Każde martwe marzenie
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #5
- Год: 2018
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788364384868
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:
Czy wtedy potrafi się oprzeć tysiącletniej tradycji wspomaganej przez polityczne machinacje? I rację stanu? Jakakolwiek by ona była.
Zaszczypały ją oczy, krew uderzyła do głowy, a uśmiech przeszedł w kwaśny grymas. Znów pozwoliła myślom odpłynąć, podryfowała wraz z nimi – i w jednej chwili jej spokój rozpadł się jak zamek z piasku podmyty morską falą.
Ciąża. Błogosławiony stan.
Cokolwiek przyniesie przyszłość, stawi temu czoła, a teraz nie ma sensu poddawać się strachowi i histerii.
Pochyliła głowę i zmówiła krótką modlitwę przeciw strachowi.
Mój najstarszy wróg jest za mną,
Pani, trzymasz mnie za rękę.
Mój najstarszy wróg jest nade mną,
Pani, zła się nie ulęknę.
Mój najstarszy wróg stanął przede mną,
Pani, serce dzielę z Tobą.
Mój najstarszy wróg jest we mnie,
Pani, śmierć naszym wrogom.
Proste rymy dziecięcej modlitwy, której uczono w afraagrach wszystkich chłopców i dziewczynki, gdy wręczano im pierwszą prawdziwą broń, nadal miały swoją siłę.
Usiadła na skraju łoża i ponownie otarła Laweneresowi twarz. Jego powieki zadrżały, a po pokrytej dwudniowym zarostem twarzy przemknął lekki grymas. Jutro znów trzeba będzie go ogolić. Deana robiła to osobiście, bo na myśl, że ktoś inny miałby przykładać ostrze do gardła jej mężczyzny, coś skręcało ją w żołądku. Poza tym, jak wreszcie się obudzi i zapyta o kolekcję zadrapań i zacięć na szyi, lepiej, żeby żaden ze sług nie musiał się tłumaczyć.
Potrzebowała go, swojego księcia, nawet jeśli Varala twierdziła, że Deana radzi sobie świetnie.
Bo Varala z Omeru – oficjalnie pierwsza książęca nałożnica, a tak naprawdę matka panującego Laweneresa, zaplątana równie mocno jak Deana w sieć obyczajów, tradycji i praw – stała się w ostatnich dniach jedną z jej najbardziej zaufanych towarzyszek.
To ona stanęła na czele Domu Kobiet, który po zamordowaniu Owiyi, poprzedniej przełożonej, pozostawał w stanie paniki i rozpadu. Razem z Owiyą zginęły dziewczęta szykowane na książęce oblubienice, część nałożnic, służby, a nawet pałacowych kastratów. Plotka mówiła, że zabójcy wymordowaliby wszystkich, gdyby nie ona, Deana d’Kllean, pustynna lwica, która czując już na sobie błogosławieństwo Agara, przeszła przez pałac w świętym gniewie, odsyłając do Domu Snu każdego z napotkanych zabójców. Deana sama niechętnie wracała do tamtych chwil. Pamiętała tylko, że walczyła w pałacu, zabijała morderców, których później zidentyfikowano jako Trzciny, a potem ruszyła do Oka, z którego wyszła jako Płomień Agara.
Varala wykorzystała tę historię, by dodać do legendy rosnącej wokół jej nieoficjalnej „synowej” jeszcze kilka wersów. W opowieściach nałożnicy Deana pokonała dwudziestu zabójców i ocaliła życie większości służby w pałacu. Jej gniew był święty, a czyny nieskalane, nawet gdy wypruwała wnętrzności i podrzynała gardła. Płomienie świec tańczyły w rytm ciosów jej szabel, a ogień w kominkach i światło lamp rozbłyskiwały samoistnie, by wskazywać wybrance Pana Ognia miejsca, gdzie ukrywali się podli, tchórzliwi mordercy. Cuda i błogosławieństwa stąpały jej śladami.
Deana nie miała sił ani chęci prostować tych opowieści. Tym bardziej że im mocniej próbowała, tym częściej je powtarzano.
W tej chwili Dom Kobiet przypominał coś w rodzaju państwa w państwie, zamkniętego na wszystkie możliwe spusty, strzeżonego przez oddziały kobiet i dziewcząt wyposażonych w dziwaczną mieszaninę uzbrojenia obronnego i zaczepnego. Kilkanaście dni temu Deana obserwowała, jak piętnastoletnia na oko służąca ściera kurze, taszcząc ze sobą coś w rodzaju gizarmy wyciągniętej Wielka Matka wie skąd. Widok był zabawny i niepokojący zarazem, bo budził paskudne pytania: „Kiedy stałam się kimś, za kogo ludzie gotowi są walczyć i umierać? Dlaczego mam brać na barki taką odpowiedzialność?”.
Próbowała interweniować, bo potykający się o drzewce broni podlotek nie wyglądał na kogoś, kto potrafi obronić nawet siebie, a co dopiero mówić o innych, ale Varala ucięła dyskusję krótko i zdecydowanie. „Już raz kastraci i pałacowi strażnicy zawiedli – odparła. Dlatego wszystkich stąd odesłałam. Jeśli same nie zadbamy o własne bezpieczeństwo, kto to zrobi? Zwłaszcza teraz, gdy wyjęłaś spod prawa Ród Trzcin. Pamiętasz? To szpiedzy i zabójcy, ale dzięki niech będą Agarowi, nigdy nie przyjmowali w swoje szeregi kobiet, więc trudno im będzie przeniknąć do tych komnat. Straże pozostaną więc na zewnątrz, a w Domu Kobiet każdy mężczyzna będzie intruzem. No, może poza trucicielem i Evikiatem”.
— A poza tym — Pierwsza Nałożnica zniżyła wówczas głos — sama sprawdziłam te dziewczyny. One wierzą.
— W co? — Deana zapytała lekko poirytowana kolejnym wykładem.
— W ciebie — padła odpowiedź. — W kobietę, która sama włada swoim losem, walczy lepiej niż każdy z mężczyzn i którą Pan Ognia wybrał na swój głos. Zaufaj im. Ciężko ćwiczą.
Zabrakło jej wtedy słów, cięta riposta nie chciała się pojawić, a zresztą co by to dało? Dom Kobiet rządził się własnymi prawami, nawet jeśli te prawa uległy ostatnio zmianom.
Deana poddała się, ale następnego dnia odwiedziła karawanseraj pod miastem. Oczywiście w porównaniu z jej poprzednią wizytą ta wyglądała jak najazd całej armii. Musiała zabrać ze sobą setkę odzianych w żółte jedwabie wojowników w pełnym uzbrojeniu, a na granicy obozowiska kupców stanęło pod bronią tysiąc Bawołów i drugie tyle Słowików. Jej wizyta wywołała niezłe zamieszanie, panikę wręcz, ale Deana nie za bardzo się tym przejęła. No i załatwiła to, po co przyszła.
Wiara czyni cuda, ale rzadziej niż dobrze wyszkolony szermierz.