Gdzie wasze ciała porzucone [To Your Scattered Bodies Go - pl]
- Автор: Фармер Филип Хосе
- Год: 1997
- Язык: польский
- Год: MAG
- ISBN: 83-86572-27-2
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Gdzie wasze ciała porzucone [To Your Scattered Bodies Go - pl]». Краткое содержание книги:
Burton nigdy jednak nie słyszał o dwóch osobach, które zginęły w tym samym miejscu i czasie, po czym razem zostały wskrzeszone. Proces wyboru miejsca nowego życia był losowy, — tak przynajmniej zawsze uważał.
Jedno takie zdarzenie można było sobie wyobrazić, choć szansa jego zaistnienia była jak jeden do dwudziestu milionów. Ale dwa, jedno po drugim — to cud.
Burton nic wierzył w cuda. Wszystko dawało się wytłumaczyć — o ile znało się wszystkie fakty. Nie znał ich, więc na razie nie miał zamiaru przejmować się tym „przypadkiem”. Musiał znaleźć rozwiązanie innego, pilniejszego problemu. Mianowicie: co ma zrobić z Goringiem?
Ten człowiek go znał i mógł wskazać każdemu szukającemu go Etykowi.
Burton rozejrzał się szybko. Zbliżała się do nich grupka ludzi, chyba przyjaźnie nastawionych. Miał dość czasu, by rzucić Niemcowi kilka słów.
— Goring, mogę zabić ciebie lub siebie. Ale nie chcę tego robić, przynajmniej na razie. Sam wiesz, czemu jesteś dla mnie niebezpieczny. Nie powinienem się zastanawiać, ty zdradziecka hieno. Jednak coś się w tobie zmieniło, coś nieokreślonego… Ale pamiętaj…
Goring, kiedyś znany ze swej odporności, pomału dochodził do siebie.
— Wygląda na to — powiedział z chytrym uśmiechem — że trzymam cię na muszce. Widząc jednak wyraz twarzy Burtona podniósł rękę.
— Przysięgam, że nikomu nie zdradzę, kim jesteś! I nie zrobię niczego, co mogłoby ci zaszkodzić. Nie jesteśmy może przyjaciółmi, ale przynajmniej się znamy, a jesteśmy w kraju obcych: Dobrze jest mieć przy sobie znajomą twarz. Wiesz, zbyt długo już cierpię z powodu samotności. Myślałem; że zwariuję. Między innymi dlatego zacząłem żuć gumę snów. Uwierz mi, nie zdradzę cię.
Burton nie uwierzył. Uznał jednak, że na pewien czas może mu zaufać. Goring będzie potrzebował silnego sprzymierzeńca, przynajmniej dopóki nie pozna miejscowych ludzi i nie zorientuje się, co może, a czego nie może zrobić. Zresztą, mógł się w końcu zmienić na lepsze.
Nie, powiedział sam do siebie. Nie. Znów to samo. Na pozór jesteś cynikiem, lecz zawsze zbyt łatwo wybaczasz, zbyt łatwo zapominasz o doznanych krzywdach i próbujesz dać krzywdzicielowi szansę poprawy. Nie bądź głupi, Burton…
Trzy dni później wciąż nie miał pewności co do Goringa.
Przyjął nazwisko Abdula ibn Haruna, mieszkańca dziewiętnastowiecznego Kairu. Miał ku temu kilka powodów. Przede wszystkim świetnie mówił po arabsku i znał dialekt, jakiego używano w tym okresie w Kairze. Poza tym dawało to — pretekst do noszenia na głowie ręcznika — zwiniętego jak turban. Miał nadzieję, że pomoże mu to zamaskować swój wygląd. Goring nie powiedział nikomu ani słowa, które przeczyłoby tej historii. Był tego prawie pewien, gdyż większość czasu spędzali razem. Zakwaterowano ich w jednej chacie, dopóki nie poznają miejscowych zwyczajów i nie przejdą okresu próbnego. Częścią tych prób było intensywne szkolenie wojskowe. Burton był jednym z najlepszych szermierzy dziewiętnastego wieku, znał też wszelkie odmiany walki bronią lub wręcz — Kiedy w serii prób zademonstrował swe umiejętności, radośnie powitano go jako rekruta. Więcej nawet, obiecano mu stanowisko instruktora, gdy tylko w dostatecznym stopniu opanuje język.
Goring niemal równie szybko pozyskał szacunek. miejscowych. Miał wiele wad, lecz był odważny. Był też silny, sprawny w walce, jowialny i sympatyczny, o ile służyło to jego celom. W nauce języka nie pozostawał w tyle za Burtonem. Szybko też zdobywał i wykorzystywał autorytet, jak przystało na byłego marszałka Trzeciej Rzeszy.
Odcinek zachodniego brzegu, na którym się znaleźli, zamieszkiwali ludzie mówiący językiem nieznanym nawet Burtonowi, znakomitemu lingwiście tak na Ziemi, jak w świecie Rzeki. Gdy poznał go już na tyle, by zadawać pytania wywnioskował, że ludzie ci żyli gdzieś w Europie Środkowej we wczesnej Epoce Brązu. Mieli kilka niezwykłych obyczajów, między innymi publiczną kopulację. Burton, współzałożyciel Królewskiego Towarzystwa Antropologicznego w Londynie w 1863 roku, bardzo się tym zainteresował. Nie uczestniczył w ceremoniach, lecz nie był też nimi zgorszony.
Zwyczajem, który przyjął z radością, był malowany zarost. Tutejszych mężczyzn bardzo oburzał fakt, że Sprawcy Zmartwychwstania pozbawili ich twarze włosów i obcięli napletki. Na tę drugą zniewagę nic nie mogli poradzić, lecz pierwszą zdołali naprawić, przynajmniej do pewnego stopnia. Smarowali górne wargi i brody ciemnym płynem, robionym z drobno startego węgla drzewnego, rybiego kleju, barwnika dębowego i paru innych składników. Bardziej ofiarni używali tej farby do tatuażu, poddając się długotrwałej i bolesnej operacji nakłuwania ostrą bambusową igłą.
Zamaskowany podwójnie Burton pozostał jednak na łasce człowieka, który przy pierwszej sposobności mógł go zdradzić. Chciał przywabić do siebie Etyków, lecz nie chciał, by odkryli jego tożsamość. Dzięki temu miałby szansę ucieczki, zanim tamci pochwycą go w sieć. Nie miał jednak zamiaru uciekać, dopóki nie będzie to absolutnie konieczne. Gdy wszystko pójdzie zgodnie z planem, stanie się zwierzyną tropiącą myśliwych.
Wizja Mrocznej Wieży, Wielkiego Graala, zawsze tkwiła gdzie§ w jego myślach. Po co bawić się w kotka i myszkę, skoro mógłby szturmować wały tego zamku, gdzie zapewne mieściła się główna kwatera Etyków. Lub, jeżeli szturmować nie było najlepszym określeniem, wkraść się do Wieży, wejść tak, jak mysz wchodzi do domu — czy zamku. Kiedy koty szukają gdzie indziej; mysz wślizguje się do Wieży i tam zmienia w tygrysa.
Roześmiał się, budząc zdziwione spojrzenia swoich dwóch współmieszkańców, Goringa i Johna Collopa, Anglika z siedemnastego wieku. Śmiał się trochę z samego siebie, ze swego obrazu jako tygrysa. Jak mógł pomyśleć, że on, samotny, może zrobić cokolwiek Kształtującymi Planety, Wskrzeszającym miliardy martwych, Karmicielom i Opiekunom wszystkich powołanych na nowo do życia? Splótł ręce. W tych rękach i w mózgu, który nimi sterował, krył się może upadek Etyków. Czym była ta straszna rzecz, którą chował w sobie — nie wiedział. Lecz Oni bali się go. Gdyby tylko wiedział dlaczego…
Jednak śmiech z siebie nie był całkiem szczery. Części umysłu wierzył, że naprawdę jest tygrysem wśród ludzi.
— Człowiek jest tym, za kogo się uważa — mruknął.
— Masz niezwykły śmiech, przyjacielu — odezwał się Goring. — Kobiecy, u kogoś tak pełnego męskości. Przypomina… bo ja wiem… kamień ślizgający się' po lodowym jeziorze. Albo śmiech szakala.
— Mam w sobie coś z szakala i hieny — odparł Burton. — Tak utrzymywali moi wrogowie. I mieli rację. Jestem jednak czymś więcej.
Wstał z łóżka i zrobił krótką gimnastykę, by rozruszać zastałe mięśnie. Za kilka minut pójdzie z innymi do kamienia na brzegu, by napełnić swój róg obfitości. Później godzina patrolowania terenu i musztra, po niej zaś ćwiczenia z włócznią, maczugą, procą, obsydianowym mieczem, łukiem i strzałami, w końcu walka wręcz. Godzina na odpoczynek, rozmowy i obiad. Potem godzina nauki języka i dwie pracy przy budowie wałów, znaczących granice małego państewka. Pół godziny odpoczynku i obowiązkowy bieg na milę, dla Zwiększenia wytrzymałości. Kolacja z rogów obfitości i wolny wieczór dla wszystkich prócz pełniących wartę lub mających inne obowiązki.
Taki program dnia był typowy dla wszystkich kraików w górę i w dół biegu Rzeki. Niemal wszędzie ludzkość była w stanie wojny lub szykowała się do niej. Obywatele musieli zachowywać dobrą farmę i potrafić walczyć jak najlepiej. Ćwiczenia dawały im też jakieś zajęcia. Nieważne, jak monotonne było wojskowe życie, zawsze było czymś lepszym niż siedzenie i myślenie nad sposobami zabicia nudy. Uwolnienie od zdobywania żywności, od opłat, rachunków i wszystkich przykrych zajęć i obowiązków, nękających Ziemian, nie do końca okazało się błogosławieństwem. Trwała wielka bitwa z nudą, a przywódcy wszystkich państw próbowali znaleźć ludziom coś do roboty.