Vaterland [Fatherland - pl]
- Автор: Харрис Роберт
- Год: 2008
- Язык: польский
- Год: Ksi
- ISBN: 978-83-245-7646-3
- Переводчик: Adnrzej Szulc
- Жанр: Альтернативная история
Электронная книга - «Vaterland [Fatherland - pl]». Краткое содержание книги:
z wydziału ciężkich przestępstw przy Worth Strasse. Nie będzie mu ich brakować. Przy barze siedział samotnie, sącząc butelką sznapsa, Walter Fiebes.
Jaeger wrócił i uniósł w górę kufel.
— Prost!
— Prost!
Max otarł z ust pianę.
— Dobra kiełbasa, dobre silniki, dobre piwo: trzy rzeczy, którymi Niemcy obdarowały świat. — Zawsze powtarzał to, kiedy coś pili, a Xavierowi zawsze brakowało odwagi, żeby dopowiedzieć pointę. — Co to za historia z samolotem? — Słowo „samolot” kojarzyło się najwyraźniej Jaegerowi ze wszystkim, co egzotyczne. Najdalszym miejscem, do którego dotarł z Berlina, było wybrzeże Morza Czarnego — latem zeszłego roku pojechał na organizowany przez Kraft durch Freude rodzinny obóz koło Gotenburga.
March obrócił lekko głowę, rozglądając się na boki. Niemieckie spojrzenie. Loże po obu stronach były puste. Od strony baru dochodziły głośne krzyki.
— Muszę jechać do Szwajcarii. Nebe dał mi wizę na dwadzieścia cztery godziny. Ten kluczyk, który widziałeś w biurze, wyjąłem wczoraj w nocy z sejfu Stuckarta. Otwiera skrytkę depozytową w Zurychu.
Max otworzył szeroko oczy.
— Tam właśnie muszą trzymać te wszystkie dzieła sztuki. Pamiętasz, co powiedział rano Globus? Szmuglowali je i sprzedawali w Szwajcarii. Ale to nie wszystko. Rozmawiałem jeszcze raz z Amerykanką. Wygląda na to, że Stuckart zadzwonił do niej w sobotę w nocy i powiedział, że chce uciec do Ameryki.
Uciec do Ameryki. Rzecz nie do wyobrażenia. Te trzy słowa zawisły między nimi.
— Ale Gestapo musi o tym dawno wiedzieć, Zavi — przerwał mu Jaeger. — Jej telefon jest przecież na podsłuchu? Xavier potrząsnął głową.
— Stuckart nie był taki głupi. Posłużył się budką telefoniczną niedaleko jej bloku. — Pociągnął łyk piwa. — Zdajesz sobie sprawę, co się dzieje, Max? Czuję się jak facet, który schodzi po ciemku po schodach. Najpierw w wyłowionym z jeziora topielcu rozpoznajemy wielką partyjną szychę. Potem okazuje się, że jego śmierć powiązana jest ze śmiercią Stuckarta. Zeszłej nocy Gestapo zabiera Josta: znika jedyny świadek, który mógł zeznać, że w sprawie maczał palce Globus. Teraz okazuje się, że Stuckart chciał uciec do Ameryki. Co jeszcze może się wydarzyć?
— Spadniesz z tych schodów i złamiesz sobie kark. Oto, co się wydarzy, przyjacielu.
— Chyba masz rację. I nie wiesz jeszcze najgorszego. March opowiedział mu o swoim dossier na Gestapo. Jaeger wydawał się wstrząśnięty.
— Jezu Chryste. Co teraz zrobisz?
— Myślałem, żeby nie wracać do Rzeszy. Wycofałem nawet wszystkie pieniądze z banku. Ale Nebe ma rację: nie zechce mnie żadne inne państwo. — Xavier skończył piwo. — Mógłbyś coś dla mnie zrobić?
— Wal śmiało.
— Dziś rano włamano się do mieszkania Amerykanki. Mógłbyś poprosić Orpo z Schöneberga, żeby od czasu do czasu rzucili tam okiem? Adres zostawiłem na biurku. Dałem jej również na wypadek jakichś kłopotów twój numer telefonu.
— Żaden problem.
— I jeszcze coś. Czy mógłbyś przechować to dla Pilego? — Wręczył Jaegerowi kopertę zawierającą połowę tego, co podjął w banku. — Nie jest tego wiele, ale reszta może być mi potrzebna. Przechowaj to, aż będzie dostatecznie dorosły, żeby wiedzieć, co z tym zrobić.
— Daj spokój, człowieku! — Max pochylił się i klepnął go po ramieniu. — Chyba nie jest aż tak źle? Co? Naprawdę?
March wytrzymał jego spojrzenie. Po sekundzie albo dwóch Max chrząknął i odwrócił wzrok.
— No dobrze… — mruknął i wetknął kopertę do kieszeni. — Mój Boże — odezwał się nagle ze złością — gdyby mój mały doniósł na mnie na Gestapo, wiedziałbym dobrze, czego mu potrzeba… i nie byłyby to wcale pieniądze.
— To wcale nie jest wina chłopca, Max.
Wina, pomyślał Xavier. Jak można winić dziesięciolatka? Chłopak potrzebował ojca. To właśnie zapewniała mu partia — poczucie stabilności, koleżeństwa, coś, w co mógł wierzyć — wszystkie te rzeczy, które powinien mu dawać i nie dawał March. Poza tym od członków Jungvolku wymagano, żeby wierność wobec rodziny zastąpili wiernością wobec państwa. Nie, nie powinien — po prostu nie mógł — winić swego syna.
Ponury nastrój udzielił się Jaegerowi.
— Jeszcze jedno piwo?
— Wybacz. — Xavier wstał. — Muszę już iść. Następnym razem ja stawiam.
Max także zerwał się na nogi.
— Kiedy wrócisz, Zavi, zamieszkaj u nas przez kilka dni. Młodsze dziewczyny wyjechały na cały tydzień na obóz Deutscher Mädel. Możesz spać w ich pokoju. Musimy coś wymyślić w związku z tym sądem wojennym.
— Udzielanie gościny takiemu jak ja aspołecznemu typowi na pewno nie spodoba się twojemu Blockleiterowi.
— Mam w dupie mojego Blockleitera.
Powiedziane to było z uczuciem. Jaeger wyciągnął dłoń i March uścisnął ją — wielkie niezgrabne łapsko.
— Uważaj na siebie, Zavi.
— Uważaj na siebie, Max.
6
Na pasach startowych lotniska Hermanna Göringa stały, połyskując w oparach benzyny, pasażerskie odrzutowce nowej generacji: niebiesko-białe boeingi Pan-American i czerwono-biało-czarne, ozdobione swastyką junkersy Lufthansy.
Berlin miał dwa lotniska. Stare, położone niedaleko śródmieścia, Tempelhof obsługiwało krótkodystansowe loty krajowe. Ruch międzynarodowy odbywał się poprzez położone na północno-zachodnich przedmieściach miasta Flughafen Hermann Göring. Niskie, drugie, wzniesione ze szkła i marmuru budynki terminalu projektował oczywiście sam Speer. Przed halą przylotów stał odlany ze stopionych spitfire’ów i lancasterów posąg Hanny Reitsch, czołowej pilotki Niemiec. Obserwowała pilnie niebo, wypatrując na nim intruzów. WITAJCIE W BERLINIE, STOLICY WIELKIEJ NIEMIECKIEJ RZESZY, głosiła w pięciu językach umieszczona za jej plecami tablica.
March zapłacił taksówkarzowi, dał mu napiwek i ruszył w stronę automatycznych drzwi. W chłodnym, przesyconym wonią lotniczego paliwa powietrzu rozbrzmiewał głośny ryk silników. A potem drzwi zamknęły się z sykiem za jego plecami i znalazł się wewnątrz dźwiękoszczelnej kapsuły hali odlotów.
— Lot Lufthansy numer czterysta jeden do Nowego Jorku. Pasażerowie proszeni są do wyjścia numer osiem…
— Kończymy odprawę pasażerów odlatujących rejsem Lufthansy numer zero czternaście do Theoderichschafen…
March odebrał w biurze Lufthansy swój bilet i podszedł do stanowiska odprawy. Blondynka z wpiętą w klapę swastyką i umieszczonym na lewej piersi napisem GINA dokładnie sprawdziła jego paszport.
— Czy Herr Sturmbannführer zgłasza jakiś bagaż? — zapytała.
— Nie, dziękuję, mam tylko to — powiedział, podnosząc w górę małą walizkę.
Oddała mu paszport, wkładając do środka kartę pokładową. Towarzyszący tej czynności uśmiech był jasny i pogodny jak neon.
— Samolot odlatuje za trzydzieści minut. Życzę udanego lotu, Herr Sturmbannführer.
— Dziękuję, Gino.
— Zapraszamy na pokład naszych samolotów.
— Dziękuję.
Kłaniali się sobie niczym para japońskich biznesmenów. Podróże lotnicze były dla Marcha nowym światem, dziwną krainą, w której panowały odrębne, tajemnicze rytuały.
Kierując się piktogramami odnalazł toaletę i wybrał kabinę położoną najdalej od umywalek. Zaryglował drzwi, otworzył walizkę i wyjął z niej swoją skórzaną torbę. Potem usiadł na sedesie i ściągnął z nóg wysokie buty. Od chromowanej armatury i glazury odbijało się białe światło.