Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl]
- Автор: Пратчетт Теренс Дэвид Джон
- Год: 2005
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 978-83-7469-032-4
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl]». Краткое содержание книги:
— Patrycjusze w tym mieście także nadali sporo tytułów. Pańskiemu przyjacielowi lordowi Downeyowi na przykład.
— Jeśli się upierasz przy tych gierkach, to ci powiem, że zanim rycerz zostanie pasowany, musi spędzić noc na czuwaniu, strzegąc swojej zbroi.
— Robię to, praktycznie biorąc, każdej nocy swojego życia. Tutaj, jeśli człowiek nie jest czujny i nie ma swojej zbroi na oku, to rankiem nie ma zbroi wcale.
— Na modłach — dokończył ostro Rust.
— To właśnie ja — odparł Vimes. — Ani jednej nocy nie przeżyłem, nie myśląc: „O bogowie, mam nadzieję, że wyjdę z tego żywy”.
— I musi wykazać się na polu walki. Przeciwko innym wyszkolonym we władaniu bronią, Vimes. Nie przeciwko opryszkom i zbirom.
Vimes zaczął odpinać pasek hełmu.
— Cóż, może to nie najlepsza chwila, lordzie, ale jeśli poświęci mi pan pięć minut…
W jego oczach Rust zobaczył ognisty blask płonących okrętów.
— Wiem, co próbujesz zrobić, Vimes, i nie mam zamiaru się na to godzić — zapewnił, cofając się o krok. — Zresztą i tak nie byłeś formalnie szkolony.
— To fakt — przyznał Vimes. — Tu mnie pan trafił, lordzie. Nikt nie uczył mnie władania bronią. Miałem szczęście. — Pochylił się i zniżył głos, by nikt w tłumie go nie usłyszał. — Widzisz, Ronaldzie, ja wiem, co znaczy „władanie bronią”. Od setek lat nie było prawdziwej wojny. Więc to takie tańczenie w kółko i wymachiwanie mieczami z gałką na końcu, żeby nikogo nie zranić. Ale tam, na Mrokach, też nikt nie szkolił się we władaniu bronią. Nikt nie odróżnia szpady od szabli. Nie; kiedy staje się naprzeciw nich, najlepsi są z rozbitą butelką w jednej ręce i kawałkiem solidnej deski w drugiej. Tak jest, Ronnie. I wiesz przy tym, że potem nie pójdziesz gdzieś, żeby się pośmiać i coś wypić, ponieważ oni chcą twojej śmierci. Chcą cię zabić. Rozumiesz, Ron? I zanim zdążyłbyś uderzyć tym twoim ślicznym i błyszczącym mieczem, oni już by ci wyryli na brzuchu swoje nazwiska i adresy. Tam odebrałem swoje szkolenie we władaniu bronią. Tak… głównie we władaniu pięścią, kolanem, zębami i łokciami.
— Nie jest pan dżentelmenem — stwierdził Rust.
— Wiedziałem, że jest we mnie coś, co lubię.
— Czy nie rozumie pan choćby tego, że nie może pan przyjmować… krasnoludów i trolli do ankhmorporskiego regimentu?
— Napisane jest tylko „zbrojnych”, a krasnoludy przychodzą z własnymi toporami. Znaczna oszczędność. Jeśli kiedyś widział pan, jak one naprawdę walczą, to musiał pan być po tej samej stronie.
— Vimes…
— Sir Samuelu, lordzie.
Rust zastanawiał się przez chwilę.
— Bardzo dobrze — ustąpił. — W takim razie pan i pański… regiment trafiają pod moje dowództwo.
— To dziwne, ale nie. Pod dowództwo króla albo jego oficjalnie mianowanego przedstawiciela, jak to stwierdza „Prawo rycerskie i jego stosowanie” Scavone’a. A oczywiście nie było żadnych oficjalnie mianowanych przedstawicieli, odkąd jakiś wyjątkowy sukinsyn uciął ostatniemu królowi głowę. Owszem, rozmaite osoby sprawiały wrażenie, jakby rządziły miastem, ale według tradycji rycerskiej…
Rust milczał i znów się zastanawiał. Wyglądał jak ktoś koszący trawnik, kto właśnie odkrył, że trawa założyła związek zawodowy. Można też było dostrzec sugestię, że w głębi serca wie, iż naprawdę nic takiego nie mogło się zdarzyć, ponieważ takie rzeczy się nie zdarzają. Dowody świadczące o czymś przeciwnym można więc bezpiecznie zignorować. Jednakże konieczne może się okazać wykonanie pewnych niezbędnych gestów.
— Sądzę, że zdaje pan sobie sprawę, iż pańskie działania są w sensie prawnym… — zaczął i na moment wytrzeszczył oczy, gdy Vimes przerwał mu z satysfakcją.
— Och, może się pojawić kilka problemów, przyznaję. Ale jeśli spyta pan pana Slanta, powie: „To bardzo interesująca sprawa”, co, jak pan wie, w języku prawniczym oznacza: „Tysiąc dolarów dziennie plus wydatki, i zajmie to całe miesiące”. Zostawię teraz pana, żeby pan sobie to przemyślał, dobrze? Mam tyle spraw do załatwienia. W gabinecie powinny już na mnie czekać próbki materiałów na nowe mundury. To bardzo ważne, by odpowiednio wyglądać na polu bitwy, prawda?
Rust rzucił jeszcze Vimesowi gniewne spojrzenie i odszedł.
Detrytus tupiąc stanął na baczność obok Vimesa, a jego hełm zabrzęczał od sprężystego salutu.
— Co teraz robimy, sir?
— Chyba możemy się stąd zbierać. Wszyscy wstąpili?
— Tajest, sir!
— Powiedziałeś, że to nie jest obowiązkowe?
— Tajest! Żem powiedział: „To nie obowiązek, tylko że macie się zaciągnąć”, sir.
— Detrytus, chciałem mieć ochotników.
— Pewno, sir. Zgłosili się na ochotnika, sam żem dopilnował.
Vimes westchnął i ruszył do swojego biura. Prawdopodobnie byli przynajmniej bezpieczni. To pewne, że prawnie nic mu nie można zarzucić. A jeśli cokolwiek wiedział o takich jak Rust, on uszanuje literę prawa. Tacy ludzie zawsze szanują, w budzący dreszcze sposób. Zresztą trzydziestu ludzi ze straży po prostu nie ma znaczenia w wielkim planie. Rust może o nich zapomnieć.
Całkiem nagle ludzie szykują się do wojny, myślał Vimes, a tamci wracają. Porządek społeczny wywraca się dnem do góry, bo takie są zasady. Ludzie podobni do Rusta znowu pojawiają się na szczycie. Arystokraci lenili się przez wieki, aż nagle znów wyciągają starą zbroję, miecz zdejmują ze ściany nad kominkiem. Uważają, że wybuchnie wojna, a jedyne, o czym potrafią myśleć, to że wojny mogą być wygrane albo przegrane…
Ktoś za tym stoi. Ktoś chce doprowadzić do wojny. Ktoś zapłacił za morderstwa Ossiego i Śnieżnego. Ktoś chciał śmierci księcia. Muszę o tym pamiętać. To nie jest wojna, to zbrodnia.
A potem zdał sobie sprawę, że zastanawia się, czy atak na lokal Goriffa zorganizowali ci sami ludzie i czy ci sami ludzie podłożyli ogień w ambasadzie.
I wtedy zrozumiał, dlaczego o tym myśli.
Dlatego że chciał, by istnieli spiskowcy. O wiele lepiej wyobrażać sobie ludzi w jakimś zadymionym pokoiku, obłąkanych i cynicznych od przywilejów i władzy, konspirujących nad kieliszkami brandy. Tego obrazu trzeba się trzymać, bo jeśli nie, trzeba by się pogodzić z innym faktem: złe rzeczy zdarzają się, ponieważ zwyczajni ludzie, którzy szczotkują psa i opowiadają dzieciom bajki na dobranoc, potrafią potem wyjść i zrobić coś strasznego innym zwyczajnym ludziom. O wiele łatwiej winić o wszystko Ich. Ponura i przygnębiająca zdawała się myśl, że Oni to tak naprawdę My. Jeżeli to Oni, nie można nikogo obwiniać. Ale jeśli to My, kim Ja będę? W końcu jestem jednym z Nas. Muszę być. Z całą pewnością nigdy nie uważałem się za kogoś z Nich. Zawsze należymy do Nas. To Oni robią wszystko, co złe.
Mniej więcej w tym czasie — w swym poprzednim życiu — Vimes wyciągałby teraz korek z butelki i nie przejmowałby się specjalnie jej zawartością, byle tylko złuszczała farbę…
— Uuk?
— O… witam. Co mogę dla ciebie… a tak, prosiłem o książki na temat Klatchu… To wszystko?
Orangutan nieśmiało wręczył mu niedużą, pogniecioną zieloną książkę. Vimes spodziewał się czegoś większego, ale mimo to wziął tomik. Zawsze opłacało się zajrzeć do tego, co dawał orangutan. Dopasowywał człowieka do książek. Vimes podejrzewał, że to wrodzony talent — tak jak przedsiębiorca pogrzebowy potrafi bezbłędnie ocenić wzrost.
Na grzbiecie, wypisane prawie całkiem wyblakłymi złotymi literami, widniały słowa: „Gen. A. Tacticus, VENI, VIDI, VICI — Żołnierskie życie”.
Nobby i Colon szli zaułkiem.