Pelagia i czerwony kogut
- Автор: Акунин Борис Чхартишвили
- Серия: Prowincjonalny kryminał #3
- Год: 2004
- Язык: польский
- Год: Noir sur Blanc
- ISBN: 83-7392-078-1
- Переводчик: Henryk Chłystowski
- Жанр: Исторические детективы
Электронная книга - «Pelagia i czerwony kogut». Краткое содержание книги:
I rzeczywiście, na skraju placu stały pod drzewami cztery namioty, zwieńczone pozłacanymi krzyżami. Do każdego ustawiła się kolejka: jedna bardzo długa, dwie krótsze, obok czwartego zaś czekali zaledwie dwaj ludzie.
– Skąd takie różnice? – zaciekawiła się Pelagia.
– A to, jeśli pani pozwoli, zgodnie z życzeniem. Najbardziej pragną dostać się do ojca Januarego, najświętszego starca w całej naszej misji. Ojciec Martyriusz i ojciec Korneliusz też są miłowani przez pielgrzymów, chociaż, rzecz jasna, mniej niż ojciec January. A tam, do ojca Agapiusza, mało kto ma odwagę. Surowiutki i gwałtownego charakteru. Proszę wybaczyć, miła pani. – Staruszek rozłożył ręce. – Konfesjonał to nie hotel, kategorii nie posiada. Wobec Boga wszyscy są równi. Jeśli zatem życzy sobie pani do ojca Januarego, to trzeba będzie poczekać razem z prostaczkami – to jakieś cztery godziny w skwarze, nie mniej. Niektórzy państwo, co prawda, najmują kogoś, żeby postał zamiast nich, ale to grzech, nie ma co mówić.
– To nic, wyspowiadam się później – lekko powiedziała Polina Andriejewna. – Kiedy upał zelżeje. A na razie proszę mnie gdzieś umieścić.
W tym momencie z konfesjonału cieszącego się u pielgrzymów najmniejszym powodzeniem (stał najbliżej placu)
dobiegł krzyk. Płócienne ścianki namiotu zafalowały, a na zewnątrz wypadł czarniawy pan w okularach i omal nie rozciągnął się na trawie. Zdaje się, że okularnik został wyrzucony z przybytku tajemnicy, jak to się mówi, na zbity pysk.
Ledwie utrzymawszy się na nogach, wpatrywał się oszołomiony w wejście, stamtąd zaś wyjrzał kosmaty pop z wykrzywioną wściekłością purpurową twarzą i zagrzmiał:
– Idź do swoich mojszów! Do Row Ha-Judi! Niech wyspowiadają cię tamci judasze!
– No, widzi pani! – powiedział z bólem przyjmujący pielgrzymów staruszek. – Znowu to samo!
– A co to jest „Row Ha-Judi"? – szybko zapytała Polina Andriejewna, patrząc na groźnego ojca Agapiusza z niezwykłą uwagą.
– Żydowski kwartał na Starym Mieście. Tam, za murami, są cztery kwartały... Ale Pelagia już nie słuchała – postąpiła kilka kroków w stronę ogrodu, zupełnie jakby bała się, że uroni choć słowo z rozpoczynającej się połajanki.
Czarniawy pan, który doszedł do siebie po pierwszym wstrząsie, także zaczął krzyczeć:
– Jak pan śmie! Jestem ochrzczony! Poskarżę się na pana ojcu archimandrycie!
– „Ochrzczony!" – przedrzeźnił go spowiednik i splunął. – Lud powiada: „Żyd jak bies: nigdy się nie pokaja". I jeszcze: „Żyda przeżegnaj i pod lód wegnaj!" Pluję na ciebie! Tfu! Precz!
I tak gwałtownie przeżegnał okularnika, jakby zamierzał uderzyć go złożonymi palcami najpierw w czoło, potem w brzuch, a na koniec jeszcze pod obydwa obojczyki. Na tak groźne ruchy przepędzony wycofał się rakiem i uciekł z pola walki, mamrocząc coś i pociągając nosem.
Na dwóch pielgrzymach, którzy czekali na swoją kolej przed namiotem ojca Agapiusza, scena ta wywarła mocne wrażenie. Szybciutko zrejterowali – jeden stanął w kolejce do ojca Martyriusza, drugi do ojca Korneliusza.
– Proszę zaczekać! – zawołał do Poliny Andriejewny staruszek. – Pokażę pani, gdzie jest hotel dla dobrze urodzonych pątniczek.
– Dziękuję. Wie pan co, mimo wszystko najpierw się wyspowiadam – odrzekła Pelagia. – Akurat nie ma kolejki.
Rzekomy brachicefalik
Kiedy pątniczka wypowiedziała przewidzianą formułę: „Spowiadam się Panu Bogu Wszechmogącemu...", kapłan nagle zapytał:
– A co to, ma pani rude włosy?
Polina Andriejewna mało uprzejmie otworzyła usta – tak była zaskoczona tym pytaniem. Ojciec Agapiusz zmarszczył brwi.
– Czy nie jest pani aby z przechrztów?
– Nie – zapewniła go penitentka. – Słowo honoru! Kapłanowi jednak „słowo honoru" nie wystarczyło.
– A może pani rodzic pochodził z kantonistów? Czy ma pani w sobie krew żydowską – ze strony ojca albo matki? Nie ma rudości bez żydości.
– Co też wy, ojcze, jestem najczystszą Rosjanką. No, może pradziadek...
– Co, z Żydków? – Spowiednik zmrużył oczy. – Aha! Oko mam niezawodne!
– Nie, przyjechał z Anglii sto lat temu. Ale ożenił się z Rosjanką i przyjął prawosławie. Ale dlaczego tak się dopytujecie?
– A, to inna sprawa – uspokoił się ojciec Agapiusz. – Jak z Anglii, to nie szkodzi. Pewnie z irlandzkimi korzeniami. Wtenczas zrozumiale. Rudość bywa przecie z dwóch źródeł: celtyckiego i żydowskiego. A próbowałem panią po to, żeby nie skalać tajemnicy pokuty. Teraz wielu jest Żydów i pół-Żydków, co próbują wkręcić się do prawosławia. Żyd jest do niemożliwości paskudny, a ochrzczony Żyd w trójnasób.
– I dlatego przepędziliście tamtego pana?
– Miał to wypisane na gębie. Mówię przecie, że oko mam pewne. Nie dopuszczę do świętokradztwa, niechby mnie nawet spalili na stosie!
Wyraz twarzy Pelagii świadczył o całkowitym poparciu dla tak daleko posuniętej ofiarności, głośno jednak powiedziała:
– Ale nasza Cerkiew cieszy się z nawróconych, zwłaszcza z wiary żydowskiej...
– Nie Cerkiew, nie Cerkiew, tylko cerkiewni głupcy! Jeszcze zapłaczą, ale będzie za późno. Co to jest: durnota czy diabelskie poduszczenie – żeby do stada białych owiec wpuszczać czarną!
Pop natychmiast wyjaśnił swoją mętną alegorię:
– Są owce białe, które pasą się na zboczach gór pod okiem Pańskim. Ale są i owce czarne, a ich pastwiska to niziny ziemskie, gdzie porasta kąkol i tarnina. Białe owce to chrześcijanie, czarne zasię – Żydzi. Niechaj żrą swoje ciernie, byle tylko nie przyłączali się do naszego stada, nie kalali białego runa. Powiedziano w czasie szóstego Soboru Powszechnego: nie lecz się u Żyda, nie chodź z nim do łaźni, nie zaprzyjaźniaj się z nim. A tego, żeby Boże stado nie mieszało się z parszywymi owcami, pilnujemy my, Boże psy pasterskie. Jeśli obca owca podkrada się do naszego stada, chwytamy ją zębami za nogi i dajemy jej nauczkę, żeby innym się odechciało.
– A jeśli w drugą stronę? – zapytała z niewinną miną Pelagia. – Jeśli ktoś z białego stada zechce do czarnego? Są przecież tacy, którzy wyrzekają się chrześcijaństwa i przyjmują judaizm. Opowiadano mi właśnie o sekcie „znajd"...
– Zaprzańcy! – zagrzmiał ojciec Agapiusz. – A ich przywódca Manujła to bies przysłany z piekieł, żeby powtórnie zgubić Syna Człowieczego! Tego Manujłę trzeba wdeptać w ziemię i przebić osinowym kołkiem!
Głos Poliny Andriejewny stał się jeszcze cichszy, jeszcze bardziej aksamitny.
– Ojcze, mówiono mi, że ten niedobry człowiek udał się jakoby do Ziemi Świętej...
– Jest tutaj, jest! Widziano go w czasie Wielkanocy, mącił w głowach pielgrzymom swoimi pokusami i niektórych nawet skusił! Już i sami Żydzi chcieli go ukamienować, w nich też wzbudził wstręt! Uciekł, ukrył się gad. Ech, trzeba by tu braci!
– Macie, ojcze, braci? – naiwnie zapytała pątniczka. Ojciec Agapiusz uśmiechnął się groźnie.
– Znajdą się, i to wielu. To braterstwo ducha, a nie krwi.
Witezie prawosławia, obrońcy Boga. Słyszałaś o „Chrystusowych oprycznikach"? Polina Andriejewna uśmiechnęła się, zupełnie jakby pop oznajmił jej coś bardzo miłego.
– Słyszałam i czytałam w gazetach. Jedni mówią o tych ludziach dobrze, inni źle. Niby że bandyci i pogromowcy.
– To kłamstwa Żydów i ich popleczników! Ach, gdybyś wiedziała, córko moja, jak okrutnie mnie tutaj gnębią! – poskarżył się ojciec Agapiusz. – W Rosji to nasi mają dobrze, tam grzeje ich własna ziemia, a obok mają wiernych towarzyszy. Tam jesteśmy mocni. Na obczyźnie zaś gorzko samemu i ciężko.