Vaterland [Fatherland - pl]
- Автор: Харрис Роберт
- Год: 2008
- Язык: польский
- Год: Ksi
- ISBN: 978-83-245-7646-3
- Переводчик: Adnrzej Szulc
- Жанр: Альтернативная история
Электронная книга - «Vaterland [Fatherland - pl]». Краткое содержание книги:
Rozebrawszy się do szortów, zapakował buty i mundur do torby, włożył do niej broń i zasunął zamek błyskawiczny.
Pięć minut później wyszedł z kabiny jako zupełnie inny człowiek. Odziany w jasnoszary garnitur, białą koszulę, bladoniebieski krawat i miękkie brązowe półbuty aryjski Übermensch przeobraził się z powrotem w normalnego obywatela. Zmiana odbijała się w oczach otaczających go ludzi. Zniknęły gdzieś przestraszone spojrzenia. Pracownik przechowalni bagażu, któremu March oddał skórzaną torbę, potraktował go dosyć nonszalancko.
— Nie zgub pan tego. Bez tego papierka nie masz pan co wracać — oznajmił, wręczając Marchowi kwit i wskazując głową wiszącą za nim tabliczkę: UWAGA! BAGAŻ ZWRACA SIĘ TYLKO PO OKAZANIU DOWODU PRZECHOWANIA.
Przed stanowiskiem kontroli paszportowej March trochę się ociągał, notując w pamięci przedsięwzięte na lotnisku środki bezpieczeństwa. Bariera pierwsza: sprawdzanie kart pokładowych, których nie można było otrzymać bez ważnej wizy. Bariera druga: sprawdzanie samych wiz. Po obu stronach przejścia stało trzech uzbrojonych w pistolety maszynowe żołnierzy Zollgrenzschutz, służby ochrony granicy. Starszego stojącego przed Marchem mężczyznę poddano wyjątkowo dokładnej kontroli, zanim go przepuszczono, oficer zadzwonił gdzieś ze swej budki. Wciąż szukali Luthera.
Jego własny paszport wprawił urzędnika w niemałe zakłopotanie. Sturmbannführer SS z wizą wystawioną tylko na dwadzieścia cztery godziny? Tak wyraźne na ogół wyznaczniki rangi i przywilejów tym razem były wyjątkowo zamazane. Na twarzy urzędnika służalczość walczyła z ciekawością. Jak zwykle zwyciężyła służalczość.
— Życzę udanej podróży, Herr Sturmbannführer.
Przeszedłszy na drugą stronę, March podjął na nowo swoje studia nad systemem zabezpieczeń. Cały bagaż prześwietlano promieniami rentgena. Marcha przeszukano i poproszono o otworzenie walizki. Celnik sprawdził każdy przedmiot, odsunął zamek błyskawiczny saszetki z kosmetykami, otworzył i obwąchał tubkę z kremem do golenia. Pracował z gorliwością człowieka doskonale zdającego sobie sprawę, iż gdyby odprawiony podczas jego zmiany samolot wybuchł w powietrzu albo został opanowany przez porywaczy, następne pięć lat spędzi w kacecie.
W końcu przeszedł przez wszystkie kontrole. Obrócił w dłoni mosiężny kluczyk i poklepał się po wewnętrznej kieszeni marynarki, żeby sprawdzić, czy wciąż ma przy sobie upoważnienie Stuckarta. A potem poszedł do baru, zamówił dużą whisky i zapalił papierosa.
Wszedł na pokład junkersa dziesięć minut przed odlotem.
To był ostatni wieczorny lot z Berlina do Zurychu i kabinę wypełniali szeleszczący różowymi płachtami gazet biznesmeni i odziani w trzyczęściowe garnitury bankierzy. March miał miejsce przy oknie. Fotel obok był pusty. Wsadził walizkę do schowka nad głową, odchylił się do tyłu w fotelu i zamknął oczy. W kabinie rozbrzmiewała kantata Bacha. Na zewnątrz zaczęły grać silniki. Jeden po drugim niczym w chórze wspinały się w górę skali od niskiego szumu aż po wysoki gwizd. Samolot drgnął lekko i zaczął kołować po pasie.
Przez ostatnie trzydzieści sześć godzin trzydzieści trzy był na nogach. Teraz rozbroiła go muzyka, ukołysały wibracje. Zasnął.
Przespał pokaz czynności, które należało wykonać w razie awarii. Sam moment startu ledwie pamiętał przez sen. Nie zauważył też, kiedy na sąsiednim fotelu usiadła pasażerka.
Otworzył oczy dopiero, gdy znaleźli się na wysokości dziesięciu tysięcy metrów i pilot oznajmił, że właśnie mijają Lipsk. Pochylała się ku niemu stewardesa, pytając, czy chce się czegoś napić.
— Proszę whi… — zaczął, ale nagle słowa uwięzły mu w gardle. W fotelu obok, udając, że czyta kolorowy magazyn, siedziała Charlotte Maguire.
Błysnął pod nimi Ren: szeroka, świecąca w zachodzącym słońcu wstęga roztopionego metalu. March nigdy nie widział go z lotu ptaka. „Droga ojczyzno, nic ci nie grozi. Pewnie stoi na Renie twa warta”. Dwie wbijane do głowy przy akompaniamencie rozstrojonego pianina, zapamiętane z chłopięcych lat linijki. Stare gimnazjum, po którego korytarzach hulały przeciągi. Kto to napisał? Nie mógł sobie przypomnieć.
Rzeka była sygnałem, że przekroczyli granicę Rzeszy i znaleźli się nad Szwajcarią. W oddali tonęły we mgle szarobłękitne góry, niżej widać było prostokątne pola i ciemne kępy sosnowych lasów; spadziste czerwone dachy i małe białe kościółki.
Kiedy się obudził, roześmiała mu się prosto w twarz. Być może potrafisz sobie radzić z zaprawionymi w bojach przestępcami, stwierdziła, być może nawet z Gestapo i SS. Ale nie masz żadnych szans w starciu ze starą, dobrą, amerykańską prasą.
Zaczął kląć, na co — niczym jedna z córek Jaegera — odpowiedziała szeroko otwartymi oczyma i miną niewiniątka. Udawała umyślnie źle, przez co udawała jeszcze lepiej, obracając jego gniew przeciwko samemu sobie i wciągając go w całą grę.
Potem nie pytając, czy tego chce, czy nie chce, uparła się, żeby mu wszystko wyjaśnić, i zrobiła to, wymachując trzymanym w ręku plastikowym kubeczkiem z whisky. To było całkiem łatwe, stwierdziła. Powiedział jej, że wieczorem leci do Zurychu. Wieczorem odlatywał tylko jeden samolot. Na lotnisku oznajmiła panience z Lufthansy, że podróżuje razem ze Sturmbannführerem Marchem. Spóźniła się; czy mogłaby dostać miejsce obok niego? Dzięki temu upewniła się, że jest na pokładzie.
— I rzeczywiście byłeś — podsumowała. — Spałeś smacznie jak niemowlę.
— A gdyby powiedzieli ci, że nie mają pasażera o nazwisku March?
— Poleciałabym tak czy owak. — Niecierpliwiło ją jego rozdrażnienie. — Słuchaj, ja mam już prawie wszystkie materiały. Kradzież dzieł sztuki. Śmierć dwóch wyższych dygnitarzy. Zaginięcie trzeciego. Próba ucieczki za granicę. Tajna skrytka w Szwajcarii. Jadąc sama, w najgorszym razie zebrałabym trochę lokalnego zuryskiego kolorytu. W najlepszym, oczarowałabym pana Zaugga do tego stopnia, że udzieliłby mi wywiadu.
— W to akurat nie wątpię.
— Nie rób takiej zmartwionej miny. Nie wymienię ani razu twojego nazwiska.
Zurych leży tylko dwadzieścia kilometrów na południe od Renu. Szybko schodzili w dół. Xavier wypił do dna szkocką i odstawił kubek na podsuniętą przez stewardesę tacę.
Charlotte opróżniła jednym łykiem swój kubeczek i postawiła go obok.
— Jedno przynajmniej nas łączy, Herr March. Upodobanie do whisky — powiedziała z uśmiechem.
Odwrócił się do okna. Do tego jednego miała wyjątkowy talent, pomyślał: zawsze robiła z niego głupka, teutońskiego platfusa. Najpierw nie powiedziała mu o telefonie od Stuckarta. Potem wmanewrowała we wspólną wycieczkę do jego mieszkania. Dziś rano, zamiast czekać, aż się z nią skontaktuje, wypytywała tego amerykańskiego dyplomatę, Nigh-tingale’a, o szwajcarskie banki. A teraz to. Czuł się, jakby po piętach deptało mu bez przerwy dziecko — uparte, inteligentne, kłopotliwe, kłamliwe, niebezpieczne dziecko. Tknięty nagłą obawą sprawdził, czy wciąż ma przy sobie list i klucz. Była zdolna ukraść mu je podczas snu.
Junkers podchodził do lądowania. Niczym puszczany coraz szybciej film za szybą przesuwał się szwajcarski krajobraz: traktor na polu, świecące się w wieczornej mgle reflektory jadących drogą samochodów, a potem — najpierw jedno uderzenie, później drugie — dotknęli kołami pasa startowego.
Nie tak wyobrażał sobie, zuryskie lotnisko. Samoloty i hangary stały pośród zalesionych wzgórz, nie było widać ani śladu miasta. Przez chwilę pomyślał, że Globus dowiedział się o jego misji i kazał zmienić kurs samolotu. Być może wylądowali w jakiejś odległej bazie lotniczej na południu Niemiec. Ale potem zobaczył napis ZURYCH na budynku lotniska.