Gdzie wasze ciała porzucone [To Your Scattered Bodies Go - pl]
- Автор: Фармер Филип Хосе
- Год: 1997
- Язык: польский
- Год: MAG
- ISBN: 83-86572-27-2
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Gdzie wasze ciała porzucone [To Your Scattered Bodies Go - pl]». Краткое содержание книги:
Opowiedział Burtonowi o swym ziemskim życiu. Był lekarzem, rolnikiem, liberałem niezachwianie wierzącym w swą religię, a jednak pełnym wątpliwości wobec wiary i społeczeństwa swych czasów. Napisał apel o tolerancję religijną, budząc tym równocześnie podziw i przekleństwa. Był też poetą, znanym przez krótki czas, później zapomnianym.
— Moje wiersze zostały zapomniane, lecz żyje zawarta w nich prawda — powiedział Burtonowi. Zatoczył ręką koło wskazując wzgórza, Rzekę, góry i ludzi. — Sam możesz to zobaczyć, jeśli otworzysz oczy i przestaniesz upierać się przy tej bajce, że wszystko to jest dziełem ludzi takich jak my. Zresztą, jeśli nawet uznam twoje przesłanki, wciąż będę uważał, że ci Etycy są jedynie narzędziem Stwórcy.
— Bardziej podoba mi się inny twój wiersz — stwierdził Burton.
Collop był zadowolony, nie wiedząc, że Burton inaczej rozumie te strofy niż ich autor.
Płomień powraca.
Oznaczało to dotarcie jakimś sposobem do Mrocznej Wieży, odkrycie tajemnic Etyków i zwrócenie Ich urządzeń przeciwko Nim. Nie czuł wdzięczności za drugie życie, które mu dali. Był raczej oburzony, że dokonali tego bez jego zgody. Jeśli chcieli jego podziękowań, to dlaczego mu nie wyjaśnili, czemu otrzymał jeszcze jedną szansę? Jakie mieli powody, by ukrywać swoje motywy? Dowie się tego. Iskra, którą w nim rozniecili rozpali się w szalejący pożar, który Ich pochłonie.
Przeklinał los, który zesłał go w miejsce tak bliskie źródła Rzeki, a więc blisko Wieży, by już po kilku minutach porwać go stamtąd gdzieś w środek biegu Rzeki, miliony mil od celu. Jeśli jednak raz tam trafił, to może dotrzeć znowu. Nie łodzią, gdyż podróż zajęłaby co najmniej czterdzieści lat, a prawdopodobnie więcej. Mógł też być pewien, że po drodze tysiąc razy będzie schwytany i wtrącony w niewolę. A jeśli zginie może się zdarzyć, że — wskrzeszony daleko od celu — będzie musiał zaczynać od nowa.
Z drugiej strony, przy losowym na pozór wyborze miejsc zmartwychwstania, może raz jeszcze znaleźć się u końca Rzeki. To skłaniało go do skorzystania znowu z Samobójczego Ekspresu. Choć wiedział, że śmierć jest tylko chwilowa, nie mógł się zmusić do zrobienia decydującego kroku. Umysł mówił, że to jedyna możliwość, lecz ciało buntowało się. Gwałtowne pragnienie życia, tkwiące gdzieś w komórkach organizmu, przezwyciężało wolę.
Przez pewien czas, jak sobie tłumaczył, zajmie się badaniem języka i zwyczajów prehistorycznego ludu, do którego trafił. Uczciwość jednak kazała mu przyznać, że szuka tylko pretekstu, by odwlec Straszny Moment. Mimo to nie robił nic.
Burton — Collop i Goring opuścili barak kawalerów i podjęli normalne życie obywateli małego państwa. Każdy z nich zamieszkał w osobnej chacie i w ciągu tygodnia znalazł sobie kobietę. Kościół Collopa nie wymagał celibatu. Jego wierni mogli przyjąć śluby czystości, jeżeli sami mieli na to ochotę. Kościół uznawał fakt, że mężczyźni i kobiety zostali wskrzeszeni zachowując w pełni cechy płciowe, jakie mieli na Ziemi (lub, jeśli ich nie mieli, otrzymali tutaj). Było oczywiste, że Sprawcy Zmartwychwstania życzyli sobie, by z tego korzystać. Było wiadomo, choć nie wszyscy to uznawali, że seks ma takie inne funkcje niż reprodukcja. Dalej więc młodzi, tarzajcie się w trawie:
Innym rezultatem żelaznej logiki Kościoła (który, nawiasem mówiąc, odrzucał rozsądek jako rzecz niegodną zaufania) był ten, że dopuszczalny był każdy rodzaj miłości, jeżeli tylko uprawiany jest za zgodą zainteresowanych i nie wiąże się z okrucieństwem lub przymusem. Zakazane było wykorzystywanie dzieci. Ten problem sam zniknie po pewnym czasie; za kilka lat wszystkie dzieci będą dorosłe.
Colop nie chciał wybierać sobie towarzyszki tylko po to, by rozładować napięcie seksualne. Upierał się, że musi to być kobieta, którą kocha. Burton śmiał się, że ten warunek jest łatwy do spełnienia, zatem niewiele warty. Collop kocha całą ludzkość, powinien więc — teoretycznie — wziąć sobie pierwszą kobietę, która odpowie „tak”.
— Szczerze mówiąc, przyjacielu — wyznał Collop — dokładnie tak się zdarzyło.
— Więc to tylko przypadek, że jest piękna, namiętna i inteligentna? — spytał Burton.
— Choć pragnę być czymś więcej, niż tylko człowiekiem, a raczej być w pełni człowiekiem, pełen jestem ludzkich wad — odparł tamten z uśmiechem. — Czy chciałbyś, bym świadomie uczynił się męczennikiem wybierając jakąś obrzydliwą sekutnicę?
— Uważałbym cię z durnia jeszcze bardziej niż teraz. Co do mnie, wymagam od kobiety tylko urody i uczucia. Jej — umysł mnie nie obchodzi. I wolę blondynki. Jest we mnie jakaś struna, która odpowiada tylko na dotyk palców złotowłosej dziewczyny.
Z Goringiem zamieszkała Valkiria; osiemnastowieczna Szwedka, wysoka, o potężnym biuście i szerokich ramionach. Burton zastanawiał się, czy miała być namiastką pierwszej żony Goringa, szwagierki szwedzkiego podróżnika, hrabiego von Rosen. Sam Goring przyznawał, że jego wybranka przypomina Karin nie tylko wyglądem, ale nawet głosem. Wydawał się z nią bardzo szczęśliwy, podobnie jak ona przy nim.
Aż pewnej nocy, podczas stałego porannego deszczu, coś wyrwało Burtona z głębokiego snu.
Zdawało mu się, że dobiegł go krzyk, lecz kiedy oprzytomniał słyszał tylko huk gromu i trzask uderzających w pobliżu piorunów. Zamknął oczy, by po chwili znów się poderwać. Gdzieś blisko krzyczała kobieta. Zerwał się, odepchnął bambusowe drzwi i wystawił głowę na zewnątrz. Zimny deszcz spływał mu po twarzy. Wszędzie było ciemno, jedynie błyskawice oświetlały góry na wschodzie. Bliskie uderzenie pioruna ogłuszyło go i oślepiło. Dostrzegł jednak dwie białe jak duchy postacie obok chaty Goringa. Niemiec zaciskał ręce na szyi kobiety, a ona trzymała go za nadgarstki i usiłowała odepchnąć od siebie.
Burton wybiegł na dwór, pośliznął się na mokrej trawie i upadł. Gdy wstał, kolejny błysk ukazał mu kobietę na kolanach, odchyloną do tyłu, a nad nią wykrzywioną twarz Goringa. W tej samej chwili ze swojej chaty wybiegł Collop, zawiązując ręcznik wokół pasa. Burton poderwał się na nogi i pobiegł, wciąż milcząc. Goring jednak zniknął. Burton przyklęknął przy Karli i przyłożył jej rękę do piersi. Nie wyczuł uderzeń serca. W świetle błyskawicy zobaczył jej twarz, otwarte usta i wytrzeszczone oczy.
Wstał.
— Goring! Gdzie jesteś! — zwołał.
Coś uderzyło go w tył głowy. Upadł na twarz.
Oszołomiony, podniósł się na czworakach tylko po to, by paść pod kolejnym ciosem. Półprzytomny, zdołał jednak przetoczyć się na plecy, unosząc obronnym gestem ręce i nogi. Błyskawica oświetliła Goringa, stojącego nad nim z maczugą w dłoni. Jego twarz była twarzą szaleńca.
Znów zapadła ciemność. Coś białego i niewyraźnego skoczyło na Goringa od tyłu. Dwa blade ciała runęły na trawę obok Burtona i tarzały się wrzeszcząc jak koty. W kolejnym błysku zobaczył, że walczący próbują dosięgnąć zakrzywionymi palcami swych twarzy.