Gdzie wasze ciała porzucone [To Your Scattered Bodies Go - pl]
- Автор: Фармер Филип Хосе
- Год: 1997
- Язык: польский
- Год: MAG
- ISBN: 83-86572-27-2
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Gdzie wasze ciała porzucone [To Your Scattered Bodies Go - pl]». Краткое содержание книги:
Przerwał pojmując, że zboczył z drogi do celu, który sobie wyznaczył.
— To, że dręczą cię wyrzuty sumienia, jest zadziwiające; fakt ten wyjaśnia jednak to, co tak dziwiło purtytan: dlaczego rogi obfitości ofiarowują nam, prócz jedzenia, także alkohol, tytoń, marihuanę i gumę snów. Przynajmniej ta ostatnia jest darem — pułapką, niebezpiecznym dla tych, którzy go nadużywają.
Podszedł do Goringa. Niemiec miał półprzymknięte oczy i otwarte usta.
— Wiesz, kim jestem. Podróżuję pod pseudonimem i to nie bez powodu. Pamiętasz Spruce'a, jednego z twoich niewolników? Po tym jak umarłeś, okazało się zupełnie przypadkowo, że jest jednym z tych; którzy jakoś doprowadzili do zmartwychwstania ludzkości. Nazwaliśmy ich Etykami, bo nic lepszego nie przyszło nam do głowy. Słuchasz mnie? Goring?
Goring kiwnął głową.
— Spruce zabił się, zanim zdążyliśmy z niego wyciągnąć to, co chcieliśmy wiedzieć. Później jego ziomkowie przybyli na nasz teren i na pewien czas wszystkich uśpili, zapewne jakimś gazem. Chcieli mnie zabrać do swojej głównej kwatery. Ale im się nie udało. Wypłynąłem akurat w celach handlowych w górę Rzeki. Kiedy wróciłem, zdałem sobie sprawę, że mnie szukają. Od tego czasu uciekam. Słyszysz, Goring?
Z całej siły uderzył Niemca w twarz. Goring krzyknął i odskoczył, trzymając się za policzek. Otworzył oczy i skrzywił się.
— Słyszałem! — warknął. — Tyle że nie chciało mi się odpowiadać. Nic mi się nie chciało, tylko płynąć, jak najdalej od…
— Zamknij się i słuchaj! — przerwał mu Burton. — Etycy wszędzie mrą swoich ludzi i szukają mnie. Nie mogę sobie pozwolić na pozostawienie cię przy życiu, rozumiesz? Nie mógłbym ci zaufać. Nawet, gdybyś był przyjacielem. Jesteś gumistą!
Goring zachichotał, podszedł do Burtona i spróbował zarzucić mu ręce na szyję. Burton odepchnął go tak mocno, że tamten zatoczył Się na stolik i tylko chwytając się blatu zdołał utrzymać równowagę.
— To zabawne — oznajmił. — Kiedy tu przypłynąłem, jakiś człowiek pytał mnie, czy cię nie widziałem. Opisał cię szczegółowo i podał twoje nazwisko. Wytłumaczyłem, że znałem cię dobrze — aż za dobrze — i mam nadzieję nigdy cię już nie spotkać. Chyba, że byłbyś w mojej mocy. Powiedział, żebym go zawiadomił, jeżeli cię znowu zobaczę. To mi się opłaci.
Burton nie tracił czasu. Podszedł do Goringa i chwycił go obiema rękami. Dłonie miał drobne i delikatne, lecz Niemiec skrzywił się z bólu.
— Co chcesz zrobić? Zabić mnie jeszcze raz? — zapytał.
— Nie, jeżeli podasz mi nazwisko człowieka, który o mnie pytał. W przeciwnym razie…
— No dalej, zabijaj! — zaśmiał się Goring. — Co z tego? Obudzę się gdzieś tysiące mil stąd, poza twoim zasięgiem.
Burton wskazał bambusową skrzynkę w rogu chaty. Domyślał się, że mieściła w sobie zapas gumy snów.
— Przebudzisz się bez tego! — powiedział. — Gdzie mógłbyś szybko zdobyć tyle gumy?
— Niech cię diabli! — krzyknął Goring, próbując wyrwać się z uchwytu, by dostać się do skrzynki.
— Jak on się nazywa? — zapytał Burton. — Powiedz, bo wrzucę tę gumę do Rzeki!
— Agneau. Roger Agneau. Śpi w chacie tuż obok Okrąglaka.
— Później się tobą zajmę — rzekł Burton i kantem dłoni uderzył Goringa w kark.
Odwracając się, dostrzegł człowieka skulonego przed wejściem do chaty: Tamten wyprostował się i odbiegł. Burton popędził za nim; po chwili byli już wśród sosen i dębów na wzgórzach. Uciekinier zniknął w wysokiej trawie.
Burton zwolnił, dostrzegł białą plamę — odblask księżyca na nagiej skórze — i zerwał się do biegu. Liczył na to, że Etyk nie zabije się natychmiast. Miał plan, jak wydobyć z niego informacje — pod warunkiem, że uda mu się od razu pozbawić go przytomności. Chciał użyć hipnozy. Najpierw jednak musiał go złapać. Możliwe, że uciekinier miał wszczepiony w ciało rodzaj radiostacji i już teraz porozumiewa się ze swymi kolegami, gdziekolwiek są. Jeżeli tak, to przybędą tu w tych swoich latających maszynach i będzie zgubiony.
Zatrzymał się. Człowiek, którego ścigał, zniknął. Jedyne, co mógł zrobić, to zbudzić Alicję i pozostałych i uciekać. Może tym razem powinni odejść w góry i ukryć się tam na pewien czas.
Najpierw jednak pójdzie do chaty Agneau. Szansa, że zastanie jej lokatora była niewielka, ale należało się o tym przekonać.
21
Burton zbliżył się do chaty w samą porę, by dostrzec plecy jakiegoś mężczyzny, znikającego właśnie we wnętrzu. Zatoczył krąg, by podejść od strony wzgórz, padzie rozrzucone na równinie drzewa dawały mu osłonę. Skulony podbiegł do drzwi.
Gdzieś z tyłu usłyszał głośny krzyk. Odwrócił się błyskawicznie i dostrzegł Goringa, zbliżającego się niepewnym krokiem. Wrzeszczał po niemiecku uprzedzając Agneau, że Burton stoi przed chatą. W ręku trzymał długą dzidę, którą zamierzał się na Anglika.
Burton odwrócił się i huknął ramieniem w cienkie drzwi z bambusowych listew: Wyrwane z drewnianych zawiasów wpadły do wnętrza uderzając stojącego tuż za nimi Agneau. Wszyscy: Burton, drzwi i Agneau runęli na klepisko. Agneau znalazł się na samym dole.
Burton zerwał się na nogi i skoczył obiema stopami na bambusowe listwy. Agneau wrzasnął głośno i zamilkł. Burton odrzucił drzwi na bok. Jego ofiara krwawiła z nosa i była nieprzytomna. Doskonale! Teraz, jeżeli hałas nie sprowadzi tu warty i jeśli dostatecznie szybko poradzi sobie z Goringiem, będzie mógł przeprowadzić swój plan.
Obejrzał — się w samą porę, by dostrzec światło gwiazd odbijające się od lecącego ku niemu długiego, czarnego przedmiotu.
Rzucił się w bok. Dzida ze stukiem wbiła się w klepisko. Jej drzewce drżało jak grzechotnik; szykujący się do ciosa.
Wyskoczył na zewnątrz; rzutem oka ocenił odległość dzielącą go od Goringa i zaatakował. Jego assegai wbiło się w brzuch, Niemca. Goring wyrzucił ramiona w górę, wrzasnął i upadł. Burton przerzucił przez ramię bezwładne ciało Agneau i wyniósł go przed chatę.
Z Okrąglaka dobiegały już krzyki, zapalano pochodnie, a strażnik w pobliskiej wieżyczce wołał na alarm. Goring siedział na ziemi i ściskał oburącz drzewce assegai. Z otwartymi ustami spojrzał na Burtona. — Znów mi to zrobiłeś — wykrztusił. — Ty…
Rzężąc, upadł na twarz.
Aneau doszedł do niebie. Szarpnął się gwałtownie. wyrwał z uścisku Burtona i upadł na ziemię. W przeciwieństwie do Goringa nie wydał z siebie dźwięku. Miał tyleż powodów by zachować ciszę co i Burton, a może nawet więcej. Burton był tak zaskoczony, że przez chwilę stał nieruchomo, trzymając w ręku przepaskę biodrową tamtego. Chciał ją odrzucić, gdy nagle wyczuł zaszyty w niej jakiś prostokątny, twardy przedmiot. Złapał tkaninę w lewą rękę, prawą wyrwał assegai z ciała Goringa i pognał za Agneau.
Etyk zepchnął na wodę jedno z wyciągniętych na brzeg bambusowych czółen. Wiosłował wściekle, co chwilę oglądając, się za siebie. Burton uniósł assegai i cisnął go mocno. Broń była krótka, z grubym drzewcem, służąca raczej do walki wręcz niż — do rzutów, lecz pomknęła prosto i opadając, zakończyła swój lot w plecach Agneau. Etyk upadł na twarz, nieco na ukos, tak że przewrócił wąską łódkę do góry dnem. Nie wypłynął już na powierzchnię.
Burton zaklął. Chciał go złapać żywcem, ale za nic nie pozwoliłby mu uciec. Być może Agneau nie zdążył jeszcze porozumieć się z Etykami.
Zawrócił w stronę chat gościnnych. Bębny dudniły wzdłuż brzegu, ludzie z pochodniami biegli w stronę Okrąglaka, Burton zatrzymał jakąś kobietę i poprosił, by pożyczyła mu pochodnię. Podała mu ją, lecz zarzuciła go gradem pytań. Wyjaśnił, że zdawało mu się; iż to Choctawowie zza Rzeki dokonali nagłego ataku. Ruszyła natychmiast, by dołączyć do ludzi, zbierających się przy palisadzie.