Vaterland [Fatherland - pl]
- Автор: Харрис Роберт
- Год: 2008
- Язык: польский
- Год: Ksi
- ISBN: 978-83-245-7646-3
- Переводчик: Adnrzej Szulc
- Жанр: Альтернативная история
Электронная книга - «Vaterland [Fatherland - pl]». Краткое содержание книги:
Śmiech Oberstgruppenführera zmienił się w stłumione parsknięcie.
— Jakie masz na to dowody? March położył na biurku kopertę.
— Zabrałem to wczoraj w nocy z apartamentu Stuckarta. Nebe wyjął ze środka list i przyjrzał mu się przez szkło powiększające.
— Czy nie powinien być do tego przypadkiem dołączony kluczyk? — zapytał, podnosząc wzrok.
Xavier wpatrywał się w obrazy za głową Oberstgruppenführera: wisiały tam „Powracające z pola wiejskie dziewczęta” Schmutzlera i „Przemawiający Führer” Paduy — upiorna, ortodoksyjna szmira.
— Ach, rozumiem. — Nebe ponownie oparł się o krzesło i postukał lupą o policzek. — Jeśli nie pozwolę ci wyjechać, nie dostanę kluczyka. Mógłbym cię oczywiście oddać w ręce Gestapo, a oni z pewnością potrafiliby cię przekonać, że nie masz racji… i to prawdopodobne dość szybko. Ale wtedy o zawartości skrytki dowiedzieliby się Globus i Heydrich, a nie ja.
Przez chwilę milczał. Potem z wysiłkiem wstał i pokuśtykał do okna. Uchylił na parę milimetrów żaluzje i wyjrzał na zewnątrz. March widział, jak jego oczy przesuwają się powoli po ulicy.
— Kusząca propozycja — powiedział w końcu. — Nie wiem jednak dlaczego, ciągle wyobrażani sobie ciebie machającego białą chusteczką z okna samolotu i nigdy już nie wracającego do Niemiec.
— Przypuszczam, że nie ma sensu dawać panu słowa, że wrócę?
— Ta sugestia obraża naszą inteligencję.
Nebe podszedł z powrotem do biurka, przeczytał ponownie list i nacisnął guzik na blacie.
— Beck.
Pojawił się adiutant.
— March, daj mu swój paszport. Beck, zanieś go do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i każ im natychmiast wydać dwudziestoczterogodzinną wizę wyjazdową, ważną od dzisiaj od godziny osiemnastej i wygasającą o tej samej godzinie w dniu jutrzejszym.
Adiutant rzucił okiem na Marcha i wyślizgnął się z gabinetu.
— Wyjaśnię ci, na czym polega moja propozycja — oznajmił Nebe. — Szef szwajcarskiej policji kryminalnej, Herr Streuli, jest moim dobrym przyjacielem. Jego ludzie będą cię obserwować od chwili, kiedy zejdziesz po schodkach z samolotu, do chwili, kiedy ponownie znajdziesz się na jego pokładzie. Nie próbuj im się urwać. Jeśli nie wrócisz jutro, zostaniesz aresztowany i deportowany. Jeśli spróbujesz uciec do Berna, żeby dostać się na teren jakiejś zagranicznej ambasady, zostaniesz zatrzymany. Po wczorajszym radosnym komunikacie Amerykanie przerzucą cię po prostu przez granicę z powrotem do nas. Brytyjczycy, Francuzi i Włosi zrobią to, co im każemy. Australia i Kanada będą słuchać Amerykanów. Są jeszcze zdaje się Chińczycy, ale na twoim miejscu wybrałbym kacet. Po powrocie do Berlina natychmiast opowiesz mi, co odkryłeś. Zgoda?
March kiwnął głową.
— Dobrze. Führer nazywa Szwajcarów „narodem hotelarzy”. Polecam ci Baur au Lac przy Tal Strasse. Wyjątkowo luksusowy hotel, ze wspaniałym widokiem na jezioro. Wymarzone miejsce na ostatnią noc skazańca.
Wróciwszy do swojej klitki, March — parodia turysty — zarezerwował sobie pokój w hotelu i miejsce w samolocie. Po godzinie dostarczono mu paszport. W środku wbita była wiza: wszechobecny orzeł i otoczona girlandami swastyka, pod którą jakiś biurokrata wpisał koślawym pismem stosowne daty.
Ważność wizy wyjazdowej pozostawała w bezpośrednim stosunku do zajmowanego przez posiadacza paszportu stanowiska. Partyjni dygnitarze dostawali wizę na dziesięć lat; członkowie NSDAP na pięć, obywatele o nieposzlakowanej przeszłości na rok. Ci, którym udało się cało wyjść z obozów, nie dostawali naturalnie wizy w ogóle. Okres ważności tej, którą otrzymał March, wynosił jeden dzień. Znalazł się na samym dole, wśród społecznych pariasów: pasożytów, malkontentów, uchylających się od pracy leserów i kryptokryminalistów.
Zadzwonił do wydziału dochodzeń gospodarczych i zapytał o eksperta od szwajcarskich finansistów. Kiedy wymienił nazwisko Zaugga i zapytał, czy w wydziale mają na jego temat jakieś informacje, człowiek, z którym rozmawiał, roześmiał się.
— Od czego mam zacząć?
— Najlepiej od początku.
— Niech pan chwilę zaczeka. — Jego rozmówca odłożył słuchawkę i poszedł przynieść akta.
Firma Zaugg Cie założona została w roku 1877 przez francusko-niemieckiego finansistę, Louisa Zaugga. Hermann Zaugg, bankier, którego podpis widniał na upoważnieniu Stuckarta, był wnukiem założyciela. Wciąż pełnił funkcję dyrektora generalnego. Berlin śledził jego działalność od ponad dwóch dekad. W latach czterdziestych Zaugg prowadził rozległe interesy z podejrzanymi obywatelami narodowości niemieckiej. Podejrzewano, że przyjął od nich gotówkę, dzieła sztuki, sztaby złota, kosztowności i drogocenne kamienie o wartości wielu milionów Reichsmarek. Wszystkie te rzeczy zgodnie z prawem powinny ulec konfiskacie, niestety do żadnej z nich Ministerstwo Finansów nie miało dostępu. Od wielu lat bezskutecznie próbowano dobrać mu się do skóry.
— Co mamy na temat samego Zaugga?
— Niewiele. Pięćdziesiąt cztery lata. Żonaty, ma jednego syna i pałacyk nad Zürich See. Bardzo szanowany. Bardzo niedostępny. Ma wielu wpływowych przyjaciół w szwajcarskim rządzie.
March zapalił papierosa i przysunął do siebie kartkę papieru.
— Podyktuj mi jeszcze raz ten adres.
Max Jaeger pojawił się, kiedy March pisał do niego notkę. Pchnął drzwi plecami i spocony wszedł do środka, dźwigając przed sobą stos akt. Prawie dwudniowy zarost nadawał mu groźny wygląd.
— Zavi, dzięki Bogu — zawołał, zerkając znad szczytu papierów. — Próbowałem cię złapać przez cały dzień. Gdzieś ty się podziewał?
— Tu i tam. A to co? Twoje pamiętniki?
— Strzelanina w Spandau. Słyszałeś, co powiedział rano Wujek Artur. „Jaeger, możesz wracać do swoich obowiązków” — dodał, naśladując piskliwy głos Nebego.
Rzucił akta na swoje biurko. Zabrzęczały szyby. W pokoju zawirował kurz.
— Zeznania świadków i gości weselnych. Raport z sekcji zwłok: wydłubali z tego biednego sukinsyna piętnaście pocisków. — Max przeciągnął się i przetarł pięściami oczy. — Mógłbym spać przez cały tydzień. Mówię ci: za stary już jestem na takie numery jak ten zeszłej nocy. Nie wytrzyma tego moje serce. — Przerwał nagle. — Co ty wyprawiasz?
Xavier wyciągnął zeschłą roślinę z doniczki i wyjął klucz do sejfu.
— Za dwie godziny mam samolot. Jaeger spojrzał na jego walizkę.
— Nie mów… wybierasz się na wakacje? Już słyszę tęskne tony bałałajki na czarnomorskim wybrzeżu… — Skrzyżował ręce na piersi i zaczął wyrzucać nogi do przodu w imitacji rosyjskiego tańca.
March uśmiechnął się i potrząsnął głową.
— Masz ochotę na piwo? ’
— Czy ja mam ochotę na piwo? — Roztańczony Max wybiegł za drzwi, zanim March zdążył się obrócić.
Mały bar przy Ob-wall Strasse prowadził emerytowany funkcjonariusz Orpo o nazwisku Fischer. We wnętrzu unosiła się woń dymu, potu, rozlanego piwa i smażonej cebuli. Większość klienteli stanowili policjanci. Ludzie w zielonych i czarnych mundurach tłoczyli się przy barze bądź kryli w pogrążonych w półmroku, przedzielonych drewnianymi przepierzeniami lożach.
Lisa i Niedźwiedzia powitano bardzo serdecznie.
— Wybierasz się na wakacje, March?
— Hej, Jaeger. Następnym razem postaraj się stanąć bliżej brzytwy!
Max koniecznie chciał postawić. Xavier zajął lożę w narożniku, wsunął pod stół walizkę i zapalił papierosa. Wokół siedzieli ludzie, których znał od dziesięciu lat. Rżnący w pokera i wiecznie opowiadający pieprzne historyjki kierowcy z Rahnsdorfu. Nałogowi pijacy