Gdzie wasze ciała porzucone [To Your Scattered Bodies Go - pl]
- Автор: Фармер Филип Хосе
- Год: 1997
- Язык: польский
- Год: MAG
- ISBN: 83-86572-27-2
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Gdzie wasze ciała porzucone [To Your Scattered Bodies Go - pl]». Краткое содержание книги:
Sevier i jego podwładni nie uznawali niewolnictwa i nie zatrzymywali swych gości dłużej, niż ci mieliby ochotę. Kiedy pozwolili im napełnić swoje rogi i pożywić się, zaprosili ich na ucztę. Obchodzono Dzień Zmartwychwstania. Potem pokazano im chatę gościnną.
Burtona zawsze spał lekko, a teraz zaczął sypiać niespokojnie. Nim poddał silę zmęczeniu, inni oddychali już głęboko lub chrapali. Z niedokończonego snu wyrwał go głos, wplątany w jego wizje.
Hermann Goring pomyślał. Zabił go, ale tamten znów żyje gdzieś nad Rzeką. Czy człowiek, który jęczał i krzyczał w sąsiedniej chacie, także cierpiał przez Goringa, na Ziemi lub tutaj.
Burton odrzucił czarny ręcznik i wstał, szybko i bezszelestnie. Zatrzasnął znane klamry kiltu, zapiął pas z ludzkiej skóry i upewnił się, że w pochwie, też z ludzkiej skóry, tkwi jego krzemienny nóż. Wyszedł z chaty trzymając w dłoni assegai, krótkie drzewce z twardego drewna zakończonego krzemiennym grotem.
Mimo braku Księżyca było jasno, jak w czasie pełni na Ziemi. Niebo płonęło wielkimi, kolorowymi gwiazdami i bladymi plamami kosmicznego gazu.
Chaty gościnne stały półtorej mili od Rzeki, na jednym ze wzgórz wznoszących się przy krańcu równiny — siedem jednoizbowych, bambusowych budowli pokrytych dachami z liści. W pewnej odległości, pod gigantycznymi konarami żelaznych drzew, pod olbrzymimi sosnami i dębami stały chaty miejscowych. O pół mili, na szczycie wzgórza, wznosiła się wysoka, kolista palisada, zwana potocznie „Okrąglakiem. Tam sypiali urzędnicy Sevierii.
Co pól mili na brzegu stały wysokie bambusowe wieże. Pochodnie płonęły na ich platformach przez całą noc, a strażnicy wypatrywali najeźdźców.
Burtona zajrzał w cień pod drzewami, po czym Przeszedł kitka kroków, dzielących go od chaty, z której dobiegały jęki i krzyki. Odsunął zasłonę z trawy. Światło gwiazd padło na śpiącego. Burton syknął ze zdumienia. Zobaczył jasne włosy i szeroką twarz młodego mężczyzny. Rozpoznał go.
Podkradł się powoli. Śpiący jęknął, zakrył twarz ramieniem i odwrócił się na bok. Burton stanął, by po chwili znów bezszelestnie ruszyć naprzód. Odłożył assegai, wyjął sztylet i delikatnie przycisnął ostrze do krtani tamtego. Śpiący opuścił ramię, otworzył oczy i spojrzał na Burtona. Ten zakrył dłonią jego otwarte usta.
— Hermann Goring! Nie ruszaj się i nie krzycz! Zabiję cię!
Jasnoniebieskie oczy Goringa tutaj zdawały się ciemne, lecz meso mroku widać było, jak zbladł ze strachu. Zadrżał i spróbował usiąść, zrezygnował jednak, gdy krzemień mocniej nakłuł mu skórę.
— Jak długo tu jesteś? — zapytał Burtona.
— Kto…? — jęknął po angielsku i jego oczy rozwarły się jeszcze szerzej. — Richard Burton? Czy ja śnię? To ty?
Burton wyczuwał gumę snów w oddechu Goringa: Pachniała nią także przesączona potem mata. Niemiec był o wiele chudszy niż ostatnio, kiedy go widział.
— Nie wiem, od kiedy tu jestem — powiedział Goring. — Jaki dziś dzień?
— Pierwszy po Święcie Zmartwychwstania. Mniej więcej godzina do wschodu słońca.
— Więc jestem tu już trzy dni. Mógłbym się napić wody? W ustach mam sucho jak w sarkofagu.
— Nic dziwnego. Jesteś żywym sarkofagi, jeśli przyzwyczaję się do gumy snów — odparł Burton, wstał i wskazał ostrzem assegai garnek z wypalonej gliny stojący obok na bambusowym stoliku. — Możesz się napić. Ale nie próbuj żadnych sztuczek.
Goring wstał i niepewnie podszedł do stolika.
— Jestem za słaby, żeby walczyć, nawet gdybym chciał — napił się głośno, po czym wziął ze stołu jabłko — Co ty tu robisz? Myślałem, że się ciebie pozbyłem.
— Najpierw ty odpowiesz na moje Pytania — oświadczył Burton. — I to szybko. Stwarzasz problem, który mi się nie podoba.
20
Goring zaczął żuć, przestał, spojrzał ponuro i zapytał:
— A właściwie dlaczego? Nie mam tu żadnej władzy, a gdybym nawet miał, nic bym ci nie mógł zrobić. Jestem tylko gościem. Cholernie porządni ludzie, ci tutaj; wcale się mną nie interesują. Tyle że od czasu do czasu wpadną spytać, czy mi czegoś nie brakuje. Co prawda nie wiem, jak długo pozwolą mi zostać, zanim każą zarabiać na swoje utrzymanie.
— Nie wychodzisz z chaty? — zdziwił się Burton. — Więc kto ładuje ci róg — obfitości? Jak zdobyłeś tyle gumy, snów?
Goring uśmiechnął się chytrze.
— Miałem spory zapas, zebrany w miejscu, gdzie byłem ostatnio, jakieś tysiąc mil stąd w górę Rzeki.
— Na pewno odebrany jakimś nieszczęsnym niewolnikom — stwierdził Burton. — Ale jeżeli tak dobrze ci się tam powodziło, to czemu odjechałeś?
Goring zapłakał. Łzy spływały mu po policzkach, po szyi, na pierś. Ramiona drżały od szlochu.
— Ja… musiałem uciec. Byłem nie dość dobry. Traciłem autorytet… za dużo czasu spędzałem na piciu, paleniu marihuany i żuciu gumy snów. Mówili, że jestem za miękki. Zabiliby mnie, albo zrobili niewolnikiem. Więc pewnej nocy wymknąłem się… zabrałem łódź. Udało mi się uciec i płynąłem, aż trafiłem tutaj. Za część moich zapasów Sevier udzielił mi schronienia na dwa tygodnie.
Burton przyjrzał mu się z zaciekawieniem.
— Przecież wiedziałeś, co cię czeka, jeśli będziesz żuł za dużo gumy — powiedział. — Koszmary, halucynacje, złudzenia. Całkowite wyniszczenie psychiczne i fizyczne. Musiałeś widzieć, co się dzieje z ludźmi.
— Na Ziemi byłem morfinistą — krzyknął Goring. — Walczyłem z tym i przez długi czas wygrywałem. Potem, kiedy sprawy Trzeciej Rzeszy zaczęły się źle układać, a moje jeszcze gorzej, kiedy Hitler się do mnie przyczepił, znów zacząłem brać narkotyki!
— Tutaj — podjął po chwili milczenia — kiedy przebudziłem się w młodym ciele, kiedy zdawało się, że mam przed sobą całą wieczność życia i młodości, kiedy nie było surowego Boga w Niebiosach ani Diabła w Piekle, by mnie powstrzymać, pomyślałem, że mogę robić wszystko, na co mam ochotę i niczym się nie przejmować. Stałbym się większy nawet niż Fuhrer! To małe państewko, w którym mnie znalazłeś, miało być tylko początkiem! Widziałem już swoje imperium ciągnące się na tysiące mil w górę i w dół Rzeki, po obu jej brzegach. Miałbym więcej poddanych, niż śniło się Hitlerowi!
Zapłakał znowu. Napił się wody i włożył do ust kawałek gumy snów. W miarę jak żuł na jego twarzy wypływał wyraz odprężenia i błogości.
— Widziałem cię w koszmarnych snach, jak wbijasz mi włócznię w brzuch — powiedział. — Kiedy się budziłem, bolało mnie, jakby krzemienny grot rozrywał mi flaki. Zacząłem żuć gumę, żeby zapomnieć o bólu i poniżeniu. Z początku pomagało, byłem wielki. Byłem panem świata, Hitlerem, Napoleonem, Juliuszem Cezarem, Aleksandrem, Dżyngis Chanem, wszystkimi w jednej osobie. Znów dowodziłem Eskadrą Czerwonej Śmierci von Richthofena; to były piękne dni, pod wieloma względami najszczęśliwsze w moim życiu. Lecz euforia szybko ustąpiła miejsca ohydzie. Runąłem w otchłanie piekła; widziałem, jak oskarżam sam siebie, a za mną stały miliony innych. To już nie byłem ja, to były ofiary tego wielkiego, wspaniałego bohatera, tego obrzydliwego szaleńca Hitlera, którego tak wielbiłem i w którego imieniu popełniłem tyle zbrodni.
— Przyznajesz, że jesteś zbrodniarzem? — zdziwił się Burton. — Poprzednim razem twierdziłeś coś całkiem innego. Mówiłeś, że wszystko co zrobiłeś było uzasadnione, że zostałeś zdradzony przez…