Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #2
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788361187165
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:
Mimo to Laskolnyk spróbował. Gwizdek zaświszczał komendę i zaczęli skręcać w lewo. Za wolno, konie ścigających ich Błyskawic były już jakieś trzydzieści jardów za nimi i czaardan zaczął nieuchronnie zbliżać się do skrzydła pogoni. Jeźdźcy Burzy z ostatniego a’keeru ruszyli, skracając dystans.
Toryn cwałował na końcu. Kailean bez żadnego rozkazu odwróciła się i posłała dwie strzały za siebie. Jeden jeździec spadł z konia, jakiś wierzchowiec zarył chrapami w ziemię, gdy ciężka strzała utkwiła mu do połowy drzewca w piersi. Wyrwa, która pojawiła się w ścianie konnych, znikła, zanim zdążyła mrugnąć, a chwila, gdy strzelała, trwające dwa uderzenia serca zakłócenie rytmu, kosztowało ją kolejne pięć jardów. Dosłownie czuła oddech ścigających na karku.
Gwizdek Laskolnyka przywołał ją do porządku.
Nie strzelać! Przygotować się!
Przygotować się? Na co???
Z nieba, niczym szara błyskawica, runął ptak. Stepowy jastrząb, zabójca i postrach pardw, kuropatw i wędrownych gołębi. Drapieżnik, w locie nurkowym szybszy niż bełt z kuszy, spadł prosto na głowę konia prowadzącego lewe skrzydło pościgu. Kailean wydawało się, że nawet w tętencie kopyt, w pomruku chrapliwych końskich oddechów usłyszała zgrzyt pazurów o czaszkę i obrzydliwe, mokre mlaśnięcie, z jakim pękło trafione dziobem oko. Wierzchowiec zawył. Nie zarżał, tylko zawył i pierwszy raz w życiu słyszała taki odgłos wydobywający się z końskiego gardła. Ptak, rzecz jasna, zginął na miejscu, lecz raniony koń, wciąż wydając to przerażające, niesamowite wycie, rzucił się w bok i wpadł na sąsiada z linii. Dwa wierzchowce runęły na ziemię, podcinając nogi trzeciemu.
Świst i przenikliwy, świdrujący uszy krzyk kolejnego ptaka zlały się w jedno. Druga szara błyskawica uderzyła w łeb następnego konia, natychmiast eksplodowała kłębem pokrwawionych piór, lecz trafiony wierzchowiec potknął się, a jego jeździec wyleciał z siodła.
Z nieba spadł trzeci ptak, potem czwarty i piąty.
W kilka chwil całe lewe skrzydło tworzącego pościg półksiężyca przestało istnieć. Konie Se-kohlandczyków mimo ponagleń zwalniały, boczyły się i nie chciały dalej biec. Były bojowymi ogierami, mogły wytrzymać strzały, miecze i szable, mogły przejść przez ogień i wodę, ale coś takiego okazało się ponad ich siły.
A czaardan miał przed sobą lukę.
Kailean rozejrzała się. Kto? Kto, do cholery, dysponuje taką mocą? Zerknęła na Daghenę. Ta wzruszyła ramionami,
I wtedy Janne Newaryw, cwałujący obok, uniósł głowę i spojrzał jej w oczy. Jego przeraźliwie obnażony ból uderzył ją jak obuch. Janne mrugnął i przez chwilę wydawało jej się, że ma żółte tęczówki. Żółte jak oczy sokoła.
Za nimi kolejny ptak runął w dół.
A czaardan pędził już przed siebie, kolejny raz wyrwali się z pułapki, znów mieli cień szansy. Skotłowane, przerażone lewe skrzydło pościgu praktycznie stanęło, środek musiał je wyminąć, skrzydło prawe było ponad dwieście jardów za nimi, nadciągający z przeciwka a’keer dopiero zaczynał galopować, usiłując odciąć im drogę, ale był stanowczo za daleko. Mogli znów uciec.
Jakieś pół mili przed nimi, na samym skraju niecki, z trawy uniosły się szare smugi. Zakłębiły się, zatańczyły wbrew wiatrowi wiejącemu od wschodu i okrzepły. A potem ruszyły ku nim, leniwie, powoli, zostawiając za sobą szerokie pasmo szarego pyłu.
Mimo łomotu kopyt walących o step, słyszeli, jak przed nimi pęka ziemia, w mgnieniu oka zamieniając się w wieczną zmarzlinę. Szare kłęby nie snuły się już przy gruncie, lecz miały dobre dziesięć stóp wysokości, dość, by przykryć konia z jeźdźcem. Trawy przed nimi pokryły się szronem. Tym razem Źrebiarz użył całej swojej Mocy. Nie przejadą.
Lecz cwałowali przed siebie, posłuszni gwizdkowi Laskolnyka, który nawoływał: Naprzód! Naprzód! Naprzód!
Więc skulili się w siodłach i rwali wprost na sunące leniwie szare kłęby.
Byli czaardanem.
A ścigające ich a’keery połączyły się, wyrównały szyk i pędziły za nimi. Ale już niezbyt szybko, ledwo spokojnym galopem, a widząc, jak ściana czarów rozrasta się na boki i wygina w półkole, Kailean przestała się temu dziwić.
Galop!
Zwolnili nieco, wyrównali. Spojrzała w lewo, na Jannego, potem w prawo, na Daghenę. Oboje siedzieli w siodłach wyprostowani, jakby wybrali się na przejażdżkę. Topór mężczyzny połyskiwał w słońcu, krótkie szable dziewczyny, przy których jelcach wisiały pióra i nanizane na rzemień kamyki, tkwiły jeszcze w pochwach, lecz Dag miała już ręce wolne.
Kłus!
Zwolnili znów. Usłyszała, że pościg zrobił to samo. Nie obejrzała się jednak. Przed nią Kocimiętka wsunął łuk w łubie, założył tarczę na ramię i wyciągnął szablę. Jadąca obok niego Veria sięgnęła po krótką lancę. Obejrzała się i posłała Kailean szeroki uśmiech. I nagle przestało ją obchodzić to, że za plecami ma trzysta Błyskawic, a przed sobą mroźną falę. Byli czaardanem, rodziną, towarzyszami i kamratami, i dokonali czegoś, o czym długo będą opowiadać na Stepach. Przez pół dnia wodzili za nos kilkuset Jeźdźców Burzy i potrzeba było dopiero Źrebiarzy, żeby ich dopaść. A i teraz nie są jeszcze pokonani. Jeszcze mogą zawrócić konie i pocwałować wprost na Błyskawice, i na zimny uśmiech Laal, wielu koczowników pożałuje, że to nie ich konie padły po drodze. Odwzajemniła uśmiech.
Byli wolnym czaardanem, wojującym rodem, a ich kha-darem był sam Laskolnyk.
Podobnie jak Kocimiętka, wsunęła łuk w łubie i wyciągnęła szablę. I po raz pierwszy była szczerze zadowolona, że Berdeth znikł. Jeśli możesz oszczędzić przyjaciołom paskudnej śmierci, zrób to.
Zatrzymali się kilkadziesiąt kroków przed ścianą czarów i zawrócili konie.
Znaleźli się w okręgu, którego jedną połowę stanowiły czary, a drugą zbrojni. Daghena tylko raz obejrzała się na skłębione, szare smugi i wykrzywiła usta. To za nimi zdecydowanie przekraczało jej Moce. I Moce jej babki też, przemknęło Kailean przez myśl. Uśmiechnęła się leciutko. Aż tu czuła na plecach bijący od czarów Źrebiarza chłód.