Światło się mroczy [Dying of the Light - pl]
- Автор: Мартин Джордж Рэймонд Ричард
- Год: 2004
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 83-7298-540-5
- Переводчик: Michal Jakuszewski
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Światło się mroczy [Dying of the Light - pl]». Краткое содержание книги:
Gwen jest obecnie związana z Jaanem Vikarym, jednym z dumnych Kavalarów, którzy władają Worlornem zgodnie ze swym opartym na przemocy kodeksem. Gdy jednak planeta pogrąża się w mroku, ich brutalna, pusta cywilizacja zaczyna się załamywać.
„Światło się mroczy” to powieść zawierająca piękny opis obcych światów i kultur, to mroczna opowieść o przemocy, złamanych obietnicach, samozniszczeniu i obsesyjnej lojalności.
— Nie da się tego zrobić? — zapytał Dirk.
— Wielu ludzi zostaje tylko rannych w pojedynkach — przyznał Vikary. — Prawdę mówiąc, znacznie więcej, niż ginie. Ale w większości przypadków nie jest to celowe. Czasami tak. Kiedy ktoś strzela w powietrze, a przeciwnik postanawia go ukarać. W ten sposób mogą powstać straszliwe blizny. Ale to nie zdarza się często.
— Moglibyśmy zranić Chella — wtrącił Janacek. — Jest stary i powolny. Nie wyciąga już pistoletu tak szybko, jak robił to kiedyś. Ale Bretan Braith to coś całkiem innego. Podobno zabił już w pojedynkach sześciu ludzi.
— Ja się nim zajmę — uspokoił go Vikary. — Dopilnuj, by laser Chella pozostał ciemny, Garse. To wystarczy.
— Być może. — Janacek spojrzał na Dirka. — Gdybyś zdołał skaleczyć Bretana choć odrobinę, t’Larien, w ramię, dłoń albo w bark, zadać mu chociaż jedną, bolesną ranę, która go trochę spowolni. To może bardzo wiele zmienić — zakończył z uśmiechem.
Dirk poczuł, że mimo woli odwzajemnił ten uśmiech.
— Mogę spróbować — odparł — ale pamiętaj, że wiem cholernie mało o pojedynkowaniu się i jeszcze mniej o mieczach. Przede wszystkim będę starał się zachować życie.
— Nie martw się o to, co jest niemożliwe — rzucił Janacek, nie przestając się uśmiechać. — Po prostu zrań go najpoważniej, jak zdołasz.
Drzwi się otworzyły. Dirk odwrócił się i uniósł wzrok. Janacek umilkł. W drzwiach stała Gwen Delvano. Jej twarz i ubranie pokrywała warstwa kurzu. Kobieta powiodła niepewnym wzrokiem po twarzach obecnych, po czym weszła powoli do środka. Przez ramię miała przewieszony pakiet czujników. Arkin Ruark wszedł do pokoju za Gwen, dźwigając pod pachami dwie ciężkie skrzynki z instrumentami. Kimdissianin dyszał ciężko i zlewał go pot. W grubych zielonych spodniach oraz kurtce z kapturem wyglądał znacznie mniej fircykowato niż zwykle.
Gwen postawiła delikatnie pakiet czujników na podłodze, lecz nie wypuściła z dłoni rzemienia.
— Zrań go? — zapytała. — O co tu chodzi? Kto ma kogo zranić?
— Gwen… — zaczął Dirk.
— Nie — przerwał mu Janacek, który zamarł w bardzo sztywnej pozycji. — Kimdissianin musi wyjść.
Ruark rozejrzał się wokół ze zdziwieniem na pobielałej twarzy. Zdjął kaptur i zaczął ocierać czoło, odgarniając białoblond włosy.
— Czysta brednia, Garsey — oznajmił. — Co to za wielki kavalarski sekret, hę? Wojna, polowanie, pojedynek, jakaś przemoc, tak? Nie będę wtykał nosa w takie sprawy, nie, nie ja. Zostawię was samych, tak, proszę bardzo.
Ruszył ku drzwiom.
— Ruark — zawołał Jaan Vikary. — Zaczekaj.
Kimdissianin zatrzymał się.
Vikary popatrzył na swego teyna.
— Trzeba mu powiedzieć. Jeśli przegramy…
— Nie przegramy!
— Powiedzieli, że jeśli przegramy, urządzą na nich polowanie. Garse, ta sprawa dotyczy również Kimdissianina. Trzeba mu powiedzieć.
— Wiesz, co się stanie. Na Toberze, na Wolfheimie, na Eshellinie, na całej Krawędzi. On i jemu podobni będą szerzyli swoje kłamstwa i wszyscy Kavalarzy staną się Braithami. To właśnie są metody manipulatorów, niby-ludzi.
W tonie Janacka nie słyszało się teraz nawet śladu gwałtownego humoru, z którym prowokował Dirka. Tym razem był śmiertelnie poważny.
— Chodzi o życie jego i Gwen — nie ustępował Vikary. — Trzeba im powiedzieć.
— Wszystko?
— Maskarada skończona — stwierdził Vikary. Ruark i Gwen przemówili jednocześnie.
— Jaan, o co…
— Maskarada, życie, polowanie, o co tu chodzi? Mów! Jaan Vikary odwrócił się do nich i opowiedział im wszystko.
Rozdział 7
— Dirk, Dirk, z pewnością nie mówisz tego poważnie. Nie, nie wierzę w to. Cały czas myślałem, no cóż, tak, że jesteś od nich lepszy. A teraz próbujesz mi powiedzieć coś takiego? Nie, ja śnię. To czyste szaleństwo!
Ruark odzyskał już częściowo równowagę. W długim zielonym szlafroku z pseudojedwabiu, wyszywanym w sowy, był bardziej podobny do siebie, choć w zagraconej pracowni wydawał się żałośnie nie na miejscu. Siedział na wysokim stołku, obrócony plecami do ciemnych, prostokątnych ekranów komputerowej konsoli. Obute w pantofle nogi skrzyżował w kostkach, a w pulchnych dłoniach trzymał wysoką, pokrytą szronem szklankę zielonego kimdissiańskiego wina. Butelka stała za jego plecami, obok dwóch pustych szklanek.
Dirk usiadł ze skrzyżowanymi nogami na blacie szerokiego, plastikowego stołu roboczego, wspierając się łokciem na pakiecie czujników. Zrobił sobie miejsce, przesuwając go w jedną stronę, a stos slajdów i papierów w drugą. W pomieszczeniu panował niewiarygodny bałagan.
— Nie rozumiem, co jest w tym szalonego — upierał się. Mówiąc, wędrował wzrokiem po pracowni. Nigdy tu jeszcze nie był. Miała rozmiary zbliżone do salonu w mieszkaniu Kavalarów, ale wydawała się znacznie mniejsza. Pod jedną ścianą ustawiono szereg małych komputerów, a po drugiej stronie wisiała wielka mapa Worlornu w kilkunastu różnych kolorach, w którą wetknięto mnóstwo rozmaitych szpilek i znaczników. Pośrodku stały trzy stoły robocze. Tu właśnie Gwen i Ruark zestawiali w całość fragmenty wiedzy, które udało im się zdobyć w głuszy umierającego świata festiwalowego. Dla Dirka pomieszczenie to wyglądało jednak jak wojskowa kwatera główna.
Nadal nie był do końca pewien, dlaczego tu przyszli. Po długich wyjaśnieniach Vikary’ego i pełnej jadu wymianie słów między Ruarkiem a dwoma Kavalarami, która nastąpiła potem, Kimdissianin wyszedł z hukiem, wracając z Dirkiem do swojego mieszkania. Nie wydawało się, by była to odpowiednia chwila na rozmowę z Gwen, ale gdy tylko Kimdissianin się przebrał i uspokoił nerwy porządnym łykiem wina, zażądał, by Dirk poszedł z nim na górę, do pracowni. Wziął ze sobą trzy szklanki, ale nikt poza nim nie pił. Dirk pamiętał jeszcze poprzedni raz i musiał też myśleć o jutrze. Powinien być w jak najlepszej kondycji. Poza tym jeśli kimdissiańskie wino zgadzało się ze swym kavalarskim odpowiednikiem równie kiepsko, jak Kimdissianie z Kavalarami, pić jedno po drugim byłoby czystym samobójstwem. Dlatego Ruark musiał pić sam.
— Szaleństwem — zaczął Kimdissianin, pociągnąwszy łyk zielonego trunku — jest, żebyś pojedynkował się jak Kavalar. Powiedziałem to, słyszę sam siebie, ale nie wierzę własnym uszom! Jaantony, tak, Garsey, jak najbardziej, i oczywiście ci Braithowie również. Wszystko to gwałtownicy, ksenofobiczne zwierzęta. Ale ty, ach, Dirk! Ty, człowiek z Avalonu, to poniżej twojej godności. Zastanów się, błagam, tak, błagam, pomyśl o mnie, o Gwen, o sobie samym. Jak, jak możesz mówić poważnie? Powiedz mi, muszę to wiedzieć. Z Avalonu! Dorastałeś pod bokiem Akademii Wiedzy Ludzkiej, tak, i Avalońskiego Instytutu Badań nad Nieludzkimi Inteligencjami, jego również. Na świecie Tomasa Chunga, świecie, który jest centralną bazą Zwiadu Kleronomasa. Otaczały cię cała ta historia i wiedza, tak wiele wiedzy, jak wiele jej jeszcze gdziekolwiek przetrwało, pomijając być może Starą Ziemię i Newholme. Wiele podróżowałeś, jesteś kulturalnym człowiekiem, widziałeś różne światy, wiele rozproszonych ludów. Tak! Wiesz lepiej. Musisz wiedzieć lepiej, nie? Tak!