Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód

Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
1 ... 37 38 39 40 41 42 43 44 45 ... 173
Перейти на страницу:

Mimo to La­skol­nyk spró­bo­wał. Gwiz­dek za­świsz­czał ko­men­dę i za­czę­li skrę­cać w lewo. Za wol­no, ko­nie ści­ga­ją­cych ich Bły­ska­wic były już ja­kieś trzy­dzie­ści jar­dów za nimi i cza­ar­dan za­czął nie­uchron­nie zbli­żać się do skrzy­dła po­go­ni. Jeźdź­cy Bu­rzy z ostat­nie­go a’ke­eru ru­szy­li, skra­ca­jąc dy­stans.

To­ryn cwa­ło­wał na koń­cu. Ka­ile­an bez żad­ne­go roz­ka­zu od­wró­ci­ła się i po­sła­ła dwie strza­ły za sie­bie. Je­den jeź­dziec spadł z ko­nia, ja­kiś wierz­cho­wiec za­rył chra­pa­mi w zie­mię, gdy cięż­ka strza­ła utkwi­ła mu do po­ło­wy drzew­ca w pier­si. Wy­rwa, któ­ra po­ja­wi­ła się w ścia­nie kon­nych, zni­kła, za­nim zdą­ży­ła mru­gnąć, a chwi­la, gdy strze­la­ła, trwa­ją­ce dwa ude­rze­nia ser­ca za­kłó­ce­nie ryt­mu, kosz­to­wa­ło ją ko­lej­ne pięć jar­dów. Do­słow­nie czu­ła od­dech ści­ga­ją­cych na kar­ku.

Gwiz­dek La­skol­ny­ka przy­wo­łał ją do po­rząd­ku.

Nie strze­lać! Przy­go­to­wać się!

Przy­go­to­wać się? Na co???

Z nie­ba, ni­czym sza­ra bły­ska­wi­ca, ru­nął ptak. Ste­po­wy ja­strząb, za­bój­ca i po­strach pardw, ku­ro­patw i wę­drow­nych go­łę­bi. Dra­pież­nik, w lo­cie nur­ko­wym szyb­szy niż bełt z ku­szy, spadł pro­sto na gło­wę ko­nia pro­wa­dzą­ce­go lewe skrzy­dło po­ści­gu. Ka­ile­an wy­da­wa­ło się, że na­wet w tę­ten­cie ko­pyt, w po­mru­ku chra­pli­wych koń­skich od­de­chów usły­sza­ła zgrzyt pa­zu­rów o czasz­kę i obrzy­dli­we, mo­kre mla­śnię­cie, z ja­kim pę­kło tra­fio­ne dzio­bem oko. Wierz­cho­wiec za­wył. Nie za­rżał, tyl­ko za­wył i pierw­szy raz w ży­ciu sły­sza­ła taki od­głos wy­do­by­wa­ją­cy się z koń­skie­go gar­dła. Ptak, rzecz ja­sna, zgi­nął na miej­scu, lecz ra­nio­ny koń, wciąż wy­da­jąc to prze­ra­ża­ją­ce, nie­sa­mo­wi­te wy­cie, rzu­cił się w bok i wpadł na są­sia­da z li­nii. Dwa wierz­chow­ce ru­nę­ły na zie­mię, pod­ci­na­jąc nogi trze­cie­mu.

Świst i prze­ni­kli­wy, świ­dru­ją­cy uszy krzyk ko­lej­ne­go pta­ka zla­ły się w jed­no. Dru­ga sza­ra bły­ska­wi­ca ude­rzy­ła w łeb na­stęp­ne­go ko­nia, na­tych­miast eks­plo­do­wa­ła kłę­bem po­krwa­wio­nych piór, lecz tra­fio­ny wierz­cho­wiec po­tknął się, a jego jeź­dziec wy­le­ciał z sio­dła.

Z nie­ba spadł trze­ci ptak, po­tem czwar­ty i pią­ty.

W kil­ka chwil całe lewe skrzy­dło two­rzą­ce­go po­ścig pół­księ­ży­ca prze­sta­ło ist­nieć. Ko­nie Se-koh­land­czy­ków mimo po­na­gleń zwal­nia­ły, bo­czy­ły się i nie chcia­ły da­lej biec. Były bo­jo­wy­mi ogie­ra­mi, mo­gły wy­trzy­mać strza­ły, mie­cze i sza­ble, mo­gły przejść przez ogień i wodę, ale coś ta­kie­go oka­za­ło się po­nad ich siły.

A cza­ar­dan miał przed sobą lukę.

Ka­ile­an ro­zej­rza­ła się. Kto? Kto, do cho­le­ry, dys­po­nu­je taką mocą? Zer­k­nę­ła na Da­ghe­nę. Ta wzru­szy­ła ra­mio­na­mi,

I wte­dy Jan­ne Ne­wa­ryw, cwa­łu­ją­cy obok, uniósł gło­wę i spoj­rzał jej w oczy. Jego prze­raź­li­wie ob­na­żo­ny ból ude­rzył ją jak obuch. Jan­ne mru­gnął i przez chwi­lę wy­da­wa­ło jej się, że ma żół­te tę­czów­ki. Żół­te jak oczy so­ko­ła.

Za nimi ko­lej­ny ptak ru­nął w dół.

A cza­ar­dan pę­dził już przed sie­bie, ko­lej­ny raz wy­rwa­li się z pu­łap­ki, znów mie­li cień szan­sy. Sko­tło­wa­ne, prze­ra­żo­ne lewe skrzy­dło po­ści­gu prak­tycz­nie sta­nę­ło, śro­dek mu­siał je wy­mi­nąć, skrzy­dło pra­we było po­nad dwie­ście jar­dów za nimi, nad­cią­ga­ją­cy z prze­ciw­ka a’keer do­pie­ro za­czy­nał ga­lo­po­wać, usi­łu­jąc od­ciąć im dro­gę, ale był sta­now­czo za da­le­ko. Mo­gli znów uciec.

Ja­kieś pół mili przed nimi, na sa­mym skra­ju niec­ki, z tra­wy unio­sły się sza­re smu­gi. Za­kłę­bi­ły się, za­tań­czy­ły wbrew wia­tro­wi wie­ją­ce­mu od wscho­du i okrze­pły. A po­tem ru­szy­ły ku nim, le­ni­wie, po­wo­li, zo­sta­wia­jąc za sobą sze­ro­kie pa­smo sza­re­go pyłu.

Mimo ło­mo­tu ko­pyt wa­lą­cych o step, sły­sze­li, jak przed nimi pęka zie­mia, w mgnie­niu oka za­mie­nia­jąc się w wiecz­ną zmar­z­li­nę. Sza­re kłę­by nie snu­ły się już przy grun­cie, lecz mia­ły do­bre dzie­sięć stóp wy­so­ko­ści, dość, by przy­kryć ko­nia z jeźdź­cem. Tra­wy przed nimi po­kry­ły się szro­nem. Tym ra­zem Źre­biarz użył ca­łej swo­jej Mocy. Nie prze­ja­dą.

Lecz cwa­ło­wa­li przed sie­bie, po­słusz­ni gwizd­ko­wi La­skol­ny­ka, któ­ry na­wo­ły­wał: Na­przód! Na­przód! Na­przód!

Więc sku­li­li się w sio­dłach i rwa­li wprost na su­ną­ce le­ni­wie sza­re kłę­by.

Byli cza­ar­da­nem.

A ści­ga­ją­ce ich a’ke­ery po­łą­czy­ły się, wy­rów­na­ły szyk i pę­dzi­ły za nimi. Ale już nie­zbyt szyb­ko, le­d­wo spo­koj­nym ga­lo­pem, a wi­dząc, jak ścia­na cza­rów roz­ra­sta się na boki i wy­gi­na w pół­ko­le, Ka­ile­an prze­sta­ła się temu dzi­wić.

Ga­lop!

Zwol­ni­li nie­co, wy­rów­na­li. Spoj­rza­ła w lewo, na Jan­ne­go, po­tem w pra­wo, na Da­ghe­nę. Obo­je sie­dzie­li w sio­dłach wy­pro­sto­wa­ni, jak­by wy­bra­li się na prze­jażdż­kę. To­pór męż­czy­zny po­ły­ski­wał w słoń­cu, krót­kie sza­ble dziew­czy­ny, przy któ­rych jel­cach wi­sia­ły pió­ra i na­ni­za­ne na rze­mień ka­my­ki, tkwi­ły jesz­cze w po­chwach, lecz Dag mia­ła już ręce wol­ne.

Kłus!

Zwol­ni­li znów. Usły­sza­ła, że po­ścig zro­bił to samo. Nie obej­rza­ła się jed­nak. Przed nią Ko­ci­mięt­ka wsu­nął łuk w łu­bie, za­ło­żył tar­czę na ra­mię i wy­cią­gnął sza­blę. Ja­dą­ca obok nie­go Ve­ria się­gnę­ła po krót­ką lan­cę. Obej­rza­ła się i po­sła­ła Ka­ile­an sze­ro­ki uśmiech. I na­gle prze­sta­ło ją ob­cho­dzić to, że za ple­ca­mi ma trzy­sta Bły­ska­wic, a przed sobą mroź­ną falę. Byli cza­ar­da­nem, ro­dzi­ną, to­wa­rzy­sza­mi i kam­ra­ta­mi, i do­ko­na­li cze­goś, o czym dłu­go będą opo­wia­dać na Ste­pach. Przez pół dnia wo­dzi­li za nos kil­ku­set Jeźdź­ców Bu­rzy i po­trze­ba było do­pie­ro Źre­bia­rzy, żeby ich do­paść. A i te­raz nie są jesz­cze po­ko­na­ni. Jesz­cze mogą za­wró­cić ko­nie i po­cwa­ło­wać wprost na Bły­ska­wi­ce, i na zim­ny uśmiech Laal, wie­lu ko­czow­ni­ków po­ża­łu­je, że to nie ich ko­nie pa­dły po dro­dze. Od­wza­jem­ni­ła uśmiech.

Byli wol­nym cza­ar­da­nem, wo­ju­ją­cym ro­dem, a ich kha-da­rem był sam La­skol­nyk.

Po­dob­nie jak Ko­ci­mięt­ka, wsu­nę­ła łuk w łu­bie i wy­cią­gnę­ła sza­blę. I po raz pierw­szy była szcze­rze za­do­wo­lo­na, że Ber­deth znikł. Je­śli mo­żesz oszczę­dzić przy­ja­cio­łom pa­skud­nej śmier­ci, zrób to.

Za­trzy­ma­li się kil­ka­dzie­siąt kro­ków przed ścia­ną cza­rów i za­wró­ci­li ko­nie.

Zna­leź­li się w okrę­gu, któ­re­go jed­ną po­ło­wę sta­no­wi­ły cza­ry, a dru­gą zbroj­ni. Da­ghe­na tyl­ko raz obej­rza­ła się na skłę­bio­ne, sza­re smu­gi i wy­krzy­wi­ła usta. To za nimi zde­cy­do­wa­nie prze­kra­cza­ło jej Moce. I Moce jej bab­ki też, prze­mknę­ło Ka­ile­an przez myśl. Uśmiech­nę­ła się le­ciut­ko. Aż tu czu­ła na ple­cach bi­ją­cy od cza­rów Źre­bia­rza chłód.

1 ... 37 38 39 40 41 42 43 44 45 ... 173
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)