Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Gdzie wasze ciała porzucone [To Your Scattered Bodies Go - pl]
Gdzie wasze ciała porzucone [To Your Scattered Bodies Go - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Gdzie wasze ciała porzucone [To Your Scattered Bodies Go - pl]

Электронная книга - «Gdzie wasze ciała porzucone [To Your Scattered Bodies Go - pl]». Краткое содержание книги:

Sir Richard Burton, dziewiętnastowieczny angielski podróżnik, pisarz i awanturnik, umiera. Jednak śmierć nie jest końcem, jest początkiem. Budzi się w dziwnym świecie — ogromnej krainie, będącej doliną nieskończenie długiej rzeki. Krainie zamieszkanej przez wszystkich ludzi, którzy kiedykolwiek żyli i umarli na ziemi — od neandertalczyków po kluczowe postacie naszej historii. Wraz z grupką niezwykłych towarzyszy wyrusza w podróż ku źródłom Rzeki w poszukiwaniu odpowiedzi na pytania zasadnicze — czym jest ten świat, kto go stworzył i kto w nim ustanawia prawa. Powieść, rozpoczynająca jeden z najsłynniejszych cykli fantastycznych, zdobyła nagrodę Hugo (1972) i uznanie czytelników na całym świecie.
1 ... 40 41 42 43 44 45 46 47 48 ... 55
Перейти на страницу:

Biegł na tyle szybko, że go nie przygnietli, lecz odrzucone ramię jednego uderzyło go w lewą piętę. Cios był tak silny, że wgniótł mu stopę w ziemię i zatrzymał na miejscu. Przewrócił się na twarz i zaczął krzyczeć. Miał połamane kości stopy i pozrywane mięśnie w nodze.

Mimo to spróbował wstać i dokuśtykać do Rzeki. Gdyby mu się udało, mógłby odpłynąć, o ile nie zemdlałby z bólu. Zdążył dwa razy podskoczyć na prawej nodze, gdy coś chwyciło go od tyłu…

Wirując wyleciał w powietrze i został złapany zanim zaczął spadać.

Olbrzym trzymał go w jednej ręce na odległość wyciągniętego ramienia i zaciskał potężną pięść wokół jego piersi. Burton ledwie mógł oddychać. Czuł, że za chwilę popękają mu żebra.

Wciąż trzymał w ręku swój róg obfitości: Z całej siły uderzył nim w ramię olbrzyma. Tamten lekko, jakby odpędzając muchę, puknął siekierą w cylinder i wyrwał go Burtonowi z dłoni. Wyszczerzył zęby i zgiął rękę, by przyjrzeć się człowiekowi z bliska. Burton ważył sto osiemdziesiąt funtów, lecz ramię wielkoluda nawet nie zadrżało pod tym ciężarem.

Przez chwilę Burton patrzył prosto w bladobłękitne oczy otoczone kostnymi kręgami. Popękane żyły znaczyły nos olbrzyma. Usta sterczały do przodu nie dzięki grubości warg, jak wydawało mu się z początku, lecz ze względu na mocno wysunięte szczęki.

Gigant ryknął głośno i uniósł Burtona nad głową. Burton okładał pięściami trzymającą go rękę. Wiedział, że to na próżno, lecz nie chciał poddać się jak królik schwytany w sidła. Mimo grozy sytuacji zdołał dostrzec kilka szczegółów krajobrazu, choć nie zwrócił na nie większej uwagi.

Kiedy się przebudził, słońce wschodziło nad szczytami gór. Wprawdzie od chwili, gdy skoczył na nogi minęło tylko kilka minut, jednak powinno się już całkiem wynurzyć. Lecz nie; tkwiło nadal na takiej samej wysokości jak wtedy, gdy zobaczył je po raz pierwszy.

Co więcej, dolina wznosiła się lekko, otwierając widok na co najmniej cztery mile biegu Rzeki. Kamień obfitości, przy którym został wskrzeszony, był ostatnim. Dalej widział już tylko równinę i Rzekę.

Dotarł do końca, … lub do początku Rzeki.

Nie miał czasu ani ochoty, by rozważyć znaczenie tego faktu. Po prostu zauważył go w krótkiej chwili przejścia pomiędzy bólem, wściekłością a przerażeniem: Potem olbrzym, właśnie w chwili, kiedy unosił siekierę by zmiażdżyć mu czaszkę, zesztywniał i wrzasnął. Burton poczuł się tak, jakby stanął tui obok gwizdka lokomotywy. Uścisk potężnych palców rozluźnił się i Burton spadł na ziemię. Zemdlał od bólu zgruchotanej stopy.

Gdy odzyskał przytomność, musiał zacisnąć zęby, by nie krzyczeć. Jęknął i usiadł. Płomień bólu przebiegł mu po nodze sprawiając, że szare. światło dnia zmieniło się w ciemność. Wokół nadal wrzała bitwa, lecz on sam znalazł się w niewielkiej enklawie spokoju. Obok leżało wielkie jak pień drzewa ciało olbrzyma. Tylko część czaszki, tak potężnej, że mogłaby chyba wytrzymać uderzenie tarana, była wgnieciona.

Obok ogromnego ciała pełzał na czworakach inny ranny. Na jego widok Burton na chwilę zapomniał o bólu. Tym straszliwie okaleczonym człowiekiem był Goring.

Obaj zostali wskrzeszeni w tym samym miejscu. Nie miał jednak czasu, by zastanowić się nad tym fenomenem. Znów poczuł ból. Co więcej, Goring zaczął mówić.

Nie wyglądał, jakby miał dużo do powiedzenia, ani też dość czasu na mówienie. Zalany był krwią. Brakowało mu prawego oka, a kącik ust miał rozerwany aż do ucha. Jedna dłoń była zupełnie zmiażdżona, a przez skórę na piersi przebiło się złamane żebro. Jak w tym stanie zdołał utrzymać się przy życiu, nie mówiąc już o poruszaniu, przekraczało zdolność rozumienia Burtona.

— Ty… ty! — wyharczał po niemiecku Goring i upadł. Z jego ust na nogę Burtona wytrysnęła fontanna krwi, oczy zaszły mgłą.

Burton zastanowił się, czy kiedykolwiek się dowie, co Goring chciał mu powiedzieć. Zresztą to było bez znaczenia. Miał ważniejsze sprawy.

W odległości jakichś dziesięciu jardów stało odwróconych do niego plecami dwóch olbrzymów. Obaj dyszeli ciężko, najwyraźniej odpoczywając przed ponownym rzuceniem się w wir walki. I wtedy jeden z nich powiedział coś do drugiego.

Nie mogło być wątpliwości. Olbrzym nie wydawał z siebie ryków. Używał języka.

Burton nie rozumiał, ale wiedział, że to artykułowana mowa. Nie potrzebował modulowanej, wyraźnie sylabicznej odpowiedzi drugiego, by potwierdzić swe odkrycie.

Zatem nie był to rodzaj prehistorycznej małpy, lecz jakiś gatunek praludzi. Z pewnością nieznany dwudziestowiecznej nauce Ziemi, gdyż jego przyjaciel Frigate opisał mu wszystkie skamieliny znalezione do roku 2008.

Leżał oparty o gotycko sklepione żebra powalonego giganta. Odgarnął z twarzy kosmyk przepoconych, rudawych włosów. Walczył z mdłościami, bólem stopy i pozrywanych mięśni nogi. Jeżeli narobi hałasu, zwróci uwagę tych dwóch, którzy dokończą dzieła. I co z tego? Z takimi ranami, jaką miałby szansę przeżycia w krainie potworów?

Gorsza niemal od tortury strzaskanej stopy była myśl, że już przy pierwszej podróży tyra co nazwał Samobójczym Ekspresem, dotarł do celu.

W przybliżeniu miał jedną szansę na dziesięć milionów, by tutaj trafić. Mogłoby mu się nie udać, choćby topił się i dziesięć tysięcy razy. Sprzyjało mu fantastyczne szczęście, które może już nigdy się nie powtórzyć. Teraz miał to wszystko utracić, i to już niedługo.

Słońce przesuwało się, skryte do połowy ż a szczytami gór. Znalazł się w miejscu, o którym przypuszczał, że istnieje; trafił tu przy pierwszej próbie. Wzrok go zawodził i przestawał odczuwać ból. Wiedział, że umiera. Mdłości były spowodowane nie tylko bólem strzaskanych kości stopy. Musiał mieć wewnętrzny krwotok.

Raz jeszcze spróbował się podnieść. Stanie, choćby na jednej nodze, pogrozi pięścią drwiącym z niego losom i przeklnie je. Umrze z przekleństwem na ustach.

23

Czerwone skrzydło brzasku musnęło jego oczy.

Wstał wiedząc, że jego rany będą wyleczone, a on sam znów cały; wiedząc, lecz nie do końca w to wierząc. Obok leżał jego ród obfitości i stosik poskładanych ręczników różnej grubości; wielkości i barwy. Dwanaście stóp dalej inny człowiek, również nagi, podnosił się z krótkiej, jasnozielonej trawy. Burton poczuł chłód. Blond włosy, szeroka twarz i jasnoniebieskie oczy należały do Hermanna Goringa. Niemiec był tak samo zdumiony.

— Coś tu się zupełnie nie zgadza — powiedział powoli, jakby budząc się z głębokiego snu.

— Rzeczywiście, dzieje się coś paskudnego — zgodził się Burton. O systemie wskrzeszania nad Rzeką wiedział tyle, co inni. Nigdy nie widział samego zmartwychwstania, ale opowiadali mu o nim ludzie, którzy widzieli. O świcie, w chwili gdy słońce wynurzało się zza niezdobytych gór, obok kamienia obfitości pojawiało się jakby migotanie powietrza. W mgnieniu oka tężało i nagi mężczyzna, kobieta lub dziecko zjawiali się znikąd na trawie przy brzegu. Przy „łazarzu” zawsze leżał nieodłączny róg obfitości i ręczniki.

Wzdłuż Doliny Rzeki, długiej może na dziesięć do dwudziestu milionów mil żyło pewnie trzydzieści pięć — sześć miliardów ludzi. Każdego dnia milion z nich mógł tracić życie. Co prawda, nie było tu chorób, poza psychicznymi, lecz — choć nikt nie prowadził statystyki — łączną ilość zabitych w tysiącach wojen prowadzonych przez masę państewek a także zamordowanych w afekcie, ginących w wypadkach, samobójców i likwidowanych przestępców można było oceniać na milion. Równo płynął liczny strumień ludzi przebywających „Małe zmartwychwstanie”, jak je powszechnie nazywano.

1 ... 40 41 42 43 44 45 46 47 48 ... 55
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)