Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Gdzie wasze ciała porzucone [To Your Scattered Bodies Go - pl]
Gdzie wasze ciała porzucone [To Your Scattered Bodies Go - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Gdzie wasze ciała porzucone [To Your Scattered Bodies Go - pl]

Электронная книга - «Gdzie wasze ciała porzucone [To Your Scattered Bodies Go - pl]». Краткое содержание книги:

Sir Richard Burton, dziewiętnastowieczny angielski podróżnik, pisarz i awanturnik, umiera. Jednak śmierć nie jest końcem, jest początkiem. Budzi się w dziwnym świecie — ogromnej krainie, będącej doliną nieskończenie długiej rzeki. Krainie zamieszkanej przez wszystkich ludzi, którzy kiedykolwiek żyli i umarli na ziemi — od neandertalczyków po kluczowe postacie naszej historii. Wraz z grupką niezwykłych towarzyszy wyrusza w podróż ku źródłom Rzeki w poszukiwaniu odpowiedzi na pytania zasadnicze — czym jest ten świat, kto go stworzył i kto w nim ustanawia prawa. Powieść, rozpoczynająca jeden z najsłynniejszych cykli fantastycznych, zdobyła nagrodę Hugo (1972) i uznanie czytelników na całym świecie.
1 ... 39 40 41 42 43 44 45 46 47 ... 55
Перейти на страницу:

Burton wbił zaostrzony koniec pochodni w miękką ziemię i obejrzał dokładnie ręcznik Agneau, Po wewnętrznej stronie, tuż nad twardym prostokątem, znalazł rozcięcie zamknięte dwoma wąskimi magnetycznymi paskami. Otworzył je bez trudu, wyjął niezwykły przedmiot i przyjrzał mu się w świetle pochodni.

Przez długą chwilę trwał znieruchomiały w migotliwym blasku płomienia. Nie był zdolny odwrócić wzroku ani opanować paraliżującego niemal zdumienia. Fotografia w tym świecie bez aparatów fotograficznych była rzeczą niezwykłą. Ale jego zdjęcie było czymś jeszcze bardziej niesamowitym, podobnie jak fakt, że nie zrobiono go na tej planecie! Wykonano je na Ziemi, Ziemi zagubionej gdzieś w kłębowisku gwiazd na jasnym firmamencie, w odległości Bóg jeden wie ilu tysięcy lat.

Jedna niemożliwość gonna drugą! Ale fotografię zrobiono w miejscu i czasie; kiedy był pewien, że żadna kamera nie mogła utrwalić jego wizerunku. Retusz pozbawił go wąsów, ale ktokolwiek tego dokonał, nie zadał sobie trudu, by choć częściowo usunąć ze zdjęcia tło lub jego ubranie. Był tam, w magiczny sposób pochwycony od pasa w górę, uwięziony w płaskim prostokącie jakiegoś tworzywa. Płaskim? Kiedy go odwrócił, zobaczył swój profil. A — kiedy przytrzymał fotografię niemal prostopadle do linii wzroku, dostrzegł też półprofil.

— To było w 1848 — mruknął do siebie. — Kiedy miałem dwadzieścia siedem lat i byłem młodszym oficerem Korpusu Wschodnioindyjskiego. A to są błękitne szczyty gór Goa. Leczyłem się tam. Mój Boże, jak to zrobili? I kto? Jak ci Etycy zdołali to zdobyć?

Agneau najwyraźniej nosił tę fotografię, żeby łatwiej mu było pytać o Burtona. Prawdopodobnie każdy z łowców miał taką samą, ukrytą w swym ręczniku. Szukali go w górze i w dole Rzeki; mogły Ich być tysiące, może dziesiątki tysięcy. Któż wiedział, ilu mieli agentów i jak bardzo chcieli go schwytać? I dlaczego chcieli go schwytać?

Schował fotografię do ręcznika, po czym ruszył do chaty. Przez chwilę patrzył na szczyty gór — niepokonaną barierę, po obu stronach otaczającą Dolinę Rzeki.

Zauważył, że coś zamigotało na tle jaskrawej chmury kosmicznego gazu. Pojawiło się tylko na mgnienie oka i znikło.

Kilka sekund później wynurzyło się z nicości, tym razem jako półkolisty obiekt, i zniknęło znowu. Drugi latający pojazd pojawił się na moment, później znowu; na mniejszej wysokości i rozpłynął tak jak pierwszy.

Etycy zabiorą go stąd, a mieszkańcy Sevierii będą się zastanawiać, dlaczego nagle zapadli w sen.

Nie miał już czasu, by wrócić do chaty i budzić pozostałych. Jeśli będzie zwlekał choć przez chwilę dłużej, znajdzie się w pułapce.

Zawrócił i pobiegł do Rzeki. Skoczył do wody i popłynął w stronę drugiego brzegu, oddalonego o półtorej mili. Nim jednak przebył czterdzieści jardów wyczuł nad sobą coś wielkiego. Przewrócił się na plecy. Widział tylko słabe światło gwiazd. Potem, w pustce, pięćdziesiąt stóp ponad nim, pojawił się dysk o średnicy jakichś sześćdziesięciu stóp i zasłonił skrawek nieba. Zniknął niemal natychmiast i zjawił się ponownie zaledwie dwadzieścia Stóp nad wodą.

Dysponowali więc środkami, pozwalającymi w ciemności widzieć na odległość i zauważyli jego ucieczkę.

— Dranie! — ryknął do Nich. — I tak mnie nie dostaniecie.

Zgiął się wpół i zanurkował. Woda była coraz zimniejsza, zaczynał odczuwać ból w uszach. Oczy miał otwarte, lecz nic nie widział. Nagle pchnęła go ścina wody i wiedział, że zmianę ciśnienia spowodowało przemieszczenie jakiegoś dużego obiektu.

To pojazd zanurzył się za nim.

Pozostała mu tylko jedna droga. Dostaną jego zwłoki, ale nic więcej. Znów Im ucieknie, by zmartwychwstać gdzieś nad Rzeką, by zaatakować Ich jeszcze raz.

Otworzył usta i wciągnął wodę do płuc Jedynie najwyższym wysiłkiem woli powstrzymywał się od zamknięcia ust i walki ze śmiercią. Jego umysł wiedział, że znów będzie żył, lecz komórki organizmu nie. Walczyły o życie teraz, nie w wymyślonej przyszłości. I wyrwały z jego zalanej wodą krtani krzyk rozpaczy.

22

— Jaaaaaaaaa!

Wrzask podniósł go na nogi, jak odbitego od batutu. W przeciwieństwie do pierwszego zmartwychwstania, tym razem nie był słaby ani oszołomiony. Wiedział, czego oczekiwać. Powinien przebudzić się na trawiastym brzegu Rzeki w pobliżu kamienia obfitości. Nie był jednak przygotowany na tych olbrzymów, walczących wokół niego.

Pierwszą myślą było znalezienie jakiejś broni. Pod ręką miał tylko róg obfitości, zawsze pojawiający się przy wskrzeszonych i stos ręczników rozmaitych rozmiarów, kolorów i grubości. Postąpił krok do przodu i mocno ujął uchwyt cylindra. Jeżeli będzie musiał, użyje go jako maczugi. Był lekki, ale praktycznie niezniszczalny i bardzo twardy.

Tyle że te potwory dookoła wyglądały, jakby można je było tłuc przez cały dzień, zanim by coś poczuły. Większość z nich miała co najmniej osiem stóp wzrostu, niektórzy z pewnością ponad dziewięć; potężnie umięśnione ramiona były na trzy stopy szerokie. Zbudowani byli jak ludzie, czy prawie jak ludzie, a ich białą skórę pokrywały długie, rudawe lub brunatne włosy. Nie byli porośnięci tak mocno jak szympansy, lecz bardziej niż jakikolwiek człowiek, którego w życiu widział, a znał kilku naprawdę owłosionych.

To twarze jednak nadawały im nieludzki i przerażający wygląd, zwłaszcza że wykrzywiał je bitewny szał. Pod niskim czołem wyrastał wał kostny, biegnący tuż ponad oczami i dalej wokół nich, tworząc podwójny owal. Oczy, nie mniejsze niż jego własne, zdawały się maleńkie w szerokich twarzach, w których były osadzone. Kości policzkowe wystawały daleko i ostro zakrzywiały się do wewnątrz. Wielkie nochale nadawały olbrzymom wygląd długonosych małp.

W innych okolicznościach ich wygląd mógłby go rozbawić. Lecz nie teraz. Ryki dobywające się z głębi piersi szerszych niż u goryli brzmiały jak ryki lwów, a wielkie zęby nawet niedźwiedzia polarnego skłoniłyby do zastanowienia przed atakiem W pięściach, wielkich jak głowa Burtona, ściskali kamienne siekiery i maczugi, długie jak dyszle. Taką bronią zadawali sobie ciosy, a przy każdym trafieniu pękające kości trzaskały głośno jak łamiące się drzewa. Czasem pękały też maczugi.

Burton miał tylko chwilę, żeby się rozejrzeć. Słońce do połowy wynurzyło się zza szczytów gór za Rzeką. Odczuwał zimno jak jeszcze nigdy na tej planecie, chyba że podczas swej nieudanej próby wspinaczki na pionowe ściany gór.

Jeden z tych, którzy zwyciężyli w walce, rozejrzał się i zauważył go. Stanął nieruchomo. Przez chwilę wydawał się równie zdumiony jak Burton, gdy ten po raz pierwszy otworzył oczy. Może nigdy jeszcze nie widział takiego stworzenia, podobnie jak Burton nie widział nigdy istoty jak ów gigant. Jeśli nawet tak było; to szybko ochłonął. Ryknął, przeskoczył nad okaleczonym ciałem swego przeciwnika i pobiegł w stronę Burtona, wznosząc do ciosu siekierę, którą mógłby powalić słonia.

Burton także ruszył, ściskając w dłoni swój cylinder: Gdyby go zgubił, zginąłby od razu. A bez niego umarłby z głodu albo z wysiłkiem wegetował, jedząc ryby i pędy bambusa.

Prawie mu się udało. Zobaczył przed sobą wolną drogę i przemknął pomiędzy dwoma splecionymi w uścisku olbrzymami, usiłującymi powalić się wzajemnie na ziemię, a trzecim, cofającym się przed gradem ciosów maczugi czwartego. Prawie ich minął, gdy para zapaśników przewróciła się na niego.

1 ... 39 40 41 42 43 44 45 46 47 ... 55
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)