Ucieczka z Festung Breslau
- Автор: Земянский Анджей
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo Dolnośląskie
- ISBN: 978-83-245-8895-4
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Ucieczka z Festung Breslau». Краткое содержание книги:
-Prawdziwe nylonowe pończochy? Dla mnie?
-Dla potrzeb akcji.
Rita przełknęła ślinę.
-Zrobię, co zechcesz - powiedziała i niby przypadkiem zerknęła na zegarek. - Jezu, ale późno. Muszę już wracać.
Usiłował się nie roześmiać. Dokładnie wiedział, co teraz nastąpi. Rita wpadnie do pracy, zamknie się w ubikacji i zacznie przymierzać pończochy.
Miasto przyzwyczaiło się już do przemian. Zwykle ruchliwe i gwarne, po chwili przerwy czy przyczajenia, znowu się takie stawało. Tyle tylko, że tłumy cywilów zostały zastąpione przez tłumy żołnierzy. Ciężkie działa przetaczano nocą na pozycje bojowe, w ciemnościach huczały silniki czołgów, transporterów i ciężarówek. Noc sprzyjała także samolotom transportowym. Ryk ich silników nad domami nie pozwalał spać tym mieszkańcom, którzy uniknęli przymusowej ewakuacji. Urzędy zmuszono do oddawania mundurów, drelichów, zimowej odzieży, przede wszystkim butów. Powiększała się także kolekcja fortecznych arsenałów. Dwa czeskie erkaemy i francuski cekaem, który Schielke miał do dyspozycji do obrony mostu, urastały teraz do rangi pełnowartościowego uzbrojenia. Konfiskowano już nawet pistolety i karabiny z jakichś odległych krain, a czasem i epok. Rusznikarze otwierali szeroko oczy, widząc tę zbieraninę, ale nie mogli dziwić się za długo. Mieli pełne ręce roboty z przystosowaniem radzieckich pepesz do strzelania inną amunicją niż 7,62TT, co zakrawało na cud, albo do zabezpieczenia odpowiedniej liczby zdobycznych, oryginalnych nabojów. Dostawy z Zachodu również pozostawiały wiele do życzenia, prezentując natomiast wszystkie niedostatki ostatnich miesięcy wojennej produkcji. Na przykład polski pistolet VIS, uważany kiedyś za rolls royce’a wśród broni krótkiej, produkowany w Austrii był ogołocony z większości podstawowych mechanizmów. Dźwignię decocku po prostu usunięto, zaślepiając otwory, a pokrywa zamka nosiła wręcz ślady chamsko używanej szlifierki. Podobnie było z bronią czeską, niektóre egzemplarze były tak wadliwe, że w grę mógł wchodzić jedynie sabotaż. Poza etatowym uzbrojeniem Wehrmachtu najlepiej prezentowała się zdobyczna broń radziecka, bo producent przewidział, że będzie używana w prymitywnych warunkach obsługi i to przez kompletnie nieznających się na rzeczy ludzi. W związku z tym wszystkie posiadane egzemplarze zacinały się bardzo rzadko.
Ale samo uzbrojenie było na drugim planie. Coś zmieniało się nieodwracalnie w atmosferze miasta. Breslau tak naprawdę nie doświadczyło wojny. Nie było nawet bombardowane. Teraz na widok budowanych pośpiesznie wieżyczek obserwacyjnych na dachach wielu domów ludność zaczęła zdawać sobie sprawę, że żarty się skończyły. Mnożące się, nagłaśniane w prasie rozstrzeliwania, rosnąca opresyjność wojskowych sprawiały, że przekroczona została niewidoczna granica. Miasto zaczęło się w sobie kurczyć, zerkać niespokojnie na boki, przygryzać wargi. Miasto zaczęło się bać. I to najgorszego potwora. Takiego, którego jeszcze nie widać, który dopiero nadchodzi, znanego jedynie z hiobowych plotek i wieści dostępnych z trzeciej ręki. Najgorszy z możliwych potworów na razie kładł się jedynie cieniem swoich fantastycznych wyobrażeń, rodząc moc niszczącą serca i charaktery.
Schielkego jednak ani towarzyszącej mu Rity nie martwiła zbytnio sytuacja miasta. Ich plan był prosty. Chcieli przeżyć tę zawieruchę, a jeśli to się uda, nie pozostać na lodzie. A skoro realizacja tego planu przybierała coraz bardziej realne kształty, nie mieli naprawdę większych powodów do zmartwień. Oboje raczej podniecała sama trudność realizacji zadania. Tak samo jak Heiniego za kierownicą samochodu, choć nie był wtajemniczony. Jego los układały siły „wyższe” i chłopak miał po prostu szczęście, że te siły mu sprzyjały. Prowadził pewnie drogą wśród oszronionych drzew osłaniających wille i nowoczesne domy robotnicze na Bischofswalde. Według informacji uzyskanych od uwolnionego z więzienia kryminalisty, tam właśnie, na jednej z wysepek znajdowała się ulubiona knajpa odwiedzana często przez grube ryby świata przestępczego. Rita oczywiście sprawdziła w archiwum kripo. Takiej informacji tam nie znalazła. „Jaskinia przestępstwa” uważana była za zwykły gasthaus, średniej klasy, wykorzystywany głównie latem, by gościć mieszkańców miasta, którzy przypływali tu łódkami aż z zatoki gondoli. Przepytani na okoliczność podejrzanych spraw związanych z tym miejscem oficerowie kryminalni też nie mieli niczego konkretnego do powiedzenia. Mogło to znaczyć, że namiar jest dobry.
Heini przejechał na pełnej szybkości Barthelner Brucke, którego wąska jezdnia zupełnie się do tego nie nadawała. Rita chwyciła się oparcia fotela. Chwilę później chłopak pokazał jednak klasę. Zaparkował na szerokim podjeździe gasthausu, wyskoczył jak na sprężynie, obiegł samochód i otworzył Ricie drzwiczki. Potem szarmancko zdjął koc z jej kolan i pomógł wysiąść. Podziękowała mu skinieniem głowy. Schielke dał chłopcu kilka marek na coś ciepłego do picia i dalej sam poprowadził kobietę.
Już w szatni zrobili odpowiednie wrażenie. Kiedy oddali płaszcze, obsługa błyskawicznie wykonała pełne prześwietlenie rentgenowskie ich postaci. Szczególnie Rita w krótkiej spódnicy i nylonowych pończochach, które wraz z wysokimi obcasami pantofli doskonale podkreślały jej kształtne nogi, robiła duże wrażenie. Szef sali, który pojawił się chwilę później, miał równie dobry wzrok.
-Witam państwa. - jego ukłon był wręcz pałacowy. - Stolik na dwie osoby. Proszę.
Poprowadził ich do dyskretnie ustawionego stolika za okrytym bluszczem filarem. Nieliczni goście, sądząc z wyglądu, szacowni urzędnicy, nie odprowadzali ich wzrokiem, choć Schielke złowił kilka ukradkowych spojrzeń. Prawdopodobniej jednak ich celem były kuszące nogi Rity.
-Czy podać coś, zanim przyniosą karty? - Szef sali pomógł im zająć miejsca.
-Popielniczkę. - Schielke położył na obrusie paczkę amerykańskich cameli i benzynową zapalniczkę zippo z grawerowanym napisem: „Radio City - New York”. - Zmarzliśmy trochę w samochodzie.
-To może na rozgrzewkę kawę z jakimś dodatkiem?
-Doskonale.
-Co w środku? Wódka, koniak, spirytus?
-Cynamon albo imbir - wszedł mu w słowo Schielke i wzorem Holmesa wyjął coś z kieszeni. - Tylko poprosimy o prawdziwą kawę.
Szef sali przyjął mały woreczek, kłaniając się głęboko.
-Sekundę jeszcze. - Schielke wyjął z kieszeni notes i długopis. Nabazgrał kilka słów na kartce, wyrwał i podał tamtemu. - Proszę to przekazać mojemu kierowcy.
-Oczywiście, proszę pana.
Na kartce nie było nic ważnego. Same przedmioty robiły jednak wrażenie, czego najlepszym dowodem było choćby zachowanie Rity.
-O Boże, co to jest? - spytała, kiedy zostali sami. - Pierwszy raz widzę coś takiego.
-To pióro kulkowe, nazywane długopisem - odparł. - Amerykańscy nawigatorzy w bombowcach narzekali, że z powodu zmiany ciśnienia w kabinie zwykłym piórem nie da się pisać, bo zalewa. A więc dostarczono im coś takiego.
-Mogę zobaczyć?
-Jasne. Popatrz. - Podniósł notes nad głowę, kartkami wywróconymi w dół. - Może pisać nawet w pozycji „pod górę”. Nigdy nie wysycha.
-Czego to ludzie nie wymyślą.
Zachmurzył się.
-Jak byłoby pięknie, gdyby wymyślali tylko takie rzeczy. Długopisem wielkiej krzywdy bliźniemu nie zrobisz, bo raczej się nie da.
-Och, ty znowu swoje. - Położyła dłoń na jego ręce. - Jak to wszystko się skończy, pojedziemy do kraju, w którym nigdy nie będzie wojny.
-A jest taki kraj?
Zmarszczyła brwi, żeby przypomnieć sobie najbardziej zapadłe zakątki świata, w których naprawdę nigdy nic się nie działo.
-Oczywiście, do wyboru do koloru. Palestyna, Kuba, Chile, Birma, Korea, a nawet Wietnam.