Gdzie wasze ciała porzucone [To Your Scattered Bodies Go - pl]
- Автор: Фармер Филип Хосе
- Год: 1997
- Язык: польский
- Год: MAG
- ISBN: 83-86572-27-2
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Gdzie wasze ciała porzucone [To Your Scattered Bodies Go - pl]». Краткое содержание книги:
Burton wstał zataczając się i skoczył ku nim, lecz rzucony przez Goringa Collop zwalił go z nóg. Podniósł się znowu. Collop poderwał się i rzucił na Goringa. Burton usłyszał głośny trzask i tamten zwalił się bezwładnie. Próbował pobiec w stronę Niemca, lecz nogi nie chciały go słuchać; poniosły go na ukos, w bok od celu ataku. Wybuch światła i huku ukazał Goringa, jakby zatrzymanego na fotografii w chwili uderzenia Burtona maczugą:
Burton poczuł, jak drętwieje mu ramię, na które spadł cios. Teraz nie tylko nogi, ale i lewa ręka odmawiały mu posłuszeństwa. Mimo to zacisnął prawą pięść i spróbował trafić Goringa. Znów rozległ się trzask — zdawało mu się, że coś wyrywa mu żebra i wgniata je do płuc. Stracił oddech i raz jeszcze znalazł się na zimnej, mokrej trawie.
Jakiś przedmiot upadł obok niego. Pochwycił go mimo bólu. Trzymał w dłoni maczugę; Goring musiał ją upuścić. Drżąc przy każdym oddechu zdołał przyklęknąć. Gdzie był ten wariat? Dwa cienie, rozmazane i drżące, zachodzące na siebie i na pół rozdzielone. Chata! Nie był pewien swych oczu. Przez chwilę zastanawiał się, czy ma wstrząs mózgu, lecz zapomniał o tym, gdy dostrzegł Goringa słabo oświetlonego dalekim zygzakiem błyskawicy. A raczej dwóch Goringów. Jeden towarzyszył drugiemu; ten lewy stawiał stopy na ziemi, prawy unosił się w powietrzu.
Obaj wznosili w górę ręce, jakby chcieli umyć je w deszczu. A kiedy odwrócili się i ruszyli ku niemu zrozumiał, że to właśnie próbowali zrobić. Krzyczeli po niemiecku (jednym głosem):
— Usuń krew z mych rąk! Zmyj ją, Boże!
W maczugę Burtona ruszył niepewnie ku Goringowi. Chciał go uderzyć, lecz tamten odwrócił się nagle i odbiegł. Burton pobiegł za nim tak szybko, jak tylko pozwalały mu siły. Zbiegł ze wzgórza, wspiął się na następne i znalazł się na równinie. Deszcz ustał, gromy ucichły i w ciągu pięciu minut, jak zwykle, chmury rozwiały się. Blada skóra Goringa błyszczała w świetle gwiazd jak widmo pomykające przed Burtonem. Zdawało się, że chce dotrzeć do Rzeki. Burtona biegł za nim, choć sam nie wiedział, dlaczego to robi. Odzyskał już władzę w nogach i przestał widzieć podwójnie. Wreszcie dopadł Goringa. Skulony na brzegu wpatrywał się w odbite w falach gwiazdy.
— Dobrze się czujesz? — zapytał Burtona.
Goring zadrżał. Zaczął wstawać, lecz zrezygnował. Jęcząc oparł głowę na kolanach.
— Wiedziałem co robię, ale nie wiedziałem dlaczego — powiedział tępo. — Karla mówiła, że rano się wyprowadzi, że nie może spać pyry tym hałasie, jaki robię, kiedy męczą mnie koszmary. Zachowywałem się dziwnie. Błagałem ją, żeby została. Mówiłem, że ją kocham, że umrę; jeżeli mnie porzuci. Powiedziała, że mnie lubi, lubiła raczej, ale nie kocha. Nagle wydało mi się, że jeśli chcę ją zatrzymać, muszę ją zabić. Z krzykiem wybiegła z chaty. Resztę znasz.
— Miałem zamiar cię zabić — oświadczył Burtona. — Widzę jednak, że jesteś szalony i nie odpowiadasz za swoje czyny. Lecz ludzie tutaj nie uznają tego wyjaśnienia. Wesz, co z tobą zrobią: powieszą cię do góry nogami za kostki i zostawią, żebyś tak wisiał aż umrzesz.
— Nie rozumiem, co się stało! — załkał Goring. — Co się ze mną dzieje? — Te koszmary! Uwierz mi, Burton, jeżeli zgrzeszyłem, zapłaciłem za to. Ale nie mogę przestać płacić! — Moje noce są piekłem i wkrótce dni też takie się staną… Zabiję się! Ale to nie pomoże! Zbudzę się znowu… i znowu piekło!
— Nie ruszaj gumy snów — poradził Burton. — Musisz ją z siebie wyrzucić. Potrafisz przecież! Mówiłeś, że na Ziemi zerwałeś z morfiną.
Goring wstał i spojrzał Burtonowi w oczy.
— Właśnie o to chodzi! Nie tknąłem gumy odkąd się tu znalazłem.
— Co? Przysiągłbym…
— Uznałeś, że jej używam, bo tak się zachowuję! Ale nie, nie wziąłem do ust nawet kawałka gumy! Ale to nie ma znaczenia!
Burton, mimo odrazy jaką żywił do Goringa, poczuł litość.
— Otworzyłeś puszkę Pandory — powiedział — wygląda na to, że nie będziesz w stanie zatrzasnąć wieka. Nie wiem, jak to wszystko się skończy, ale nie chciałbym teraz być tobą. Choć trudno powiedzieć, żebyś na to nie zasłużył.
— Pokonam ich — oświadczył Goring cichym, pełnym determinacji głosem.
— Chcesz powiedzieć, że zwyciężysz sam siebie — odparł Burton. Odwrócił się chcąc odejść, lecz zatrzymał się, by zadać ostatnie pytanie: — Co teraz zrobisz?
Goring skinął ręką w stronę Rzeki.
— Utopię się. Zacznę od początku. Może w nowym miejscu pójdzie mi lepiej. W każdym razie nie chcę, żeby mnie powiesili jak kurczaka na wystawie u rzeźnika.
— Zatem au rewir. I powodzenia.
— Dzięki. Wiesz, nie jesteś taki zły. Pozwól, że dam ci radę.
— Jaką?
— Trzymaj się z daleka od gumy snów. Jak dotąd miałeś szczęście. Kiedyś jednak opanuje cię, tak jak mnie. Twoje demony będą inne od moich, ale równie straszne.
— Bzdura! — roześmiał się głośno Burtona. — Nie mam przed sobą nic do ukrycia. Żułem ją dość często, żeby się o tym przekonać.
Odszedł, lecz wciąż myślał o ostrzeżeniu. Używał gumy dwadzieścia dwa razy. I po każdej przysięgał sobie, że nie zrobi tego nigdy więcej.
W drodze ku wzgórzom obejrzał się. Niewyraźna, biała sylwetka Goringa zanurzała się wolno w czarno srebrzyste wody Rzeki. Burton zasalutował, gdyż nie należał do ludzi, którzy potrafią oprzeć się pragnieniu widowiskowego gestu. Potem zapomniał o Goringu. Ból w potylicy, chwilowo przytłumiony, powrócił silniejszy niż przedtem. Kolana zmiękły mu, jakby były z waty i — kilka zaledwie jardów od swojej chaty musiał usiąść.
Musiał stracić przytomność, przynajmniej częściowo, gdyż nie Pamiętał, by wleczono go po trawie. Kiedy doszedł do siebie, leżał na bambusowym łóżku wewnątrz chaty.
Panującą ciemność rozjaśniało tylko światło gwiazd sączące się przez trzy konary za kwadratem okna. Odwróciwszy głowę dostrzegł niewyraźną, bladą postać mężczyzny, siedzącego obok niego. Trzymał przed sobą wąski, metalowy przedmiot, którego lśniący koniec skierowany był na Burtona.
25
Gdy tylko Burton odwrócił głowę, mężczyzna odłożył przedmiot na bok.
— Długo trwało, zanim cię znalazłem, Richardzie Burton — powiedział po angielsku.
Burton próbował lewą ręką trafić na broń, ukrytą przed wzrokiem intruza. Pod palcami czul jednak tylko nagą ziemię.
— Znalazłeś mnie więc, cholerny Etyku — warknął. — I co masz zamiar ze mną zrobić?
Mężczyzna poruszył się w ciemności i zachichotał.
— Nic — odparł. — Nie jestem jednym z Nich — dodał po chwili. Zaśmiał się znowu, wyczuwając zdumienie Burtona. — To niezupełnie prawda. Jestem jednym z Nich, ale nie jestem z Nimi. Podniósł przedmiot, którym celował w Burtona.
— To urządzenie mówi, że masz pękniętą czaszkę i wstrząs mózgu. Musisz być bardzo wytrzymały, gdyż sądząc po obrażeniach, powinieneś już nie żyć. Możesz z tego wyjść, jeżeli poleżysz spokojnie. Niestety, nie masz czasu na rekonwalescencję. Tamci wiedzą, że jesteś w tym rejonie, z dokładnością do trzydziestu mil. Za dzień, dwa zlokalizują cię dokładnie.
Burton spróbował usiąść, lecz jego kości były miękkie jak rozgrzany słońcem toffi, a w tyle czaszki czuł wbijający się do mózgu bagnet. Z jękiem opadł z powrotem na plecy.
— Kim jesteś i o co ci chodzi?
— Nie mogę ci zdradzić swego imienia. Jeżeli, a raczej — co bardziej prawdopodobne — kiedy cię złapią; wyizolują twoją pamięć i przewiną ją do tyłu, aż do chwili, kiedy zbudziłeś się w przedwskrzeszeniowym bąblu. Nie dowiedzą się, dlaczego odzyskałeś przytomność przed czasem. Odkryją jednak naszą rozmowę. Będą nawet mogli mnie zobaczyć, lecz tak, jak ty mnie teraz widzisz — jako niewyraźny, jasny cień. Usłyszą też mój głos, lecz nie rozpoznają go. Używam transmutera. Będą jednak przerażeni. To, co powoli i opornie zaczynali podejrzewać, okaże się nagle prawdą. W ich szeregach znalazł się zdrajca.