Rozstaje zmierzchu
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #10
- Год: 2004
- Язык: польский
- Переводчик: Ewa Wojtczak
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Rozstaje zmierzchu». Краткое содержание книги:
Pierwszy dostrzegł go Harnan, mężczyzna z głupim tatuażem w postaci jastrzębia na policzku. Mocując postronek, dowódca roty o wydatnych szczękach wymienił spojrzenia z Metwynem, Cairhienianinem o chłopięcej twarzy, którego wygląd zaprzeczał zarówno wiekowi, jak i jego słabości do burd w tawernach. Obaj nie wyglądali na zaskoczonych.
— Wszystko idzie gładko? Chcę wyruszyć w odpowiednim czasie. — Zacierając ręce z zimna, Cauthon niespokojnie przypatrzył się purpurowemu wozowi. Powinien przynieść Tuon prezent, biżuterię lub kwiaty. Któryś z tych przedmiotów działał na większość kobiet.
— Całkiem gładko, mój panie — odparł Harnan roztropnie. — Żadnych krzyków, wrzasków czy płaczu. — Zerknął na wóz, jakby sam sobie nie wierzył.
— Spokój mi pasuje — powiedział Metwyn, przywiązując jedne z cugli do pierścienia w chomącie. — Gdy kobieta zaczyna krzyczeć, można zrobić tylko jedno: odejść, o ile cenisz swoją skórę. A tych nawet nie możemy wysadzić gdzieś na pobocze. — Tym niemniej również zerknął na wóz i z niedowierzaniem potrząsnął głową.
Mat nie miał tu w istocie nic do roboty, mógł jedynie wejść do środka. Wszedł więc. Przywołał na twarz uśmiech i w dwóch krokach pokonał niskie, malowane drewniane schodki na tyłach wozu. Nie czuł strachu, co najwyżej lekkie zdenerwowanie.
Mimo braku okien w wozie było bardzo jasno, gdyż paliły się tu cztery lampy z odblaśnicami. Olej w lampach był świeży, w każdym razie Mat nie poczuł smrodu jełczenia. Chociaż wziąwszy pod uwagę panujący na zewnątrz fetor, nie miał pewności. Następnym razem będzie musiał znaleźć lepsze miejsce postojowe dla wozu Tuon. Mały, ceglany piecyk z żelaznymi drzwiami i żelazną płytą do gotowania dodawał pomieszczeniu ciepła, szczególnie w porównaniu z dworem. Wóz nie był duży, więc niemal każdy wolny cal ściany zastawiono szafkami, obwieszono półkami bądź zajmowały go kołki, na których wisiała odzież, ręczniki i inne rzeczy, stolik zaś zwisał na sznurach z sufitu. Trzy kobiety ledwie się mieściły w wozie.
Te trzy nie mogłyby się chyba bardziej od siebie różnić. Pani Anan — kobieta majestatyczna, o włosach dotkniętych siwizną — siedziała na jednym z dwóch wąskich łóżek wbudowanych w ścianę i, pozornie skupiona na tamborku, zupełnie nie wyglądała na strażniczkę. W uszach miała duże złote koła, zaś jej małżeński nóż z rękojeścią wysadzaną czerwonymi i białymi kamieniami wisiał na dopasowanym srebrnym naszyjniku przylegającym do skóry w wąskim, przepastnym dekolcie eboudariańskiej sukienki, której jeden bok podszyto, by ujawniał żółtą halkę pod spodem. Setalle Anan nosiła też zgodnie ze zwyczajem Ebou Dar schowany za pasem drugi nóż o długim, zakrzywionym ostrzu. Nie zgodziła się na żadne przebranie, co zresztą nie wydawało się konieczne. Nikt nie miał powodów, by ją ścigać, a znalezienie ubrań dla wszystkich innych osób i tak stanowiło wystarczająco duży problem. Selucia, ładna kobieta o kremowej skórze, siedziała ze skrzyżowanymi nogami na podłodze między łóżkami, z ciemnym szalem przykrywającym wygoloną głowę i ponurym wyrazem twarzy, chociaż zazwyczaj prezentowała się tak dostojnie, że pani Anan wyglądała przy niej niemal na trzpiotkę. Selucia miała oczy równie niebieskie jak Egeanin i podobnie przenikliwe, a z powodu utraty włosów zamieszanie zrobiła nawet większe niż tamta. Nie spodobała jej się także granatowa, eboudariańska suknia, którą dostała. Twierdziła, że głęboki dekolt jest nieprzyzwoity, jednak strój ten ukrył ją tak skutecznie jak maska. Niewielu zresztą mężczyzn, którzy choć w przelocie dostrzegli imponującą pierś Selucii, mogło skupić się dłużej na jej twarzy. Mat chętnie sam ucieszyłby oko tym widokiem przez chwilę czy dwie, tyle że na jedynym stołku w wozie siedziała Tuon z oprawną w skórę, otwartą książką na kolanach, toteż nie potrafił patrzeć na nikogo innego. Jego potencjalna żona. O Światłości!
Tuon była nieduża — nie tylko niska, lecz szczupła prawie jak chłopiec — i w luźnej sukni z brązowej wełny, nabytej od jednej z artystek, wydawała się dzieckiem odzianym w ubranie starszej siostry. Nie była kobietą w typie, jaki Mat lubił, szczególnie z tym zaledwie kilkudniowym czarnym jeżykiem na głowie. Jeśli się wszakże przymknęło oko na nieszczęsną „fryzurę”, Tuon nie sposób było nie nazwać ładną, o ile komuś odpowiadała sercowata twarz, pełne wargi i oczy w postaci dużych ciemnych płynnych sadzawek — uosobienia spokoju. Ten idealny spokój o mało nie wytrącił zresztą Mata z równowagi. Nawet Aes Sedai nie zachowałaby pogody ducha w takich okolicznościach. A cholerne, grzechoczące w jego głowie kości w niczym mu nie pomagały.
— Setalle o wszystkim mnie informuje — oświadczyła chłodnym tonem, wolno cedząc słowa, gdy Cauthon zamknął za sobą drzwi. Zaczął rozróżniać niuanse seanchańskiego akcentu. Przy Tuon wymowa Egeanin brzmiała, jakby kobieta mówiła z ustami pełnymi jakiejś papki, jednak wszyscy Seanchanie wypowiadali się powoli i niewyraźnie. — Opowiedziała mi historię, którą rozgadałeś o mnie, Zabawko. — Jeszcze w Pałacu Tarasin Tuon uparła się, by go tak nazywać. Wtedy o to nie dbał. No cóż, w każdym razie nie tak bardzo jak teraz.
— Mam na imię Mat — zaczął. Nie wiedział, skąd się wzięła w jej dłoni ceramiczna filiżanka, zdołał wszakże paść na podłogę na tyle szybko, że naczynie roztrzaskało się o drzwi zamiast o jego głowę.
— Czy ja jestem służącą, Zabawko? — Jeśli wcześniej ton Tuon był chłodny, teraz stał się lodowaty, niczym gruby zimowy lód. Ledwie podniosła głos, ale był on obecnie też twardy jak lód. Jej mina przyprawiłaby o zawroty głowy nawet sędziego wymierzającego najwyższy wymiar kary. — Służąca złodziejka? — Książka zsunęła jej się z kolan, kiedy dziewczyna wstała i schyliła się po biały nocnik z przykrywką. — Niewierna służąca?!
— Będziemy tego potrzebowały — powiedziała Selucia z szacunkiem, zabierając baniaste naczynie z rąk Tuon. Ustawiła nocnik ostrożnie z boku, po czym kucnęła przy jej stopach, niemal gotowa rzucić się na Mata. Może dla osoby postronnej wyglądała śmiesznie, lecz na pewno nie dla Cauthona.
Pani Anan sięgnęła w górę i z półki nad głową zdjęła inną filiżankę, którą wręczyła Tuon.
— Mamy ich dużo — mruknęła.
Mat posłał jej oburzone spojrzenie, dostrzegł jednak, że jej leszczynowe oczy migoczą wesoło. Kobieta była rozbawiona! A przecież miała pilnować tych dwóch!
Ktoś głucho zastukał w drzwi.
— Potrzebujesz pomocy? — zawołał przepojonym niepewnością głosem Harnan. Cauthon zastanowił się, kogo dowódca roty pyta.
— Nad wszystkim panujemy — odkrzyknęła Setalle, spokojnie wbijając igłę w rozciągnięty na tamborku materiał. Można by pomyśleć, że ta robótka jest dla niej najważniejsza. — Kontynuujcie swoją pracę. Nie guzdrajcie się. — Nie była eboudarianką, lecz bez wątpienia przyswoiła sobie zachowanie tutejszych kobiet.
Po chwili na zewnątrz dał się słyszeć głuchy odgłos schodzących po schodkach i oddalających się od wozu butów. Najwyraźniej Harnan również zbyt długo przebywał już w Ebou Dar.
Tuon obracała w dłoniach nową filiżankę, jakby przypatrywała się wymalowanym na naczyniu kwiatom, a jej usta wykrzywiły się w uśmiechu tak nikłym, że Mat nie miał całkowitej pewności, czy przypadkiem go sobie nie wyobraził. Była więcej niż ładna, gdy się uśmiechała, jednak obecny wyraz twarzy sugerował, że dziewczyna wie o rzeczach, z których Cauthon nawet nie zdaje sobie sprawy. Poczuł, że wybuchnie, jeśli Tuon nie zmieni tej miny.