Pan Lodowego Ogrodu. Tom II
- Автор: Гжендович Ярослав
- Серия: Pan Lodowego Ogrodu #2
- Язык: польский
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom II». Краткое содержание книги:
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
Ilustracje Jan J. Marek
— Mój wymyślony kapłan nas ocalił — ciągnął. — Ale jednocześnie ożył. Jest we mnie. Mój dar tym razem obrócił się przeciwko mnie. Bywałem już wędrownym lekarzem, dowódcą wrogiej jazdy, żebrakiem, nawet kurtyzaną. Rodzili się we mnie, a potem odchodzili na mój rozkaz. Powracał Brus. Tym razem stało się inaczej. To ukąszenie powołało do życia kogoś, kto nie odszedł. Nazywa się... — wypluł dużą ość na ziemię — Undaj Czekedej. Kapłan, weteran, neofita. Fanatyk. Jestem od niego silniejszy. Na razie. Zdusiłem go. Czasem jednak się budzi i wtedy popadam w szaleństwo. Jest jak dziki koń. Na razie umiem go okiełznać... Na razie...
Wyplułem ości do ogniska i sięgnąłem po kolejny kawałek ryby.
— Nikt nigdy nie był mi bliższy niż Fataya, ta archimatrona. Trwało to bardzo krótko, ale było bardzo głębokie. Wiem, że kazała nas zabić, i wiem, dlaczego. Wiem też, że od początku miała taki zamiar. A mimo to... Wiem, że to śmieszne...
Wyrzucił skórę i zdjął z kamienia kolejne dzwonko, przerzucając je pomiędzy dłońmi. Wiatr wionął mu w twarz dymem, więc otarł oczy kciukiem. Napił się wody i przez chwilę milczał, patrząc w ziemię między swoimi butami.
— Mimo to, ilekroć sobie przypomnę, moje serce krwawi z rozpaczy. Kazała mnie zabić... Fataya kazała mnie zabić. Przecież to tak, jakby zabiła samą siebie. Matko... Jak mi jej żal...
Goro haku to ceremoniał bolesny. I nie wiadomo dla kogo bardziej. Każdy z nas nosi w sobie dużo bólu. Kiedy się go uwalnia, cierpi nie tylko ten, kto rozcina swoją duszę. Rola goro daru również jest ciężarem.
— Może być tak, że działanie jadu osłabnie. Możliwe, że kapłan w końcu straci siły i zgaśnie lub odejdzie. Możliwe, że zupełnie dojdę do siebie. Ale możliwe też... że pewnego dnia zwycięży. Że to Undaj Czekedej zadusi Brusa, syna Piołunnika. A wtedy...
Milczałem.
— Wtedy... będziesz musiał mnie zabić, tohimonie. Spojrzałem mu prosto w oczy. A potem zjadłem rybę i oblizałem palce.
— Każdy jad, który nie zabija od razu, z czasem działa coraz słabiej. Zdarza się też, że ludzi ogarnia szaleństwo i stają się kimś innym. Jednak pod spodem nadal są sobą. Kapłani szpitalnicy znają na to sposoby.
Uśmiechnął się smutno.
— Nie ma już twoich kapłanów, Ardżuk. Nakarmiono nimi Matkę albo odarto ich z szat i zapędzono do rycia w ziemi i tłuczenia kamieni. Nie ma już świątyń Kamarassu i Idącego Pod Górę. Nie ma Patrzących Na Stworzyciela. Lampy rozbito, posągi przewrócono, a ich zwoje i lekarstwa poszły do ognia. Jesteśmy już tylko ja i ty. I nigdy nie będziemy pewni, jak jest. Musisz wykonać rozkaz swojego ojca i dotrzeć do krain północy. On wiedział, po co. Wiedział, że to ważne. Dlatego jeśli pewnego dnia spojrzysz w moje oczy i zobaczysz w nich kapłana Undaja Czekedeja, zabij mnie. Błagam cię o to jako twój wasal i jako twój obrońca.
Zjedliśmy rybę. Ości i resztki glonów wrzuciliśmy do ognia.
Obrzęd goro haku dobiegł końca.
Zazwyczaj przy takich okazjach pije się ambriję. Na dowód szczerości i by przywołać duchy na świadków.
Nie mieliśmy ambriji, a mimo to po posiłku obaj czuliśmy się, jakbyśmy wypili po dzbanie każdy. Rozmawialiśmy normalnie, lecz ogarniało nas ogromne zmęczenie.
Przyszło tak niespodziewanie, że nie zdążyłem się zaniepokoić. Wiele przeszliśmy tego dnia, ale to nie był powód, by zasypiać na siedząco.
— Prześpijmy się do nocy... — wymamrotał Brus. — Odtąd... będziemy wędrować nocami... tak... jak... — skończył, mrucząc pod nosem zupełnie już niezrozumiale, i przewrócił się nagle na bok, wylewając na siebie wodę z bukłaka.
Ledwo go słyszałem. W uszach mi szumiało i wydawało mi się, że moja twarz zmieniła się w drewnianą maskę. Uniosłem niemal bezwładną dłoń i stwierdziłem, że wargi i policzki straciły czucie. Z wielkim trudem uświadomiłem sobie, że coś nam zaszkodziło. Albo ryba była nieświeża, albo owoce archimatrony zostały zatrute.
Dźwignąłem się na nogi, skały i płomienie ogniska pływały wokół mnie. Miałem wrażenie, że ziemia stała się miękka jak trzęsawisko, i zwaliłem się na kolana. Przeszło mi jeszcze przez myśl, że powinienem zmusić się do wymiotów, ale nie mogłem się ruszyć. Opadłem na bok, za wszelką cenę usiłując mieć otwarte oczy. Kamienne, straszne zmęczenie przepełniło mnie niczym woda napełniająca dzban i moje ciało zrobiło się ciężkie jak dzban pełen wody. Nie mogłem się ruszyć, nawet kiedy wśród skał pojawili się ludzie w brązowych ubraniach, z twarzami okręconymi chustami.
Nawet wtedy, gdy na moją głowę zarzucono worek, choć możliwe, że to tylko moje powieki opadły.
Rozdział 5
Jęcząca Góra
Pieśni dziewięć wszechmocnych od sławnego dostałem [...]
Wtedy zacząłem dojrzewać i rozumieć,
i rosnąć i mężnieć;
słowa mi z słów słowa stwarzały,
czyny mi z czynów czyny stwarzały.