Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5
- Автор: Браун Эрик, Иган Грег
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo „Solaris”
- Переводчик: Jolanta Pers
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5». Краткое содержание книги:
— Nie ma się czego bać, Suze — powiedział. — Juli! Czas ruszać!
Podbiegła do niego.
— Dave też idzie! Mówi, że ma parę tygodni wolnego i chce zobaczyć jajo. Tam, on o nim wie!
Pewnie, że wie. Tam zacisnął usta i nie odpowiedział.
— Mówi, że przysłali je ludzie z innego świata, a nie Bóg, i…
— Babcia mówiła, że pochodzi od Boga — przerwał jej ostro Tam. Słysząc ton jego głosu Juli zatrzymała się.
— Tam…
— Rozmówię się sam z Sutterem. Nagadał ci jakichś miejskich kłamstw. A teraz idź z Suze. Ona się boi.
Juli wykonała polecenie. Światełko w jej oczach zgasło. Tam postanowił sobie w duchu, że pogada z Sutterem i załatwi sprawę, jak tylko uda mu się zaprowadzić porządek. Jajo oczywiście pochodziło od Boga! Babcia tak powiedziała, a gdyby to nie była prawda, cała ta ekspedycja, z odrywaniem robotników od pracy, nie miałaby sensu, nawet jeśli uwzględnić, że jest środek lata, i nie ma wiele pracy między zasiewem a żniwami.
Z jakiegoś powodu jednak, między jednym zadaniem a drugim, Tam nie znalazł czasu, by rozmówić się z doktorem Sutterem, aż do wieczora, kiedy rozbili obóz przy pierwszym jeziorze.
Calie i Suze zasnęły, a reszta rozsiadła się dookoła przyjemnego ognia, najadłszy się papki z kukurydzy i świeżego króliczego mięsa. Gdzieś w ciemnościach zawył wilk.
— Jest ich o wiele więcej niż wtedy, jak byłem młody — powiedział wuj Seddie, który miał prawie siedemdziesiąt lat. — A co ciekawe — kiedy się jakiegoś złapie, okazuje się, że bardzo rzadko bywają zdeformowane. W przeciwieństwie do królików czy żab. Najgorzej jest z żabami.
— Wilki pojawiły się w Minnesocie dopiero po Upadku — wtrącił doktor Sutter. — W Kanadzie nie były tak narażone na zanieczyszczenia imitujące hormony. A z żabami zawsze było najgorzej, bo zwierzęta wodne są najbardziej narażone na czynniki środowiskowe.
Niektóre słowa, których używał, były zupełnie takie same jak te, którymi mówiła babcia, ale i tak Tamowi się podobały. Nie wiedział, co oznaczają, i zamierzał spytać o to Suttera.
Zrobiła to jednak Juli.
— Te hormo… hormo… co to jest, doktorze?
Uśmiechnął się do niej. W świetle ogniska zalśniły jego proste, białe zęby.
— Mówiłem o zanieczyszczeniach środowiskowych, które wiążą się z receptorami w całym organizmie i zaburzają jego normalne funkcjonowanie. Dotyczy to szczególnie płodów. Tuż przed Upadkiem poziom tych zanieczyszczeń osiągnął nieoczekiwaną masę krytyczną i nagle na całym świecie zaczęły się problemy z płodnością, uszkodzenia neurologiczne i mózgowe. Wybacz, Juli, ale zacząłem przemawiać medycznym żargonem. Krótko mówiąc, moja śliczna, rodzi się za mało dzieci, i za dużo z tych, które się rodzą, nie potrafi prawidłowo myśleć ani się poruszać, i doszło do Upadku.
Gdzieś za nim Nan, która urodziła się bez piątej klepki, gaworzyła cicho do siebie.
— Myślałam, że powodem Upadku była wojna, pieniądze, bomby i takie rzeczy — rzekła niewinnym tonem Juli.
— Tak — odparł Sutter — ale to wszystko stało się z powodu problemów populacyjnych i neurologicznych.
— O, jak dobrze, że wtedy mnie nie było! — mruknął Ned, wzdrygając się. — To musiało być okropne, zwłaszcza w miastach.
— Doktorze, czy pan nie jest z miasta? — spytała Juli.
Sutter spojrzał w ogień. Wilk zawył znowu.
— Niektóre miasta poradziły sobie znacznie lepiej od innych. Straciliśmy Wschodnie Wybrzeże, wiecie, z powodu wojen z terrorystami, i…
— Wszyscy o tym wiedzą — przerwał mu Tam z pogardą.
— … Kalifornię z powodu zamieszek i rabunków — ciągnął dalej doktor Sutter, niezrażony. — St Paul w końcu jakoś się wykaraskało. A podstawowa wiedza i umiejętności przetrwały, choćby w miastach: nauka, medycyna, technika. Nasze społeczeństwo nie jest wykształcone, czy nawet prawidłowo funkcjonujące pod względem neurologicznym, ale nie stoczyliśmy się do poziomu sprzed epoki przemysłowej. Mamy nawet kilka ośrodków badawczych, szczególnie w dziedzinie biologii. Kiedyś sobie z tym poradzimy.
— Na pewno sobie poradzimy! — zawołała Juli z błyszczącymi oczami. Była zawsze taką optymistką. Jak dziecko, a nie dojrzała kobieta.
— A tymczasem — mruknął Tam — takie cywilizowane typy jak pan będą się łaskawie włóczyć po biednych wioskach, które ich karmią, i służyć im swoimi cennymi umiejętnościami.
Sutter spojrzał na niego przez ogień.
— Dokładnie tak, Tam.
— Dość kłótni — wtrącił wuj Seddie. — Wszyscy spać.
Wuj Seddie należał do starszyzny, więc nie mieli wyboru: musieli posłuchać. Tam objął Juli w ich legowisku i kopulował z nią tak mocno, że aż musiała prosić, żeby był bardziej delikatny, bo sprawia jej ból.
Dotarcie do jaja trasą, którą wytyczył Tam, zajęło im niecały tydzień. Jakaś inna rodzina rozbiła już tam obóz.
Zbliżyli się ostrożnie, demonstrując ostentacyjnie strzelby i cenną amunicję. Druga z rodzin, Janewayowie, okazała się jednak bardzo podobna do Wilkinsonów, klan rolników i hodowców kóz; ich pasterze odkryli jajo i przyprowadzili pozostałych, by pokazać im cud zesłany od Boga.
Stojąc za Seddiem i Nedem, Tam oznajmił:
— Niektórzy nie wierzą, że ono pochodzi od Boga. Kobieta ze starszyzny Janewayów, twarda staruszka, chuda jak jego babcia, rzekła ostrym tonem:
— A niby skąd miałoby się tu znaleźć? Nie ma tu żadnego miasta z techniką.
— Właśnie tak uważamy — odparł Seddie. Opuścił strzelbę. — Nie chcecie się wymienić jakimiś towarami? Mamy syrop klonowy, papkę kukurydzianą, trochę dobrego pieprzu.
— Pieprz? — oczy kobiety zabłysły. — Macie pieprz?
— Handlujemy z rodziną, która handluje w St Paul — odparł dumnie Ned. — Dwa razy w roku, wiosną i jesienią.
— Mamy cukier i dodatkowe radio.
Tam uniósł podbródek Radio! Tylko że radio było warte więcej niż całe ich zapasy. Nikt beztrosko nie pozbywał się radia.
— W naszej rodzinie rodzą się chłopcy, prawie wyłącznie chłopcy — rzekła starsza kobieta, jakby chciała coś wyjaśnić. Spojrzała na Tama, na Juli, Calie, Suze i Nan, która trzymała się z tyłu, z mułem i pakunkami. — Nie mogą znaleźć płodnych żon. Gdyby jedna z waszych dziewcząt… i gdyby młodzi spodobali się sobie…
— Juli, blondynka, jest żoną Tama — wyjaśnił Seddie. — A pozostałe dziewczęta nie są płodne. Na razie.
— Na razie? Co to znaczy „na razie”?
Seddie wskazał jajo lufą strzelby.
— Nie wiecie, co to jest?
— Dar od Boga — odparła kobieta.
— Tak. Nie znacie historii o księżniczce i jej bliźniakach? Powiedz jej, Tam.
Tam streścił całą opowieść, czując, jak ogarnia go dreszcz, gdy ją opowiadał. Kobieta słuchała uważnie, po czym znów spojrzała na dziewczęta.
— Nan nie ma piątej klepki — rzekł szybko Seddie, widząc jej spojrzenie. — A Suze jedzie na mule, bo ma zdeformowaną stopę, choć jest najsłodszym i najłagodniejszym stworzeniem, jakie można sobie wyobrazić. Za to Calie, choć ma bezwładne ramię, jest szybka i sprytna i potrafi zrobić prawie wszystko. A kiedy dotknie jaja… tylko że Wilkinsonowie nie zmuszają swoich kobiet do małżeństwa. Nigdy. Calie musiałby się spodobać któryś z waszych chłopców i musiałaby chcieć z wami odejść.