Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5
- Автор: Браун Эрик, Иган Грег
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo „Solaris”
- Переводчик: Jolanta Pers
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5». Краткое содержание книги:
Farma nadal trwała, na trasie zachodnich wiatrów wiejących od Grand Forks. Czy raczej miejsca, gdzie kiedyś były Grand Forks.
Tam i Juli szli wolno, prowadząc kozy, w kierunku połyskującego metalu. Gdy dotarli na miejsce, słońce prażyło bezlitośnie, ale obiekt, bez względu na to, czym był, stał obok zagajnika wątłych drzewek w zalesionej dolince. Tam zaprowadził kozy do cienia. Jego wprawne oko dostrzegło, że kiedyś była tam woda, ale teraz nie został już po niej ślad. Wczesnym popołudniem będą musieli ruszyć dalej.
Kiedy kozy rozlokowały się, kochankowie podeszli do obiektu trzymając się za ręce.
— O, to jajo! — zawołała Juli. — Metalowe jajo. — Chwyciła nagle ramię Tama. — A może to jest… nie sądzisz, że to zanieczyszczacz?
Tam poczuł rosnące podniecenie.
— Nie! Wiem, co to jest! Babcia mi powiedziała zanim umarła!
— To nie jest zanieczyszczacz?
— Nie, to jest… tak naprawdę nikt nie wie, z czego jest zrobione. Ale jest bezpieczne, moja kochana. To cud.
— Co takiego?
— Cud. — Próbował nie przemawiać z wyższością. Juli była drażliwa z powodu swoich braków w wykształceniu. Tam uczył ją pisać i czytać. — Dar prosto od Boga. Dawno, dawno temu, pewnie jakieś kilkaset lat, w każdym razie przed Upadkiem, to jajko spadło z nieba. Nikt nie potrafił wymyślić po co. Aż pewnego dnia piękna księżniczka dotknęła go, zaszła w ciążę i urodziła bliźnięta, dwóch synków.
— Naprawdę? — spytała z przejęciem Juli. Podbiegła kilka kroków, aż zwolniła, gdyż Tam poruszał się wolniej. — I co się potem stało?
Tam wzruszył ramionami.
— Chyba nic. Nastąpił Upadek.
— I to jajo tak sobie tu stoi od tych czasów. No chodź, kochany, chciałabym je obejrzeć z bliska. Tak po prostu tu jest? Żeby kobiety zachodziły w ciążę, kiedy bardzo tego chcą?
Chłopcu nie spodobał się sceptyczny ton w jej głosie. Przecież to on pochodził z wykształconej rodziny.
— Nie zrozumiałaś, Juli. Tylko ta księżniczka zaszła w ciążę z powodu tego czegoś. To był specjalny cud od Boga.
— Przecież mówiłeś mi, że przed Upadkiem ludzie nie potrzebowali cudów, żeby zajść w ciążę, bo nie było zanieczyszczeń w wodzie, ziemi i powietrzu.
— Tak, ale…
— W takim razie dlaczego to był cud, że ta księżniczka zaszła w ciążę?
— Bo była dziewicą, idiotko! — Po chwili dodał: — Przepraszam.
— Przyjrzę się temu jaju — rzekła sztywno Juli i pobiegła przodem, nie czekając na niego.
Kiedy Tam się zbliżył, Juli siedziała po turecku, pogrążona w modlitwie obok jaja. Było mniejsze niż przypuszczał, nie większe niż szopa dla kóz; lekko nieregularny owal, srebrzący się matowo. Powietrze nad ziemią drgało od upału. Babcia powiedziała kiedyś Tamowi, swoim skrzypiącym głosem starej damy, że w Minnesocie nie zawsze było tak gorąco. Nagle zaczął się zastanawiać, jak wyglądało to miejsce, kiedy jajo spadło z nieba.
Czy to mógł być zanieczyszczacz? Nie wyglądał, jakby coś produkował i Tam nie dostrzegał żadnych plastikowych części. Nic, co mogłoby odpadać kawałkami tak małymi, by przedostawałyby się do powietrza, wody i żywych organizmów, unosząc się z wiatrem. A może jednak były bardzo małe, jak te niebezpieczne kawałki plastiku zwane „imitatorami hormonalnymi” — tak nauczyła go babcia, choć Tam nie miał pojęcia, co to znaczy. Doktorzy w St Paul pewnie wiedzieli. Choć co im z tej wiedzy, skoro nie dało się rozwiązać problemu i sprawić, by dzieci rodziły się tak kompletne jak Juli?
Siedziała obracając paciorkami modlitewnymi tak gwałtownie, że Tam znów się na nią zdenerwował. Ależ ona była niezrównoważona. Najpierw swawolna, potem rozzłoszczona, a na końcu rozmodlona. Dobrze byłoby, gdyby się jakoś uspokoiła, kiedy dzieci zaczną przychodzić na świat. Po chwili jednak Juli spojrzała na niego, tymi oczami błękitnymi jak jezioro, jakby w uznaniu tego, że posiadł większą wiedzę, i poczuł, jak mięknie.
— Tam… jak myślisz, czy można się do niego modlić? Skoro pochodzi od Boga?
— Jestem pewien, że można, kochanie. A o co się modlisz?
— Żeby dostać synów bliźniaków, jak księżniczka. — Juli wygramoliła się i stanęła. — A mogę go dotknąć?
Tam poczuł nagły strach.
— Nie! Nie… lepiej nie. Ja go dotknę.
Chciał, żeby ci synowie, kiedy się pojawią, pochodzili z jego nasienia, nie z jaja.
Chłopiec ostrożnie wyciągnął rękę, która zatrzymała się w odległości prawie stopy od srebrzystej skorupy. Nacisnął mocniej. Nie był w stanie zbliżyć się bardziej do jaja.
— Ono jest otoczone niewidzialną ścianą!
— Naprawdę? W takim razie mogę dotknąć? Tak naprawdę wcale nie dotknę samego jaja!
— Nie! Księżniczka też musiała dotknąć tylko ściany.
— Może tej ściany tu wtedy nie było, dawno temu. Może wyrosła, jak zboże na polu.
Tam zmarszczył czoło, rozdarty między dumą a irytacją spowodowaną jej zwariowanymi pomysłami.
— Nie dotykaj go, Juli. W końcu nie wiemy, czy przypadkiem nie jesteś już w ciąży.
Posłuchała go. Cofnęła się i przyjrzała się obiektowi. Nagle na jej ślicznej twarzyczce pojawiła się radość.
— Tam! Może to jest cud także i dla nas! Dla całej rodziny!
— Dla całej…
— Dla Nan, Calie i Suze! I twoich kuzynek! Może gdyby tu przyszły i dotknęły jaja — albo ściany jaja — może zaszłyby w ciążę jak księżniczka? Prosto od Boga?
— Nie wydaje mi się…
— Jeśli przyjdziemy tu jeszcze przed zimą, robiąc postoje po drodze, bo już wiemy, gdzie jest woda, może wszystkie będą mogły zajść w ciążę! Namów je, kochany! Tylko ciebie słuchają, nawet twoi rodzice. Tylko ty umiesz robić plany i wykonywać je. Sam wiesz, jaki jesteś.
Spojrzała na niego z uwielbieniem. Tam poczuł, jak coś w jego duszy rośnie i jaśnieje. Och, sprytna była, choć nie umiała czytać ani pisać. Jego rodzice byli starzy, mieli co najmniej czterdzieści lat i nigdy nie byli tak sprytni jak Tam. Dlatego właśnie babcia uczyła bezpośrednio jego, tego wszystkiego, czego sama nauczyła się od własnej babki, która pamiętała Upadek.
Odparł, ważąc wolno słowa:
— Jeśli robotnicy rodziny zostaną, by pilnować plonów, moglibyśmy przyprowadzić tu kozy i bezpłodne kobiety… robiąc postoje po drodze. Chyba udałoby się przed jesienią. Jeśli tylko przedtem odkryjemy, gdzie jest bezpieczna woda.
— O, wiem, że dasz radę!
Tam zmarszczył czoło z namysłem i znów wyciągnął dłoń, by dotknąć milczącego, nieosiągalnego jaja.
Tuż przed wyruszeniem małej ekspedycji z farmy Wilkinsonów, pojawił się doktor Sutter na rowerze błotnym.
Po co tu przyjechał? Tam nie lubił doktora Suttera, który zawsze traktował innych ludzi z wyższością. Odwiedzał na rowerze farmy i wioski, podobno po to, żeby „pomagać”. O, pewnie, niektórym ludziom istotnie pomagał, ale nie rodzinie Tama, odosobnionej w swojej wiosce. W każdym razie niespecjalnie im pomagał. Czasem przywiózł jakieś lekarstwo na bolące kości babci i na gorączkę Suze, ze szpitala w St Paul. Ale nie był w stanie zrobić nic, by siostry Tama — czy ktokolwiek inny — nie rodził się w takiej postaci, a całe jego „medyczne wykształcenie” nie wystarczyło, by uczynić Suze, Nan czy Calie płodnymi. I doktor Sutter zawsze traktował wyniośle Tama, który przecież był najbardziej inteligentną osobą z rodziny.
— Boję się — odezwała się Suze. Jechała na rodzinnym mule. Wszyscy pozostali dreptali obok. Suze, Calie, Nan, prowadzona przez Jacka, kuzyna Tama, wuj Seddie i wuj Ned, obaj uzbrojeni, Tam i Juli. Juli stała i rozmawiała z doktorem Sutterem. Oczy jej błyszczały. Ku rozczarowaniu Tama, podczas miesiąca miodowego nie udało im się począć dziecka.