Szpital kosmiczny
- Автор: Уайт Джеймс
- Серия: szpital kosmiczny #1
- Год: 2002
- Язык: польский
- Переводчик: Wiktor Bukato
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Szpital kosmiczny». Краткое содержание книги:
Conway jak oszalały przebierał się w ciężki kombinezon umieszczony w komorze śluzy. Szybko włączył degrawitator kompensujący ciążenie w sali. Prilicla postępował podobnie z własnym ekwipunkiem. Sprawdzając zaciski i zapięcia kombinezonu i przeklinając tę zbędną stratę czasu, Conway zerkał przez okienko do wnętrza sali, a to, co widział, przyprawiało go o dreszcz przerażenia.
Pseudoillensańskie ciało przybysza leżało rozpłaszczone na podłodze. SRTT dygotał z lekka, a oto już jeden z większych pacjentów zbliżał się z łoskotem, by obejrzeć ten osobliwie wyglądający przedmiot. Zapewne którąś ze swych olbrzymich, płaskich stóp nastąpił na leżącego zbiega, ten bowiem szarpnął się nagle, po czym zaczął się szybko i niewiarygodnie przeistaczać. Słabe, błoniaste wyrostki przedstawiciela klasy PVSJ jakby wtopiły się w ciało, to zaś przybrało ów kościsty, jaszczurowaty kształt z groźnymi rogowatymi mackami, który obaj lekarze widzieli przy śluzie numer sześć. Była to najbardziej przerażająca postać klasy SRTT.
Jednak masa młodego pacjenta była prawie pięciokrotnie większa od masy przybysza, toteż nic dziwnego, że FROB wcale się nie przestraszył. Opuścił swą masywną głowę i trącił uciekiniera, posyłając jego ciało ku przeciwległej ścianie oddalonej o sześć metrów. FROB chciał się bawić.
Obaj lekarze wydostali się już ze śluzy i znaleźli na galeryjce pod sufitem, skąd widok był lepszy. SRTT znowu się przeistaczał. Widocznie przy czterokrotnym ciążeniu jaszczurczy kształt nie zdał egzaminu przeciwko tym nieletnim potworom i przybysz próbował czegoś innego.
FROB zbliżył się doń ponownie i obserwował go jak urzeczony.
V
— Doktorze Prilicla — rzekł pospiesznie Conway — potrafi pan obsługiwać chwytak? Dobrze! Proszę więc się nim zająć…
Gdy Prilicla pomykał galeryjką do kopuły sterowni, Conway ustawił degrawitator na nieważkość i skoczył w kierunku podłogi.
— Będę panem kierował z dołu! — zawołał.
Mały FROB jednak bardzo dobrze znał Conwaya, który najpewniej nieźle zalazł mu za skórę, nie chcąc się bawić w nic poza wbijaniem igieł w ciało malca mocno przytrzymywanego chwytakiem. Toteż mimo rozpaczliwych okrzyków Conwaya i wymachiwania ramionami nie zwracał na niego uwagi. Natomiast pozostali pacjenci okazali zainteresowanie nadal przemieniającym się uciekinierem…
— Nie! — krzyknął Conway, widząc z przerażeniem, jaki ma być efekt transformacji. — Nie! Stój! Zmień się w coś innego!
Jednak było już za późno. Zdawało się, że wszyscy pacjenci oddziału galopują ku przybyszowi z grzmiącą wrzawą podnieconych charknięć i pisków, które autotranslator przetłumaczył jako: „Lala! Laleczka! Daj mi lalę!”
Wyskakując w górę, by uniknąć stratowania, Conway popatrzył ku podłodze na kłębowisko pacjentów, przekonany, że nieszczęsny SRTT pożegnał się już z życiem. Ale nie — przybyszowi udało się jakoś uciec czy też wyśliznąć spod tratujących go nóg oraz ciekawych, uderzających jak maczugi głów. Przywarł mocno do ściany, potłuczony, nadal jednak zachowywał kształt, który przybrał niczym kameleon w błędnym przeświadczeniu, że jako miniaturowy FROB będzie bezpieczny.
— Szybko! Łap go! — wołał Conway.
Prilicla nie zasypywał gruszek w popiele. Masywne szczęki chwytaka wisiały już nad oszołomionym, ledwie ruszającym się uciekinierem. Zatrzasnęły się właśnie wtedy, kiedy rozległ się okrzyk. Conway chwycił się jednej z lin wyciągu i wraz z chwytakiem uniósł w powietrze.
— Już nic ci nie grozi — powiedział do zbiega. — Uspokój się. Chcę ci pomóc…
W odpowiedzi nastąpił tak silny wstrząs, że Conway omal nie odpadł od liny. Nagle SRTT przemienił się w kłębek giętkich, oślizłych zwojów, które przesunęły się między szczękami chwytaka i z kłaśnięciem opadły na podłogę. Mali pacjenci zatrąbili ochoczo i ruszyli do kolejnego ataku.
Conway pomyślał z przerażeniem, współczuciem i zniecierpliwieniem jednocześnie, że SRTT, który doznał pierwszego szoku zaraz po przybyciu, od tamtej chwili cały czas ucieka, a obecnie jest zbyt przestraszony, by można mu było pomóc. I że tym razem nie wyjdzie z tego cało. Chwytak był bezużyteczny, ale istniała jeszcze jedna możliwość. Jeśli ułatwi ucieczkę przybyszowi, ten przynajmniej wyżyje, choć O’Mara pewnie obedrze potem Conwaya ze skóry.
W ścianie naprzeciwko śluzy wejściowej znajdowały się drzwi, przez które małych pacjentów przywożono na salę. Były to zwykłe drzwi, ponieważ w korytarzu za nimi, który prowadził do bloku operacyjnego dla klasy FROB, utrzymywano podobne ciążenie i ciśnienie powietrza jak na sali. Conway popłynął ku włącznikowi mechanizmu otwierającego i rozsunął drzwi szeroko, a potem patrzył, jak SRTT, który nie postradał ze strachu zmysłów do tego stopnia, by nie dostrzec drogi ucieczki, przemyka się na zewnątrz. Drzwi zamknęły się w samą porę, póki jeszcze małym pacjentom nie udało się za nim pogonić. Conway ruszył w stronę kopuły sterowniczej, by o całym tym strasznym wydarzeniu donieść O’Marze.
Sytuacja bowiem była znacznie gorsza, niż się wszystkim wydawało. Gdy Conway tkwił jeszcze po drugiej stronie sali, ujrzał coś, co poważnie utrudniało schwytanie i uspokojenie uciekiniera, a także wyjaśniało, dlaczego SRTT nie zareagował na jego słowa, gdy siedział w chwytaku. Na podłodze leżały potrzaskane, stratowane szczątki autotranslatora przybysza.
Gdy Conway miał już włączyć interkom, Prilicla zapytał go:
— Przepraszam, doktorze, czy moja zdolność wyczuwania pańskich emocji drażni pana? Czy gdybym powiedział, co stwierdziłem, byłoby to dla pana niewygodne?
— Hę? Co takiego? — zdziwił się Conway. Pomyślał, że pewnie w tej chwili aż bucha od niego zniecierpliwienie wynikające z tego, że asystent wybrał sobie wspaniały moment, by zadawać takie pytania! Zrazu chciał coś odburknąć, ale po namyśle uznał, że kilka chwil zwłoki w sprawozdaniu dla O’Mary nie będzie miało znaczenia, a być może dla Prilicli jest to ważna sprawa. Ci nieziemcy są czasem zabawni. — Odpowiedź na oba pytania brzmi „nie” — odparł krótko. — Choć w tym drugim przypadku, gdyby w pewnych okolicznościach przekazał pan swe obserwacje osobie trzeciej, mógłbym być zakłopotany. Dlaczego pan pyta?
— Ponieważ zdawałem sobie sprawę z pańskiego zaniepokojenia o los owego SRTT w konfrontacji z pańskimi pacjentami — odparł Prilicla — a boję się jeszcze bardziej zwiększyć to zaniepokojenie, mówiąc panu o rodzaju i natężeniu emocji, jakie przed chwilą wykryłem w myślach tej istoty.
— Wal pan — westchnął Conway. — Gorzej jak teraz być nie może…
Ale mogło i było.
Gdy Prilicla skończył, Conway oderwał dłoń od włącznika interkomu, jak gdyby guzikowi wyrosły nagle zęby i ugryzł go.
— Tego mu nie mogę powiedzieć przez interkom! — wybuchnął. — Na pewno dotarłoby to do pacjentów, a gdy oni się dowiedzą, lub choćby ktoś z personelu, wybuchnie panika. — Przez chwilę cały się trząsł. — Chodźmy! — zawołał. — Trzeba znaleźć O’Marę!
Jednak naczelnego psychologa nie było w jego gabinecie ani w przyległym pomieszczeniu hipnotaśmoteki. Ale jeden z asystentów widział go, jak biegł na czterdziesty siódmy poziom do sali obserwacyjnej numer trzy.
Było to ogromne pomieszczenie o wysokim stropie, w którym utrzymywano siłę ciążenia i temperaturę odpowiednią dla ciepłokrwistych istot tlenodysznych. Tutaj lekarze z klas DBDG, DBLF i FGLI przeprowadzali badania wstępne nad co bardziej zagadkowymi lub egzotycznymi przypadkami, pacjenci zaś, jeśli takie warunki środowiskowe były dla nich nieodpowiednie, pozostawali pod wielkimi prostopadłościennymi kloszami rozmieszczonymi w określonych odstępach na podłodze. Salę tę lekceważąco nazywano menażerią. Wewnątrz Conway ujrzał tłum medyków wszelkich kształtów i ras, zgromadzony wokół stojącego pośrodku klosza. Był to zapewne ów stary i dogorywający SRTT, o którym tyle mówiono, ale teraz Conway nie miał na nic innego czasu, dopóki nie pomówi z O’Marą.