Bursztynowa Luneta
- Автор: Пулман Филип
- Серия: Mroczne Materie #3
- Язык: польский
- Переводчик: Danuta Gorska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Bursztynowa Luneta». Краткое содержание книги:
Аннотация
Bursztynowa LunetaUrwała. Wszyscy dowódcy słuchali uważnie. Teraz spoglądała prosto w twarz Lorda Asriela i mówiła jakby tylko do niego, głosem niskim i namiętnym, z błyszczącymi oczami.
– Byłam najgorszą matką na świecie. Pozwoliłam sobie odebrać jedyne dziecko, kiedy było zaledwie niemowlęciem, bo nie dbałam o nie; zależało mi tylko na własnej karierze. Nie myślałam o córce przez lata, a jeśli już ją wspominałam, to tylko z żalem i wstydem. Ale potem Kościół zaczął interesować się Pyłem i dziećmi i coś drgnęło w moim sercu. Przypomniałam sobie, że jestem matką, a Lyra jest... moim dzieckiem. A ponieważ groziło jej niebezpieczeństwo, uratowałam ją. Już trzy razy wkraczałam, żeby ją wyciągnąć z kłopotów. Po raz pierwszy, kiedy Rada Oblacyjna rozpoczęła działalność; pojechałam do Kolegium Jordana i zabrałam córkę do siebie, do Londynu, gdzie mogłam ją chronić przed Radą... przynajmniej miałam taką nadzieję. Ale Lyra uciekła.
Po raz drugi w Bolvangarze, kiedy znalazłam ją w samą porę, pod... pod ostrzem... Serce niemal mi stanęło w piersi. Właśnie to robili... robiliśmy, ja robiłam to innym dzieciom, ale kiedy chodziło o moje dziecko... Och, nie wyobrażacie sobie, co wtedy przeżyłam; nie życzę wam takiego cierpienia. Ale uwolniłam ją; zabrałam ją stamtąd; uratowałam ją po raz drugi. Jednak nawet wtedy wciąż czułam się częścią Kościoła, sługą, lojalną i oddaną sługą, ponieważ wypełniałam rozkazy Autorytetu.
A potem poznałam przepowiednię czarownic. Lyra kiedyś, wkrótce, będzie kuszona jak Ewa... tak mi powiedziały. Nie wiem, jaką formę przybierze ta pokusa, ale ona przecież dorasta. Nietrudno sobie wyobrazić. A teraz, kiedy Kościół również to wie, zabiją ją. Jeśli wszystko zależy od niej, czy zaryzykują i pozwolą jej żyć? Czy mogą liczyć na szansę, że Lyra odrzuci pokusę, jakąkolwiek pokusę? Nie, muszą ją zabić. Gdyby mogli, wróciliby do rajskiego ogrodu i zabili Ewę, zanim uległa pokusie. Zabijanie nie jest dla nich trudne; sam Kalwin nakazał zabójstwo dzieci; zabijają uroczyście i ceremonialnie, z modłami, psalmami, hymnami i lamentami, ale ją zabiją. Jeśli wpadnie im w ręce, zginie. Więc kiedy usłyszałam, co powiedziała czarownica, ocaliłam moją córkę po raz trzeci. Zabrałam ją do bezpiecznego miejsca i zamierzałam tam ukrywać.
– Podawałaś jej narkotyki – zarzucił jej król Ogunwe. – Uśpiłaś ją.
– Musiałam – wyjaśniła pani Coulter – ponieważ ona mnie nienawidzi. – W tym miejscu jej głos, opanowany, choć pełen emocji, załamał się w łkaniu i odtąd drżał wyraźnie, kiedy ciągnęła: – Ona boi się mnie i nienawidzi, i uciekłaby przede mną jak ptaszek przed kotem, gdybym jej nie uśpiła. Czy wiecie, co to znaczy dla matki? Ale tylko w ten sposób mogłam zapewnić jej bezpieczeństwo! Przez cały czas w jaskini... uśpiona, bezwładna, z zamkniętymi oczami, ze swoim dajmonem zwiniętym na szyi... Och, czułam taką miłość, taką czułość, taką głęboką, głęboką... Moje własne dziecko... po raz pierwszy mogłam robić dla niej takie rzeczy, moja maleńka... Myłam ją i karmiłam, trzymałam ją w cieple, strzegłam jej bezpieczeństwa... Leżałam przy niej w nocy, kołysałam ją w ramionach, skrapiałam łzami jej włosy, całowałam jej zamknięte oczy, moja maleńka...
Nie czuła wstydu. Mówiła cicho, nie deklamowała ani nie podnosiła głosu, a kiedy wstrząsały nią szlochy, tłumiła je prawie do czkawki, jakby przez uprzejmość starała się panować nad uczuciami. Co potęgowało efekt jej bezczelnych kłamstw, pomyślał Lord Asriel z niesmakiem; kłamała jak z nut.
Kierowała swoje słowa głównie do króla Ogunwe, chociaż bez ostentacji, co również zauważył Lord Asriel. Król był nie tylko jej głównym oskarżycielem, ale człowiekiem, w przeciwieństwie do anielicy czy Lorda Roke, więc potrafiła grać na jego emocjach.
W rzeczywistości największe wrażenie wywarła na Lordzie Roke. Gallivespianin wyczuł w niej naturę tak zbliżoną do skorpiona, jakiej jeszcze nigdy nie napotkał, i doskonale zdawał sobie sprawę z siły ukrytego w niej żądła. Lepiej trzymać skorpiony na widoku, pomyślał.
Więc poparł króla Ogunwe, kiedy ten zmienił zdanie i nalegał, żeby nie przenosić pani Coulter. Lord Asriel został wzięty w dwa ognie; teraz sam chciał się jej pozbyć, ale już zgodził się spełnić życzenie dowódców.
Pani Coulter spojrzała na niego z łagodnym, szlachetnym zatroskaniem. Miał pewność, że nikt inny nie dostrzegł błysku chytrego triumfu w głębinach jej pięknych oczu.
– Zostań więc – ustąpił. – Ale dosyć już mówiłaś. Odtąd milcz. Chcę rozważyć tę propozycję dotyczącą garnizonu na południowej granicy. Widzieliście raport; czy to możliwe? Czy to wskazane? Następnie chcę obejrzeć zbrojownię. Potem wysłucham sprawozdania Xaphanii o rozmieszczeniu sił anielskich. Najpierw garnizon. Królu Ogunwe?
Afrykański przywódca zaczął mówić. Rozmawiali przez jakiś czas i zaimponowali pani Coulter dokładną znajomością obrony Kościoła oraz przenikliwą oceną charakteru dowódców.
Teraz jednak, kiedy Tialys i Salmakia towarzyszyli dzieciom i Lord Asriel nie miał już szpiegów w Magistraturze, ich wiedza wkrótce stanie się bardzo przestarzała. Pani Coulter wpadła na pewien pomysł i wymieniła z małpą-dajmonem spojrzenie, które przypominało silną anbaryczną iskrę; nie odzywała się jednak i głaskała jego złociste futro, słuchając dowódców. Potem Lord Asriel powiedział:
– Wystarczy. Później zajmiemy się tym problemem. Teraz zbrojownia. Rozumiem, że są gotowi do przetestowania intencyjnego statku. Pójdziemy go obejrzeć.
Wyjął srebrny klucz z kieszeni i otworzył zapięcie łańcucha pętającego łapy złocistej małpy, uważając, żeby nie dotknąć ani jednego włoska złocistego futra.
Lord Roke dosiadł swojego jastrzębia i pofrunął za pozostałymi. Lord Asriel sprowadził ich po schodach wieży i wyszli na zewnątrz, na mury obronne.
Wiał zimny wiatr, szczypiący w policzki. Błękitny jastrząb wzbił się do góry w silnym prądzie powietrznym, kołując wśród gwałtownych podmuchów. Król Ogunwe ciaśniej otulił się płaszczem i oparł dłoń na głowie swojej dajmony-geparda.
Pani Coulter odezwała się pokornym tonem do anielicy:
– Wybacz mi, pani; nazywasz się Xaphania?
– Tak – potwierdziła anielica.
Jej wygląd zrobił wrażenie na pani Coulter, podobnie jak jej ziomkowie zrobili wrażenie na czarownicy Rucie Skadi, kiedy spotkała ich w niebie; nie świeciła, ale jaśniała, chociaż to światło nie miało widocznego źródła. Była wysoka, naga, skrzydlata, o pobrużdżonej twarzy, najstarsza ze wszystkich żywych istot, jakie widziała pani Coulter.
– Czy należałaś do tych aniołów, które zbuntowały się dawno temu?
– Tak. Od tamtej pory wędrowałam pomiędzy wieloma światami. Teraz ślubowałam wierność Lordowi Asrielowi, ponieważ w jego wielkim przedsięwzięciu widzę jedyną nadzieję na ostateczne zniszczenie tyranii.
– A jeśli poniesiecie klęskę?
– Wówczas wszyscy zginiemy, a okrucieństwo zapanuje na wieki.
Rozmawiały, idąc za Lordem Asrielem, który szybkim krokiem zmierzał wśród porywistej wichury w stronę ogromnych schodów, prowadzących tak głęboko pod ziemię, że nawet blask lamp osadzonych w ścianach nie sięgał dna. Obok nich śmignął błękitny jastrząb i pomknął w dół, w ciemność, błyskając piórami w świetle kolejnych mijanych jarzeniówek, aż zmienił się w mały punkcik i zniknął.