Gdzie wasze ciała porzucone [To Your Scattered Bodies Go - pl]
- Автор: Фармер Филип Хосе
- Год: 1997
- Язык: польский
- Год: MAG
- ISBN: 83-86572-27-2
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Gdzie wasze ciała porzucone [To Your Scattered Bodies Go - pl]». Краткое содержание книги:
— Dokądkolwiek. Nie lubię uciekać, ale nie mogę zostać i walczyć z takimi ludźmi. Nie wtedy, kiedy wiedzą, gdzie jestem. Powiem wam jednak, co zamierzam zrobić. Postanowiłem dotrzeć do końca Rzeki. Ona musi gdzieś wpływać i skądś wypływać. Musi istnieć droga, którą można przedostać się do źródła. A jeżeli istnieje, to ja ją znajdę. Możecie postawić o zakład swoje dusze. Tymczasem Oni będą mnie szukać gdzie indziej — mam nadzieję. To, że mnie tutaj nie znaleźli dowodzi, że nie potrafią bezpośrednio zlokalizować konkretnego człowieka. Mogli napiętnować nas jak bydło — wskazał niewidzialne znaki na swoim czole — ale nawet bydło miewa narowy. A my jesteśmy bydłem, które posiada mózgi.
— Możecie płynąć ze mną — zwrócił się do pozostałych. — Więcej, byłbym zaszczycony, gdybyście zechcieli mi towarzyszyć.
— Iść po Monata — rzekł Kazz. — On nie chcieć zostać bez nas.
Burton skrzywił się.
— Dobry, stary Monat! — powiedział. — Nienawidzę myśli, że muszę mu to zrobić, ale nie ma rady. Nie może płynąć z nami. Zbyt się wyróżnia. Ich agenci nie będą mieli najmniejszych problemów ze znalezieniem kogoś, kto wygląda tak jak on. Przykro mi, ale to niemożliwe.
W oczach Kazza pojawiły się łzy, spływając po jego wystających kościach policzkowych.
— Burton — naq — powiedział stłumionym głosem — Ja też nie móc. Ja też się wyróżniać.
Burton też poczuł łzy w oczach.
— Zaryzykujemy — rzekł. — W końcu musi tu być mnóstwo osobników twojego rodzaju. Sami spotkaliśmy w podróży co najmniej trzydziestu, jeśli nie więcej.
— Na razie żadnych kobiet, Burton — naq — powiedział żałośnie Kazz. Potem uśmiechnął się. — Może znaleźć jakąś, kiesy płynąć Rzeką.
Lecz zaraz spoważniał.
— Nie, do diabła. Nie płynąć. Nie móc ranić bardzo Monata. On i ja, inni myśleć, że brzydcy i straszni. My przyjaciele. On nie być mój naq, ale prawie. Ja zostać.
Podszedł do Burtona i uścisnął go tak, że tamten głośno wypuścił powietrze z plac. Podał rękę pozostałym, którzy kolejno krzywili się z bólu. Potem odwrócił się i odszedł.
— Tracisz czas, Burton — odezwał się Ruach, trzymając sparaliżowaną chwilowo dłoń. — Czy nie zdajesz sobie sprawy, że możesz żeglować Rzeką przez tysiąc lat i ciągle być o milion albo więcej mil od celu? Ja zastaję. Jestem potrzebny mojemu narodowi. Poza tym Spruce jasno powiedział, że powinniśmy dążyć do duchowej doskonałości, a nie walczyć z Tymi, Którzy dali nam na to szansę.
W smagłej twarzy Burtona jasno błysnęły zęby. Zakręcił rogiem obfitości jakby to była broń.
— Nie prosiłem, żeby mnie tu wsadzili, tak jak nie prosiłem, żeby się urodzić na Ziemi. Nie mam zamiaru słuchać niczyich rozkazów! Chcę znaleźć kraniec tej Rzeki! A jeśli mi się nie uda, to przynajmniej będę się dobrze bawił i sporo się nauczę po drodze!
Ludzie zaczynali wychodzić z chat, ziewali i tarli zaspane oczy. Ruach nie zwracał na nich uwagi. Patrzył, jak łódź stawia żagle ostro na wiatr i wykręca pod prąd. Burton stał przy sterze; obejrzał się raz i zamachał cylindrem, a słońce odbiło się od metali pękiem lśniących włóczni.
Ruach pomyślał, że wymuszona decyzja naprawdę uszczęśliwiła Burtona. Zrzekł się odpowiedzialności sprawowania rządów w tym maleńkim państwie; robił to, na co miał ochotę. Mógł wyruszyć po największą ze swych przygód.
— Chyba to nawet lepiej — mruknął do siebie Ruach. — Każdy może znaleźć zbawienie, jeśli będzie go pragnął, tak w drodze jak i w domu. Wszystko zależy od niego samego. Tymczasem ja, jak ten bohater Voltaire'a… jak mu było? Ziemskie sprawy zaczynają umykać mi z pamięci — będę uprawiał własny ogródek. Zatrzymał się, żeby z odrobiną zazdrości spojrzeć za Burtonem.
— Kto wie? Może kiedyś spotka Voltaire'a. Westchnął i uśmiechnął się.
— Z drugiej strony, Voltaire może kiedyś spotka mnie!
19
— Nienawidzę cię, Hermannie Goringu!
Głos zabrzmiał nagle i zgasł, jakby koło zębate jego snu napotkało przekładnię cudzych marzeń, wsunęło się w nią i powróciło natychmiast.
Richard Francis Burton wiedział, że śni, lecz nie mógł nic na to poradzić.
Wróciło pierwsze marzenie.
Wydarzenia były rozmyte i pooddzielane. Jasna wstęga jego samego w niezmierzonej komorze, gdzie unosiły się ciała; ulotna wizja bezimiennych Strażników, znajdujących go i usypiających na powrót; później przerywany skrót snu, który miał tuż przed prawdziwym Zmartwychwstaniem w dolinie Rzeki.
Bóg — piękny starzec w stroju dżentelmena epoki wiktoriańskiej, właściwie ułożonego i dysponującego odpowiednimi środkami, szturchnął go żelazną laską w żebra i mówił, że jest winien za ciało.
— Co? Jakie ciało? — pytał Burton, niewyraźnie pojmując, że mruczy coś przez sen. Śniąc nie słyszał słów!
Płać! powiedział Bóg. Jego twarz rozpłynęła się i złożyła na powrót we własne rysy Burtona.
Bóg nie odpowiedział, wtedy, w tamtym śnie pięć lat wcześniej. Teraz przemówił. Postaraj się, by twoje Wskrzeszenie było warte mego czasu, głupcze! Poniosłem wielkie wydatki, włożyłem wiele wysiłku, by dać tobie i tym żałosnym miernotom jeszcze jedną szansę.
— Jeszcze jedną szansę na co? — spytał Burton. Bał się tego, co Bóg mógłby odpowiedzieć. Poczuł ulgę, gdy Ojciec Wszechrzeczy — dopiero teraz zauważył, że Jahwe — Odyn nie ma jednego oka, a w pustym oczodole płoną ognie piekieł — nie odpowiedział. Odszedł… nie, nie odszedł, przekształcił się w wysoką, cylindryczną szarą wieżę, wznoszącą się spośród szarych mgieł, z których dobiegał ryk morza.
— Graal!
Raz jeszcze zobaczył człowieka, który opowiadał mu o Wielkim Graalu. Człowiek ten słyszał o nim ód jakiegoś mężczyzny, który słyszał o tym od jakiejś kobiety, która słyszała… i tak dalej. Wielki Graal był jedną z legend, opowiadanych przez miliardy mieszkające nad Rzeką — Rzeką, która wiła się jak wąż wokół tej planety, od bieguna do bieguna, wypluwana przez nieosiągalne i połykana przez niezdobyte.
Ów człowiek, czy też podczłowiek, zdołał przejść przez góry do bieguna północnego i widział Wielkiego Graala, Mroczną Wieżę, Zamek Mgieł, tuż przed tym jak się potknął. Albo został popchnięty. Runął wrzeszcząc do osłoniętego mgłami morza i zginął. Potem zbudził się znowu. Śmierć nie była tu wieczna, choć nie utraciła swej potęgi.
Opowiedział o tym, co widział. Jego opowieść dotarła do wszystkich zakątków doliny Rzeki szybciej, niż płynie łódź.
I tak Richard Francis Burton, wieczny pielgrzym i wędrowiec, zapragnął przypuścić atak na mury Wielkiego Graala. Odsłoni tajemnicę zmartwychwstania i sekret tej planety. Był przekonany, że istoty, które zbudowały ten świat, wzniosły także wieżę.
— Giń, Hermannie Goring! Umieraj i zostaw mnie w spokoju! — krzyknął ktoś po niemiecku.
Burton otworzył oczy. Nie widział nic prócz bladego światła niezliczonych gwiazd, lśniących w otwartym oknie po drugiej stronie izby.
Rozpoznał kształty czarnych brył we wnętrzu. Zobaczył Petera Frigate i Loghu, śpiących na swych posłaniach pod przeciwległą ścianą. Obejrzał się, by spojrzeć na biały ręcznik rozmiarów koca, pod którym leżała Alicja, Zwrócona w jego stronę bieli twarzy. Czarna chmura włosów spływała na ziemię obok jej posłania.
Tego wieczora jednomasztowa łódka, w której wraz z pozostałą trójką żeglował w dół Rzeki, przybiła do przyjaznego brzegu. Niewielkie państewko Sevieria zamieszkiwali w większości szesnastowieczni Anglicy, choć ich przywódcą był Amerykanin, żyjący na przełomie osiemnastego i dziewiętnastego wieku. John Sevier, założyciel „zaginionego kraju” Franklina, później zwanego Tennessee, serdecznie powitał Burtona i jego towarzyszy.