Ucieczka z Festung Breslau
- Автор: Земянский Анджей
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo Dolnośląskie
- ISBN: 978-83-245-8895-4
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Ucieczka z Festung Breslau». Краткое содержание книги:
Stecherowi nawet powieka nie drgnęła na słowo „hieny”.
-Owszem. Choć, jak mówię, to bardzo wysokie progi - zamyślił się na chwilę. - Ale jak zwykle ma pan rację.
-Rozumiem więc, że istnieje już coś takiego jak umowa między nami?
-Tak. Jak rozumiem, rozwiązywaniem problemów, że się tak wyrażę, przyziemnych, z waszej strony zajmie się ktoś inny?
Schielke skinął głową. Stecher dopiero teraz poczęstował się camelem. Nawet dość sprawnie posłużył się zapalniczką zippo. Było coś onirycznego w mrocznej atmosferze skazanego na zagładę miasta. Gdyby znalazł się jakiś malarz pragnący uwiecznić postacie przy tym stoliku, powinien zatytułować obraz: „Świat się kończy, interesy kwitną dalej”. Stecher też musiał czuć coś dziwnego. Zaciągnął się aromatycznym dymem i spytał nagle:
-Czy mógłbym panu zadać pytanie związane z moralnością?
-Może pan liczyć na szczerą odpowiedź.
-W takim razie... - Stecher jednak zawahał się chwilę. - Czy kiedy już zaczną świstać kule wokół, nie zawaha się pan w ostatniej chwili, czy dać miejsce w samolocie mnie z bagażami, czy kilku ciężko rannym obrońcom ojczyzny?
Schielke nie wahał się ani chwili.
-Widzi pan, jestem pragmatykiem. Rannym żołnierzom będzie wszystko jedno, czy Rosjanie zabiją ich w Breslau, czy w Berlinie. Pan jednak wygląda na dostatecznie inteligentnego, żeby dogadać się z pilotem w sprawie awaryjnego lądowania w Bawarii, co da szansę przeżycia pozostałym rannym, którzy będą lecieć z panem. Powiem wprost: stanie się pan ich polisą ubezpieczeniową.
Stecher skłonił głowę z podziwem.
-Istotnie. Niezwykle pragmatyczne podejście. A pilot to naprawdę nie problem. - Przez chwilę rozkoszował się dymem z camela. - Mówi pan Bawaria?
-Chyba nie chce pan lecieć ze wszystkimi do Drezna?
-Pan żartuje? Przecież tam zaraz wszyscy niechybnie zginą.
Rita i Schielke zaczęli się śmiać. Nareszcie ktoś, kto podzielał zdanie Holmesa w tej kwestii. Świadczyło to dobrze o inteligencji Stechera, a co za tym idzie, owocności współpracy.
-No cóż, panie Barbel, miło nam podjąć z panem współpracę.
-Zapewniam państwa, że cała przyjemność jest po mojej stronie. - Położył na stole kartkę z instrukcją, jak się z nim kontaktować.
-Mam nadzieję, że pana nie zaszokowaliśmy - powiedziała Rita z promiennym uśmiechem.
-A wie pani, że tak - odpowiedział również z uśmiechem. - Jesteście państwo bowiem pierwszymi ludźmi, którzy podczas pierwszej rozmowy nie zapytali, skąd się wzięło moje imię.
Oddział Volkssturmu na placu przed zamkiem został chyba sformowany znowu dla potrzeb propagandy. Opasły sierżant w nienagannym, zimowym płaszczu instruował jakąś kobietę, jak się strzela z pancerfausta. Prawdopodobnie już po cichu i zasłaniając usta przed kamerami, mówił również, że tego się nie trzyma jak parasolki, a przynajmniej nie bulwiastym pociskiem skierowanym w stronę własnego oddziału. Kobieta w cienkim letnim płaszczu i gustownym kapeluszu musiała coś zrozumieć, bo przerzuciła broń do położenia „na wprost”, mierząc idealnie w ekipę filmową.
-Nie wystrzeli? - spytał Holmes z pewną obawą, obserwując wyczyny hożej obrończyni ojczyzny.
-Coś ty - uspokoił go Schielke. - To egzemplarz ćwiczebny.
Usiedli na małej ławce nad fosą. Miasto ciągle wyglądało normalnie, jeśli nie liczyć teatralnych występów kobiet z metalowymi rurami, albo drużyn chłopców w za dużych hełmach pętających się po przedmieściach rowerami zamienionymi na prowizoryczne czołgi. Ani kobiety, ani chłopcy nie byli jednak groźni. Kiedy znikały aparaty fotograficzne, znikali i oni. Rosjanie obłożyli ogniem ulicę Klosterstrasse, ale to również nie wyglądało na wielkie zagrożenie. Działa dalekiego zasięgu, byle jaki ogień, nieplanowany, niekierowany, ot, poniosło jakiegoś watażkę. Miasto odczuło potem pewną ulgę. Najgorszy bowiem potwór to ten, który kryje się w ciemnościach piwnicy, ukryty za gęstą zasłoną. A jak już go widać? Cóż, można jedynie powiedzieć: „O, potwór!” i przestać się bać. No przecież go już widać. W umysłach niektórych pojawiła się dziwna myśl. „Eeee... jeśli to tak ma wyglądać, to właściwie nic strasznego się nie dzieje. Damy radę”. Gorzej wszystko wyglądało w środku twierdzy. Rozstrzeliwano każdego, kto się naraził, bez względu na rangę, nawet burmistrza. System opresji i terroru sprawiał, że ludzie zaczynali nawet zazdrościć żołnierzom, którzy byli traktowani lepiej. Specjalne oddziały wyrzucały meble z domów na linii przewidywanych walk. Wypalali narożne kamienice przy skrzyżowaniach, żeby atakujący Rosjanie nie mogli wykurzyć obrońców ogniem. W samym centrum jednak niewiele się jeszcze działo. Poza może faktem, że gauleiter Hanke przeniósł się do bunkra dowodzenia ukrytego pod Liebichs Hóche, a jego pierwszym posunięciem był rozkaz rozstrzelania kierownika obwodowej grupy NSDAP, Paula Gueckela. Nikt się nie zastanawiał za co. Kulkę można było oberwać za wszystko.
-I co zamierzasz? - spytał Holmes.
-Mój plan jest taki. Stworzę specjalną grupę operacyjną, która w elastyczny sposób będzie reagować na moje kolejne odkrycia materiałów sowieckich wywiadowców.
-Bardzo słusznie. Jak rozumiem, mam ci je dostarczać?
-Mhm. Grupa będzie złożona z ludzi różnych służb. Abwehra, kripo, jednostki techniczne i takie tam. Pozwoli to nam przez cały czas utrzymać naszych ludzi razem.
-Tietz na to pójdzie?
-Zależy, jakiej wagi materiały mi dostarczysz.
-Zrobi się dobre.
-No i spadamy z głównych kierunków natarcia, trzymając się na uboczu.
-Czyli przez Bischofswalde, Zimpel i Carlowitz. Wiem, że tam Ruscy nie uderzą z całą silą. Plan jest całkiem dobry.
-Powinniśmy przetrwać jakieś dwa miesiące, karmiąc ich papierami. A potem cholera wie, co się stanie.
-Potem nastąpi taki burdel, że nikt w niczym się nie zorientuje.
-Może... Ale nie lekceważyłbym niemieckiej organizacji, jeśli trzeba kogoś rozstrzelać, da się to załatwić nawet w piekle.
Holmes wzruszył ramionami.
-Nie, po prostu trzeba reagować elastycznie na zmienne warunki. Jak będzie trzeba, włączymy się do jakiejś grupy bojowej, najlepiej na głębokim zapleczu. Zobaczymy.
-A sam moment wkroczenia Armii Czerwonej?
-To najgorsza chwila. Ale mam dobre wejścia wśród polskich robotników przymusowych. Pewnego dnia po prostu zamienimy się z członków elitarnej jednostki w prostych robociarzy. Nawet Ruscy swoich sojuszników w niewoli raczej nie zabiją. A potem, jak przyjdą Polacy, zgłoszę się, gdzie trzeba i to już powinno być dość proste.
Schielke miał jednak wątpliwości.
-I tak po prostu ci uwierzą?
-Najlepszemu agentowi? Kawalerowi Virtuti Militari?
-Ja nie o tym. Co twoi zrobią na nasz widok?
-No nie... Ja oczywiście w pierwszych słowach wyznam, że mam grube ryby z Abwehry! Żartujesz sobie? U nas załatwia się sprawy inaczej. Zrozum wreszcie, że żaden Polak nigdy nie będzie nazistą ani komunistą, choć idealnie potrafi takiego udawać. To kwestia innej psychiki. To kwestia mimikry, ale u nas nie ma rzeczy niemożliwych.
-Nie rozumiem.
-Boże. Jak Niemcowi powiesz „zakazane”, to znaczy „zakazane”. Jak Ruskiemu to powiesz - to samo. Spróbuj powiedzieć to Polakowi. „Zakazane” to są dla niego od razu trzy możliwości: częściowo zakazane i trzeba ściemniać, zakazane, ale nie do końca, tak jakby zakazane i niezakazane jednocześnie. I najprostsza możliwość. Zakazane? Aha, to znaczy nikt nic nie wie i rób, co chcesz.
-Jezu Chryste, nigdy nie zrozumiem tego narodu. Jak wyście przetrwali tyle wieków?
-Właśnie dzięki temu.