach pamięci i mowy. Połączenia neuronów, które sprawiały, że mogłem w nim się porozumiewać, nadal powinny istnieć, cokolwiek spotkało cyfrala. Nawet jeśli opuścił mój mózg i stał się fruwającą wokół wróżką z kreskówki. Wróżką, która, nawiasem mówiąc, gdzieś przepadła.

Słucham ich głosów. Wiem już, że ta starsza nazywa się Sylga, młodsza Synnja. Mówią dużo, opowiadają mi coś, śmieją się. Brzmi to jak łoskot wydawany przez drewniany młyn z kołem wodnym, ale wśród zgrzytów, turkotów i plusku zaczynają pojawiać się zrozumiałe dźwięki. Słowa.

Słowa, które kiedyś znałem.

Siedzę więc i słucham młyna, czekając na słowa. Nie muszę się ich uczyć. Każde kolejne po prostu wskakuje na swoje miejsce. Ale i tak powoli to idzie. Posługiwałem się słownikiem jakichś trzydziestu tysięcy zwrotów. Jeśli każde przebudzenie to jeden dzień, a ja będę odzyskiwał za każdym razem trzy słowa, to wszyscy się zestarzejemy w tej chacie, zanim zdołamy porozmawiać.

Wciąż jestem słaby. Nie tak jak z początku, ale jednak. Wciąż budzę się na krótko, po czym zasypiam. Zawsze tylko w nocy, w kompletnych ciemnościach. Tracę orientację i poczucie czasu.

Płonie ogień, bulgoce zupa w kotle, dziewczęta mówią i siedzą w świetle lampy. Ja słucham, powtarzam i próbuję zebrać siły.

1 ... 38 39 40 41 42 43 44 45 46 ... 116
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)