Gdzie wasze ciała porzucone [To Your Scattered Bodies Go - pl]
- Автор: Фармер Филип Хосе
- Год: 1997
- Язык: польский
- Год: MAG
- ISBN: 83-86572-27-2
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Gdzie wasze ciała porzucone [To Your Scattered Bodies Go - pl]». Краткое содержание книги:
Życie w dolinie Rzeki powinno być rajem, a było wojną, wojną, wojną. Pomijając wszystko inne wojna była tu (zdaniem niektórych) czymś pożądanym. Eliminowała stagnację i przydawała życiu smaku. Ludzka zachłanność i agresywność miały swoje dobre strony.
Po kolacji wszyscy mężczyźni i kobiety mogli robić co chcieli pod warunkiem, że nie łamali miejscowych praw. Można było wymienić papierosy i alkohol znalezione w rogu obfitości lub złapaną w Rzece rybę na lepszy łuk i strzały, tarcze… misy i kubki, stoły i krzesła, bambusowe flety, gliniane trąbki, bębny z ludzkiej lub rybiej skóry, rzadkie kamienie (naprawdę bardzo rzadkie), naszyjniki z pięknie ukształtowanych i zabarwionych kości ryb, żyjących głęboko w Rzece, nefrytu albo rzeźbionego drewna, obsydianowe zwierciadła, sandały i buty, rysunki węglem drzewnym, rzadki i cenny papier z bambusowych włókien, atrament i pióra z rybich ości, kapelusze z długiej i twardej trawy ze wzgórz, tuby, małe wózki do zjeżdżania z górki, drewniane harfy o strunach z jelit ryby — smoka, dębowe pierścienie na palce u rąk i nóg, gliniane figurki i inne przedmioty, użyteczne lub ozdobne.
Później, naturalnie; przychodził czas na miłość, której Burton i mieszkający wraz z nim zostali na razie pozbawieni. Dopiero kiedy zostaną uznani za pełnoprawnych obywateli, będą mogli przeprowadzić się do oddzielnych chat i poszukać sobie kobiet.
John Collop był niewysokim, drobnym, młodym człowiekiem. Miał długie, jasne włosy, wąską lecz miłą twarz, duże, niebieskie oczy i bardzo długie, podwinięte w górę rzęsy. W swej pierwszej rozmowie z Burtonem powiedział, że się już przedstawił:
— Zostałem wydany z ciemności łona mej matki — kogóż innego? — na światło boże na Ziemi w roku 1625. Zbyt wcześnie powróciłem na łono Matki Natury, z nadzieją oczekując zmartwychwstania. Nie zawiodłem się, jak widzisz. Choć muszę przyznać, że to życie pozagrobowe różni się od tego, którego oczekiwałem zgodnie z naukami kapłanów. Skąd jednak mieli znać prawdę, nieszczęśni ślepcy wiodący ślepców!
Wkrótce potem Collop wyznał, że jest członkiem Kościoła Jeszcze Jednej Szansy.
Burton uniósł brwi. Spotkał już tę nową religię w wielu miejscach nad Rzeką. Choć niewierzący, miał ambicję dokładnie zbadać każdą wiarę. Poznaj, w co wiemy człowiek, a poznasz połowę jego istoty. Poznaj jeszcze jego żonę, a znasz go całego.
Kościół wyznawał kilka prostych dogmatów, kilka z nich opartych na faktach, większość jednak na domysłach, nadziejach i pragnieniach. Nie różnił się w tym od żadnej religii znanej na Ziemi. Wyznawcy wiary w Jeszcze Jedną Szansę mieli jednak przewagę nad ziemskimi kościołami: nie musieli się trudzić, by udowodnić, że martwi mogą zmartwychwstać. I to nie raz, a często.
— A dlaczego dano ludzkości Jeszcze Jedną Szansę? — mówił Collop cichym, pełnym przejęcia głosem. — Czy na to zasłużyła? Nie. Prócz kilku wyjątków ludzie są nędzni, żałośni, małostkowi, zepsuci, ograniczeni, niezwykle egoistyczni, kłótliwi, ogólnie budzący niesmak. Patrząc na nich bogowie — lub Bóg. — powinni dostawać mdłości. Lecz w tych boskich rzygowinach kryje się grudka współczucia, jeżeli wybaczysz mi takie porównanie. Każdy człowiek, jakkolwiek by był prymitywny, nosi w sobie srebrzyste włókno świętości. To nie puste słowa, że został stworzony na obraz i podobieństwo Boga. W najgorszym z nas jest coś godnego ocalenia i z tego czegoś może powstać nowa istota. Ktokolwiek dał nam tę nową okazję do zbawienia naszych dusz, musiał znać prawdę. Umieszczono nas tutaj, w dolinie Rzeki, na obcej planecie pod obcym niebem, abyśmy zapracowali na własne zbawienie. Ile mamy czasu, nie wiem, a przywódcy Kościoła nawet nie próbują zgadywać. Może wieczność, może tylko sto lat. Może tysiąc: Lecz, przyjacielu, musimy wykorzystać czas, jaki nam dano.
— Czyż nie byłeś złożony w ofierze na ołtarzu Odyna? — spytał Burton. — Przez Wikingów, którzy trzymali się dawnej religii, mimo że ten świat nie jest Walhallą, jaką obiecywali im kapłani? Czy nie uważasz, że marnowałeś czas i siły wygłaszając im kazania? Oni nadal wierzą w swych starych bogów. Jedyna różnica w teologii to drobne przeróbki, dopasowujące ją do tutejszych warunków. Ty też trzymałeś się swojej wiary.
— Wikingowie nie potrafią wyjaśnić przyczyny powstania tych warunków — odparł Collop. — Ja potrafię. Mam rozsądne wytłumaczenie, które i oni w końcu przyjmą. Uwierzą wtedy równie gorąco jak ja. Mnie zabili, lecz przyjdzie do nich inny członek Kościoła, obdarzony większą mocą przekonywania, i nawróci ich, zanim rozciągną go na drewnianym łonie swego drewnianego bożka i przebiją serce. A jeśli nie jemu, uda się to następnemu. Na Ziemi prawdziwe było twierdzenie, że krew męczenników jest nasieniem Kościoła. Tu jest prawdziwe tym bardziej. Jeżeli zabijesz człowieka, by zamknąć mu usta, pojawi się w innym miejscu. A inny, zabity tysiące mil stąd, przybędzie, by zająć miejsce tamtego męczennika. W końcu zwycięży Kościół. Ludzie zaprzestaną bezsensownych, rodzących nienawiść wojen i zajmą się prawdziwą, jedyną wartą zachodu pracą — pracą dla zbawienia.
— To, co powiedziałeś o męczennikach pozostaje prawdą dla każdego, głoszącego jakąś ideę — Zauważył Burton. — Zabity zły człowiek także znowu pojawi się, by popełniać zło w innym miejscu.
— Dobro przeważy — oświadczył Collop. — Prawda zawsze zwycięża.
— Nie wiem, jak wiele podróżowałeś na Ziemi, ani jak długo żyłeś. Lecz zarówno czas twego życia jak zasięg twych podróży musiały być mocno ograniczone, skoro pozostałeś taki zaślepiony. Ja wiem swoje. — Kościół nie opiera się wyłącznie na wierze — stwierdził Collop. — Dysponuje realnymi, materialnymi faktami, z których wywodzi swe nauki. Powiedz, przyjacielu Abdulu, słyszałeś kiedy o kimś, kto został wskrzeszony martwym?
— To paradoks! — zawołał Burton. — Co masz na myśli — wskrzeszony martwym?
— Znane są przynajmniej trzy potwierdzone przypadki i cztery inne, o których Kościół słyszał, lecz nie był w stanie sprawdzić. Mężczyźni i kobiety ginęli w jakimś miejscu nad Rzeką i zostawali przeniesieni do innego. Co dziwne, odtworzono ich ciała, lecz brakło im iskry życia. Dlaczego?
— Nie potrafię sobie tego wyobrazić — powiedział Burtona. — Powiedz, Posłucham cię, gdyż mówisz jak człowiek, który wie.
Potrafił sobie wyobrazić, gdyż słyszał już tg historię. Chciał jednak sprawdzić, czy wersja Collopa zgodna jest z innymi.
Zgadzała się łącznie z nazwiskami martwych łazarzy. Owi mężczyźni i kobiety zostali rozpoznani przez ludzi, którzy znali ich na Ziemi. Wszyscy byli świątobliwi, niemal święci; jeden z nich został w rzeczy samej kanonizowany. Według teorii Collopa, osiągnęli oni stan oczyszczenia, w Ittórym nie musieli dłużej pozostawać w „czyśćcu” Świata Rzeki. Ich dusze odeszły do… jakiegoś innego miejsca… pozostawiając za sobą zbędny bagaż fizycznych ciał.
Wkrótce, jak głosił Kościół, więcej ludzi osiągnie ten stan i pozostawi za sobą swe ciała. W końcu, po dostatecznie długim czasie, dolina Rzeki wyludni się. Wszyscy wyrzekną się gwałtu i nienawiści, oświeceni miłością do Boga i ludzkości. Nawet najbardziej zepsuci, na pozór zgubieni bez nadziei, zdołają porzucić swe fizyczne istnienia. Wszystkim, co potrzebne do osiągnięcia tej łaski; była miłość.