Pamięć Światłości
- Автор: Джордан Роберт, Сандерсон Брендон
- Серия: Kolo czasu #14
- Язык: польский
- Переводчик: Jan Karłowski
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Pamięć Światłości». Краткое содержание книги:
– Niewiele więcej zostało do opowiedzenia. Dziwne, po tylu latach pierwszy raz opowiadam tę historię. Przez jakiś czas nawet zająknąć się nie potrafiłam na ten temat.
Oboje umilkli. Dobser wisiał skrępowany w powietrzu, zwrócony ku ścianie, z uszami zatkanymi splotami Pevary. Pozostała dwójka nadal była nieprzytomna. Wcześniej Androl nie patyczkował się z nimi, teraz też pilnował, czy się przypadkiem nie budzą.
Pevara odcięła całą trójkę od Źródła, ale gdyby wszyscy naraz zechcieli się uwolnić, zapewne nie dałaby rady im przeszkodzić. Do opanowania pojedynczego mężczyzny Aes Sedai zazwyczaj delegowały kilka sióstr. Trójka przekraczała siły samotnej osoby, niezależnie ile ta potrafiłaby zaczerpnąć Mocy. Pevara wprawdzie mogła podwiązać sploty tarcz, niemniej Androl poinformował ją, że Taim specjalnie kazał Asha’manom ćwiczyć uwalnianie się spod podwiązanych tarcz.
Tak, lepiej za pomocą tradycyjnych środków zadbać o to, aby się nie obudzili. A najlepiej byłoby po prostu poderżnąć im gardła, tylko że nie mógł się na to zdobyć. Tymczasem splótł cieniuteńkie strumienie Ducha i Powietrza, których końce spoczywały na powiekach tamtych. Właściwie nie były to nawet sploty, tylko pojedyncze strumyczki, dzięki temu starczyło na wszystkie pary oczu. Jeżeli tamtym choćby drgną powieki, od razu będzie o tym wiedział. I to musiało wystarczyć.
Pevara natomiast dalej myślała o swojej rodzinie. Wcześniej powiedziała Androlowi samą prawdę. Nienawidziła Sprzymierzeńców Ciemności. Wszystkich, bez wyjątku. Była to spokojna nienawiść, wykalkulowana, można by rzec, niemniej równie silna jak przed laty, gdy się zrodziła.
Androl nigdy nie podejrzewałby o takie uczucia kobiety równie skłonnej do uśmiechów. Teraz czuł jej ból. I co jeszcze dziwniejsze, osamotnienie.
– Mój ojciec popełnił samobójstwo – powiedział Androl, samego siebie zaskakując tym wyznaniem.
Spojrzała na niego.
– Moja matka przez lata udawała, że to był wypadek – kontynuował. – Ale on poszedł do lasu i tam skoczył z urwiska. Poprzedniego wieczoru długo siedział z matką i mówił jej o tym, co zamierza zrobić.
– I nie próbowała go powstrzymać? – zapytała wstrząśnięta Pevara.
– Nie – rzekł Androl. – Dopiero parę lat przedtem, nim odeszła w ostatnie objęcia matki, zdołałem wyciągnąć z niej to i owo. Otóż bała się go. Jej słowa były dla mnie szokujące, ponieważ pamiętałem go jako człowieka nadzwyczaj delikatnego. A co sprawiło, że się zaczęła go bać? – Androl spojrzał jej w oczy. – Powiedziała, że zaczął widzieć różne rzeczy pośród cieni. Że zaczął pogrążać się w obłędzie.
– Ach…
– Zapytałaś mnie, po co przybyłem do Czarnej Wieży. Chciałaś wiedzieć, dlaczego chciałem przejść próby. Cóż, to, kim jestem, stanowi odpowiedź na twoje pytanie. Stanowi też odpowiedź na pytanie, kim był mój ojciec i dlaczego uznał za konieczne zrobić, co zrobił. Teraz nietrudno mi rozumieć znaki. Powodziło nam się świetnie. Ojciec potrafił znaleźć bogate kamienne odkrywki i pokłady metalu tam, gdzie inni szukali na próżno. Otaczała go swego rodzaju sława, wynajmowano go do tych poszukiwań. Był najlepszy. Nadnaturalnie dobry. Wciąż widzę go przed oczyma w tamtych chwilach, przed samym końcem. Miałem dopiero dziesięć lat, ale wszystko pamiętam. Ten strach w jego oczach.
– Dzisiaj wiem, że to był strach. – Zawiesił głos. – Mój ojciec skoczył z urwiska, żeby ratować przed sobą swoją rodzinę.
– Przykro mi – powiedziała Pevara.
– Wiedza o tym, kim jestem, o tym, kim on był, pomaga.
Na zewnątrz znowu się rozpadało. Grube krople dzwoniły o szyby niczym kamyki. Drzwi do magazynu otworzyły się. To Emarin wreszcie do nich dotarł. Na widok wiszącego w powietrzu Dobsera wyraźnie odetchnął z ulgą. Potem zobaczył pozostałych dwóch i wzdrygnął się.
– Co wyście narobili?
– Zrobiliśmy, co trzeba było zrobić – powiedział Androl, podnosząc się. – A co tobie zajęło tak długo?
– Omalże nie wdałem się w kolejny pojedynek z Coterenem – wyjaśnił Emarin, wciąż nie odrywając wzroku od dwóch schwytanych Asha’manów. – Obawiam się, że nie zostało nam wiele czasu, Androl. Wprawdzie nie daliśmy się wyprowadzić z równowagi, ale Coteren był jakoś dziwnie podniecony… to znaczy bardziej niż normalnie. Myślę, że dłużej nas już nie będą tolerować.
– Cóż, od wtargnięcia tej dwójki pozostały nam i tak już skromny czas skurczył się dodatkowo – skonstatowała Pevara, odsuwając wiszącego w powietrzu Dobsera, żeby Emarin mógł wejść do środka. – Naprawdę sądzisz, że jesteś go w stanie skłonić do mówienia? Zdarzało mi się już przesłuchiwać Sprzymierzeńców Ciemności. Niełatwo ich złamać.
– Ach – zaperzył się Emarin. – Ale to nie jest żaden Sprzymierzeniec Ciemności. To jest Dobser.
– Nie wydaje mi się, aby to naprawdę był on – zauważył Androl, przyglądając się wiszącemu w więzach Dobserowi. – Z drugiej strony wciąż nie potrafię przyjąć do wiadomości, że można człowieka zmusić do służby Czarnemu.
Czuł w więzi, że Pevara się z nim nie zgadza, że naprawdę uważa, iż jest to możliwe w taki sposób, w jaki to wcześniej nakreśliła. Każdego, kto potrafił przenosić, można było poddać Konwersji. Mówiły o tym wyraźnie stare teksty.
Androlowi zbierało się na mdłości za każdym razem, gdy o tym myślał. Zmusić kogoś, żeby stał się zły? To nie powinno mieć miejsca. Los kierował życiem ludzkim, czasami stawiając człowieka w okropnym położeniu, innym razem wiodąc ku śmierci lub obłędowi. Ale wybór, czy służyć się będzie Czarnemu, czy Światłości… z pewnością nie można odbierać człowiekowi takiego wyboru.
Niemniej dla Androla dostatecznym dowodem był cień, który dostrzegł w głębi oczu Dobsera. Człowiek, którego znał, zniknął i coś innego – coś złego – zajęło jego miejsce. Nowa dusza. Trudno to było inaczej określić.
– Kimkolwiek teraz jest, dalej wątpię, czy będziesz w stanie skłonić go do mówienia – powtórzyła swoje Pevara.
– Perswazja najskuteczniejsza jest wtedy – wyjaśnił Emarin, zaplatając ręce na plecach – gdy nie odwołuje się do przymusu. Pevara Sedai, może byłabyś tak uprzejma i usunęła mu z uszu sploty, żeby mógł słyszeć, co mówimy… ale w sposób delikatny, jakby splot był wcześniej podwiązany, a teraz się rozplątał. Chcę, żeby wydawało mu się, iż nas podsłuchuje.
Zrobiła, o co poprosił. Przynajmniej Androl tak uznał. Fakt pozostawania ze sobą w podwójnej więzi zobowiązań nie pozwalał jeszcze widzieć kobiecych splotów. Pevara myślała o Sprzymierzeńcach Ciemności, których przesłuchiwała i żałowała, że nie ma pod ręką… czegoś. Jakiegoś instrumentu, którego podówczas używała?
– Naprawdę uważam, że możemy poszukać schronienia w moich posiadłościach – oznajmił Emarin wyniosłym tonem.
Androl zamrugał. Tamten znienacka zdał się wyższy, bardziej dumny, bardziej władczy. W głosie zabrzmiały tony lekceważące. Tak po prostu – w jednej chwili zmienił się w arystokratę.
– Nikomu nie przyjdzie do głowy, żeby nas tam szukać – kontynuował Emarin. – Was przedstawię jako swoich kompanów, a mniej znacznych spośród nas, jak na przykład młodego Evina, mogę wcielić do orszaku mej służby. Jeżeli właściwie rzecz całą rozegramy, może uda się nam zbudować konkurencyjną Czarną Wieżę.
– Nie… nie wiem, czy to mądry plan – odezwał się Androl, włączając w grę.
– Milcz – skarcił go Emarin. – Wypowiesz się, kiedy zostaniesz poproszony o opinię. Aes Sedai, do ciebie się zwracam, jedyną drogą do stworzenia realnej konkurencji zarówno dla Białej, jak i Czarnej Wieży jest znalezienie miejsca, gdzie mężczyźni i kobiety będą mogli razem przenosić Moc. Nazwijmy je na przykład… Szarą Wieżą.