Szpital kosmiczny
- Автор: Уайт Джеймс
- Серия: szpital kosmiczny #1
- Год: 2002
- Язык: польский
- Переводчик: Wiktor Bukato
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Szpital kosmiczny». Краткое содержание книги:
Naczelnego psychologa zobaczył przy pulpicie łączności usytuowanym przy ścianie. Pospieszył w jego kierunku.
Gdy zdawał relację, O’Mara słuchał go spokojnie, kilkakrotnie otwierając usta, jakby chciał mu przerwać. Za każdym razem wszakże zaciskał je jeszcze mocniej, z coraz większą zaciętością. Kiedy jednak Conway dotarł do tego fragmentu opowieści, w którym ujrzał potrzaskany autotranslator, major gestem nakazał mu milczenie i tym samym gwałtownym ruchem dłoni nacisnął włącznik interkomu.
— Dajcie mi pułkownika Skemptona z technicznej — warknął. — Pułkowniku — zaczął, gdy tamten się zgłosił — nasz zbieg znajduje się w okolicy oddziału pediatrycznego, w sekcji FROB-ów. Niestety, jest pewna komplikacja: zgubił autotranslator… — Przez chwilę słuchał Skemptona. — Ja też nie wiem — odparł — jakim cudem ma pan go uspokoić, skoro nie można się z nim porozumieć, ale tymczasem niech pan zrobi, co się da. Nad sprawą porozumienia właśnie pracujemy. — Trzasnął włącznikiem w górę, a potem znowu w dół. — Colinsona z łączności — rzucił. — Witam, majorze. Potrzebuję połączenia z grupą badawczą Korpusu na planecie, z której pochodzi nasz uciekinier. Tak, tej, o której zbierał pan dane kilka godzin temu. Może to pan załatwić? Niech przygotują nagranie w jego języku — za chwilę panu powiem, co ma zawierać — a potem je tu przekażą. Treść nagrania, które ma zrobić dorosły osobnik klasy SRTT, musi być mniej więcej taka…
Przerwał, gdy z głośnika buchnęły słowa majora Colinsona. Szef łączności przypominał właśnie pewnemu przyklejonemu do biurka konowałowi, że planeta SRTT znajduje się po drugiej stronie galaktyki, że subradio jest tak samo wrażliwe na zakłócenia jak normalne, a jego fale, wzbogacone o szum wszystkich znajdujących się po drodze słońc, staną się w istocie nieczytelne.
— Niech więc powtarzają nagranie — rzekł O’Mara. — Na pewno odróżnicie jakieś słowa i zdania, z których uda się sklecić treść komunikatu. Jest nam to bardzo potrzebne, a dlaczego, zaraz panu powiem…
Klasa SRTT skupiała osobniki długowieczne, wyjaśniał pospiesznie naczelny psycholog, które rozmnażały się obojnaczo z wielkim bólem i wysiłkiem, w znacznych odstępach czasu. Stąd też istniała silna więź uczuciowa, a poza tym — co w obecnej sytuacji było znacznie ważniejsze — posłuszeństwo osobników młodych wobec starszych. Istniało również przekonanie, graniczące niemal z pewnością, że niezależnie od postaci, jaką przybiera przedstawiciel tego gatunku, zawsze zachowuje organy mowy i słuchu, które pozwalają mu porozumiewać się z pobratymcami. Jeśli więc dorosły osobnik z tej planety nagra jakąś ogólną reprymendę skierowaną do młodego, który źle się zachowywał, kiedy nie powinien, a potem przekazana zostanie ona do Szpitala i tu z kolei odtworzona przez głośniki, wrodzone posłuszeństwo uciekiniera wobec starszych załatwi sprawę.
— I to właśnie — powiedział O’Mara do Conwaya, wyłączywszy interkom — powinno rozwiązać nasz drobny problem. Przy odrobinie szczęścia nasz gość za parę godzin będzie spokojny. Tak więc już po pańskim zmartwieniu, niech się pan odpręży… — Urwał, ujrzawszy wyraz twarzy Conwaya. — Coś jeszcze? — zapytał cicho.
Conway skinął głową.
— Doktor Prilicla — rzekł, wskazując swego asystenta — wykrył to drogą empatii. Musi pan zdawać sobie sprawę, że psychika uciekiniera jest w paskudnym stanie. Dręczy go smutek z powodu umierającego rodzica, przerażenie, którego doznał przy śluzie numer sześć, gdy wszyscy rzucili się w jego kierunku, wreszcie ta młócka, przez którą przeszedł na sali małych FROB-ów. Osobnik ów jest niedojrzały, młody, a te przejścia spowodowały, że kieruje się teraz czysto zwierzęcymi odruchami. Poza tym… hm… — Conway zwilżył zeschnięte usta —…czy ktoś sprawdził, kiedy ten SRTT ostatnio jadł?
Znaczenie tego pytania nie uszło również uwagi O’Mary. Zbladł nagle i ponownie chwycił mikrofon interkomu.
— Dajcie mi szybko Skemptona! — warknął. — Skempton? Pułkowniku, może to zabrzmi melodramatycznie, ale niech pan włączy tłumik interkomu. Jest jeszcze jedna komplikacja…
Odchodząc od biurka O’Mary, Conway zastanawiał się, czy ma zatrzymać się jeszcze i spojrzeć na umierającego SRTT, czy też pospieszyć na swój oddział. Podczas dramatycznego kontaktu z uciekinierem oprócz spodziewanego strachu i zmącenia myśli Prilicla wykrył w jego umyśle silne uczucie głodu. To właśnie spowodowało, że najpierw Conway, a potem O’Mara i Skempton pojęli, iż przybysz stał się śmiertelnie niebezpieczny. Młode osobniki wszystkich gatunków są z reguły samolubne, okrutne i dzikie; powodowany nasilającymi się mękami głodowymi ich SRTT na pewno zdecyduje się na kanibalizm. W obecnym stanie psychicznym nawet nie uświadomi sobie tego, ale nie zrobi to już żadnej różnicy pacjentom, którzy staną się jego ofiarami.
Jaka szkoda, że pacjenci Conwaya byli w większości mali, bezbronni i… smaczni.
Z drugiej strony kontakt z rodzicem może zasugerować mu jakąś metodę postępowania z potomkiem, a jego ciekawość względem śmiertelnego przypadku SRTT nie ma z tym nic wspólnego…
Starał się właśnie przysunąć jak najbliżej klosza z pacjentem, dbając, by nie potrącić zasłaniającego mu widok lekarza, gdy ten obrócił się z irytacją i spytał:
— Może wlezie mi pan na plecy, do cholery?… A, witam pana, Conway. Przyszedł pan tu podsunąć kolejną uzasadnioną, nieprawdopodobną sugestię, prawda?
Był to doktor Mannon, ongiś zwierzchnik Conwaya, obecnie starszy lekarz z widokami na tytuł Diagnostyka. Jak kilkanaście razy wyjaśniał Conwayowi, zaprzyjaźnił się z nim po jego przybyciu do Szpitala, ponieważ miał słabość do bezpańskich psów, kotów i świeżo upieczonych medyków. Aktualnie zezwolono mu na stałe przechowywanie w głowie treści trzech hipnotaśm — mikrochirurga z Tralthanu oraz dwóch chirurgów z niskograwitacyjnych klas LSVO i MSVK — toteż przez znaczną część dnia jego reakcje nie były całkiem ludzkie. Obecnie, unosząc ze zdziwieniem brwi, przyglądał się Prilicli, który nie mógł się przecisnąć przez tłum zgromadzony wokół klosza.
Conway wdał się w szczegółowy opis charakteru i osiągnięć nowego asystenta, ale Mannon mu przerwał.
— Wystarczy, chłopcze — zahuczał. — Zaczyna to brzmieć jak przesadnie pochlebna opinia służbowa. Lekka ręka i zdolności empatyczne będą panu bardzo pomocne w waszym obecnym zajęciu. To muszę przyznać. Ale zawsze dobierał pan sobie osobliwych współpracowników: latające kulki gnoju, owady, dinozaury i tym podobne. Sam pan przyzna, że to dość dziwaczne istoty. Nie licząc tej pielęgniareczki z dwudziestego trzeciego poziomu, przy czym muszę tu pochwalić pański gust…
— Czy nastąpił jakiś przełom w tym przypadku, doktorze? — zapytał Conway, zdecydowanie wracając do głównego tematu. Mannon był najzacniejszym człowiekiem pod słońcem, ale miał przykry zwyczaj drażnienia się z rozmówcą aż do bólu.
— Nie — odparł Mannon. — A to, co mówiłem o nieprawdopodobnych sugestiach, to szczera prawda. Wszyscy je tu wysuwają, bo zwykła technika diagnostyczna jest zupełnie bezużyteczna. Niech mu się pan tylko przyjrzy!