Bursztynowa Luneta
- Автор: Пулман Филип
- Серия: Mroczne Materie #3
- Язык: польский
- Переводчик: Danuta Gorska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Bursztynowa Luneta». Краткое содержание книги:
Аннотация
Bursztynowa Luneta– Masz rację – przyznał, wstając. – Ona jest wyjątkowa. Żeby cię oswoić i obłaskawić... niełatwe zadanie. Ona pozbawiła cię trucizny, Mariso. Wyrwała ci zęby. Twój ogień gaśnie pod zalewem rodzicielskich sentymentów. Kto by pomyślał? Bezlitosna agentka Kościoła, fanatyczna dręczycielka dzieci, wynalazczym ohydnych maszyn do krojenia maluchów na plasterki i zaglądania w ich przerażone duszyczki w poszukiwaniu grzechu... aż tu zjawia się pyskata niedouczona smarkula o brudnych paznokciach, a ty gdakasz i trzęsiesz się nad nią jak kwoka. No, przyznaję, że dzieciak widocznie ma jakiś dar, którego sam nigdy nie zauważyłem. Ale jeśli potrafi tylko zmienić cię w troskliwą mamusię, to marny, nędzny, nic niewart dar. A teraz lepiej siedź cicho. Zaprosiłem tu głównych dowódców na pilną naradę i jeśli nie przestaniesz wrzeszczeć, każę cię zakneblować.
Pani Coulter była bardziej podobna do córki, niż przypuszczała. Zamiast odpowiedzi splunęła Lordowi Asrielowi w twarz. Spokojnie otarł plwocinę i powiedział:
– Knebel poprawi również twoje zachowanie.
– Och, naucz mnie manier, Asrielu – prychnęła. – Pokazywać swoim podkomendnym jeńca przywiązanego do krzesła to rzeczywiście szczyt uprzejmości. Rozwiąż mnie albo cię zmuszę, żebyś mnie zakneblował.
– Jak sobie życzysz – mruknął i wyjął z szuflady jedwabny szal; zanim jednak wepchnął go jej do ust, pokręciła głową.
– Nie, nie! – zawołała. – Nie, błagam, nie upokarzaj mnie.
Łzy wściekłości trysnęły jej z oczu.
– Dobrze, rozwiążę cię, ale on zostanie w łańcuchach – ustąpił Asriel, wrzucił szal z powrotem do szuflady i przeciął jej więzy składanym nożem.
Roztarła nadgarstki, wstała, przeciągnęła się i dopiero wtedy zobaczyła, w jakim stanie ma włosy i ubiór. Wyglądała blado i mizernie; resztki gallivespiańskiego jadu wciąż krążyły w jej ciele i wywoływały okropne bóle stawów, ale nie zamierzała się do tego przyznawać.
– Możesz się tam umyć – powiedział Lord Asriel, wskazując mały pokoik, niewiele większy od szafy.
Pani Coulter wzięła na ręce spętanego dajmona, który łypał groźnie na Lorda Asriela ponad jej ramieniem, i poszła doprowadzić się do porządku.
Wszedł ordynans i zameldował:
– Jego Królewska Wysokość Ogunwe i Lord Roke.
Zjawili się afrykański generał i Gallivespianin: król Ogunwe w czystym mundurze, ze świeżym opatrunkiem na skroni, i Lord Roke na grzbiecie swojego błękitnego jastrzębia, który szybko przefrunął na stół.
Lord Asriel przywitał ich ciepło i poczęstował winem. Ptak pozwolił zejść jeźdźcowi, a potem przefrunął na kinkiet przy drzwiach. Ordynans zapowiedział trzeciego dowódcę Lorda Asriela, anielicę imieniem Xaphania. Miała znacznie wyższą rangę niż Baruch czy Balthamos i promieniowała drżącym, niepokojącym światłem, które zdawało się dochodzić skądinąd.
Tymczasem pojawiła się pani Coulter, już znacznie schludniejsza. Troje dowódców skłoniło się przed nią, ona zaś nie okazała żadnego zdziwienia na ich widok, tylko skinęła głową i usiadła spokojnie, trzymając w ramionach spętaną małpę.
Nie tracąc czasu, Lord Asriel powiedział:
– Królu Ogunwe, powiedz mi, co się stało.
Potężny Afrykanin o głębokim głosie oznajmił:
– Zabiliśmy siedemnastu z Gwardii Szwajcarskiej i zniszczyliśmy dwa zeppeliny. Straciliśmy pięciu ludzi i jeden giropter. Dziewczynka i chłopiec uciekli. Pojmaliśmy panią Coulter, pomimo jej dzielnego oporu, i przywieźliśmy ją tutaj. Mam nadzieję, że przyzna, że traktowaliśmy ją uprzejmie.
– Jestem całkiem zadowolona z twojego traktowania, panie – odparła pani Coulter, kładąc nieznaczny nacisk na zaimek „twojego”.
– Jakieś uszkodzenia pozostałych giropterów? Ranni? – zapytał Lord Asriel.
– Trochę uszkodzeń i trochę rannych, ale to drobiazgi.
– Dobrze. Dziękuję ci, królu, twoi ludzie dobrze się spisali. Lordzie Roke, czego się dowiedziałeś?
– Moi szpiedzy są z chłopcem i dziewczynką w innym świecie. Dzieci są bezpieczne, całe i zdrowe, chociaż dziewczynkę utrzymywano w narkotycznym śnie przez wiele dni. Chłopiec stracił możliwość używania noża podczas zajścia w jaskini; wskutek jakiegoś wypadku nóż pękł na kawałki. Teraz jednak znowu jest w całości dzięki stworowi z północy twojego świata, Lordzie Asrielu, ogromnemu niedźwiedziowi, bardzo zręcznemu w kowalskim rzemiośle. Jak tylko nóż został naprawiony, chłopiec przeciął okno do innego świata, gdzie są teraz. Moi szpiedzy oczywiście im towarzyszą, ale istnieje pewna trudność: dopóki chłopiec ma nóż, nie można go do niczego zmusić, a gdyby zabili go we śnie, nóż byłby dla nas bezużyteczny. Na razie kawaler Tialys i lady Salmakia pójdą za nimi wszędzie, więc przynajmniej możemy ich śledzić. Chyba mają jakiś plan; w każdym razie nie chcą tutaj wrócić. Moja dwójka ich upilnuje.
– Czy nic im nie grozi w tym innym świecie? – zaniepokoił się Lord Asriel.
– Są na plaży obok lasu drzew paprociowych. W okolicy nie ma śladów zwierzęcego życia. W chwili obecnej chłopiec i dziewczynka śpią; rozmawiałem z kawalerem Tialysem niecałe pięć minut temu.
– Dziękuję – powiedział Lord Asriel. – Oczywiście teraz, kiedy twoi agenci śledzą dzieci, nie mamy już szpiegów w Magistraturze. Musimy polegać na aletheiometrze. Przynajmniej...
Wówczas ku ich zdumieniu odezwała się pani Coulter.
– Nie wiem o innych ugrupowaniach – powiedziała – ale jeśli chodzi o Komisję Konsystorską, polegają na odczytach brata Pavla Raśka. On jest skrupulatny, ale powolny. Dopiero za parę godzin dowiedzą się, gdzie jest Lyra.
– Dziękuję ci, Mariso – powiedział Lord Asriel. – Czy nie domyślasz się, co Lyra i ten chłopiec planują zrobić?
– Nie. Rozmawiałam z nim, wydawał się uparty i przyzwyczajony do dochowywania sekretów. Nie mam pojęcia, co on zamierza. Co do Lyry, jej postępowania nie można przewidzieć.
– Mój panie – wtrącił król Ogunwe – chcielibyśmy wiedzieć, czy ta dama należy teraz do rady dowódców. Jeśli tak, jaką pełni funkcję? Jeśli nie, czy nie powinna opuścić tego miejsca?
– Ona jest naszym jeńcem i moim gościem, a jako wybitna dawna agentka Kościoła może posiadać pożyteczne informacje.
– Czy dobrowolnie ujawni nam cokolwiek? Czy też trzeba poddać ją torturom? – zagadnął Lord Roke, patrząc prosto na nią.
Pani Coulter wybuchnęła śmiechem.
– Myślałam, że dowódcy Lorda Asriela lepiej znają się na rzeczy i wiedzą, że torturami nie wydobędą prawdy.
Lord Asriel mimo woli poczuł się ubawiony jej zuchwałą nieszczerością.
– Ręczę za zachowanie pani Coulter – powiedział. – Ona wie, co ją czeka, jeśli nas zdradzi; chociaż nie damy jej ku temu okazji. Jednakże jeśli macie wątpliwości, wyjawcie je teraz, bez obawy.
– Ja mam wątpliwości – oświadczył król Ogunwe – ale dotyczą ciebie, nie jej.
– Dlaczego? – zapytał Lord Asriel.
– Jeśli zechce cię skusić, nie oprzesz się jej. Dobrze, że ją schwytaliśmy, ale źle, że zaprosiliśmy ją do tej rady. Traktuj ją z najwyższą uprzejmością, zapewnij jej wszelkie wygody, ale przenieś ją gdzie indziej i trzymaj się od niej z daleka.
– No cóż, sam zachęciłem cię do mówienia – mruknął Lord Asriel – więc muszę przyjąć twoją naganę. Cenię twoją obecność wyżej niż jej, królu. Każę ją przenieść.
Wyciągnął rękę do dzwonka, ale zanim zdążył zadzwonić, pani Coulter zawołała:
– Proszę, wysłuchajcie mnie najpierw! Mogę pomóc. Pewnie nigdy już nie schwytacie osoby, która była tak blisko centrum Magistratury jak ja. Wiem, jak oni myślą, potrafię odgadnąć, co zrobią. Zastanawiacie się, czy powinniście mi zaufać. Dlaczego ich opuściłam? To proste: oni zamierzają zabić moją córkę. Nie odważą się pozostawić jej przy życiu. Jak tylko się dowiedziałam, kim ona jest... czym ona jest... jak tylko poznałam przepowiednię czarownic, zrozumiałam, że muszę odejść z Kościoła. Wiedziałam, że Kościół jest moim wrogiem. Nie wiedziałam, kim wy jesteście ani kim jestem dla was... to zagadka; ale zrozumiałam, że muszę stanąć do walki z Kościołem, ze wszystkim, w co wierzą, a jeśli trzeba, nawet przeciwko samemu Autorytetowi...