Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Nefrytowy Tron [Throne of Jade - pl]
Nefrytowy Tron [Throne of Jade - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Nefrytowy Tron [Throne of Jade - pl]

Электронная книга - «Nefrytowy Tron [Throne of Jade - pl]». Краткое содержание книги:

Drugi tom cyklu „Temeraire” — niezwykłego połączenia fantasy i powieści historycznych z czasów napoleońskich.
Kapitan Laurence i Temeraire, nowicjusze w brytyjskim Korpusie Powietrznym, odegrali decydującą rolę w bitwie pod Dover, przyczyniając się do odparcia francuskiej inwazji. Niestety, wkrótce wpadają w kłopoty. Kiedy Chińczycy dowiadują się, że Temeraire — niezwykle rzadki smok, którego podarowali Napoleonowi — dostał się w ręce Anglików, wysyłają do Londynu gotową na wszystko delegację, aby go odzyskać. Laurence jednak odmawia współpracy. Za nieposłuszeństwo grozi mu szubienica, więc wbrew własnej woli musi wyruszyć z Temeraire’em w długą i niebezpieczną podróż na Daleki Wschód. Na dworze chińskiego cesarza czekają go jeszcze bardziej szokujące niespodzianki…
1 ... 37 38 39 40 41 42 43 44 45 ... 88
Перейти на страницу:

— Ale, Laurence, to wcale nie jest Neptun, tylko Griggs, a Prozerpina to Boyne.

Rozpoznał marynarzy pod ich sfatygowanymi przebraniami, których specjalnie nie dopracowali.

Wywołało to ogólną, niezbyt ukrywaną wesołość wśród załogi, a Tryton — pomocnik cieśli Leddowes, dość dobrze zamaskowany obskurną szczotką naśladującą perukę — błysnął inwencją i oświadczył, że tym razem każdy, kto się roześmiał, zostanie ukarany przez Neptuna. Laurence kiwnął głową Rileyowi i Leddowes wybrał grupę marynarzy i awiatorów. Pochwycono równą liczbę ofiar z obu stron przy aplauzie reszty, a na koniec Riley zaintonował:

— Dodatkowa porcja grogu dla wszystkich, dzięki opłacie wniesionej przez załogę kapitana Laurence’a.

Rozległy się gromkie okrzyki. Kilku marynarzy zaczęło grać, inni zaś puścili się w tany. Rum zrobił swoje i niebawem nawet awiatorzy klaskali i nucili szanty, chociaż nie znali słów. Nie było może aż tak wesoło jak podczas niektórych chrztów równikowych, ale i tak o wiele lepiej, niż Laurence się spodziewał.

Chińczycy także wyszli na pokład, choć nie poddali się rytualnym ceremoniom, tylko przyglądali się wszystkiemu, żywo dyskutując między sobą. Oczywiście była to prostacka rozrywka i Laurence czuł się nieco zażenowany tym, że Yongxing ogląda takie widowisko, ale Liu Bao uderzył się po udzie, wiwatując z całą załogą, a potem wybuchał gromkim śmiechem przy każdej z ofiar Neptuna. Wreszcie odwrócił się do Temeraire’a i zadał mu jakieś pytanie.

— Laurence, on chciałby się dowiedzieć, co to za ceremonia i jakim duchom oddaje się tu hołd — powiedział Temeraire. — Ale ja sam nic nie wiem. Co świętujemy i dlaczego?

— Och — rzucił Laurence, zastanawiając się, jak wyjaśnić tę dość absurdalną ceremonię. — Właśnie przekroczyliśmy równik, a zgodnie ze starą tradycją ci, którzy zrobili to po raz pierwszy, powinni złożyć hołd Neptunowi, rzymskiemu bogu morza. Oczywiście teraz już nikt go nie czci.

— Ach! — powiedział z aprobatą Liu Bao, kiedy przetłumaczono tę odpowiedź. — Podoba mi się to. Dobrze jest okazywać szacunek starym bogom, nawet jeśli sami ich nie czcicie. To na pewno przynosi szczęście okrętowi. I do Nowego Roku zostało zaledwie dziewiętnaście dni: będziemy musieli świętować na pokładzie, a to też przyniesie szczęście. Duchy naszych przodków poprowadzą okręt do Chin.

Laurence popatrzył na niego niepewnie, ale marynarzom, którzy przysłuchiwali się ich rozmowie z zainteresowaniem, bardzo się to spodobało: perspektywa kolejnego święta oraz zapowiedź szczęścia, odwołująca się do ich przesądnej natury. Chociaż wzmianka o duchach wywołała wiele poważnych dyskusji pod pokładem, gdyż była trochę niepokojąca, zgodzono się w końcu, że duchy przodków na pewno będą przychylne płynącym na okręcie potomkom, więc nie ma się co ich bać.

— Poprosili mnie o krowę, cztery owce i wszystkie osiem kurczaków, jakie nam jeszcze zostały. Trzeba będzie jednak zawinąć na Świętą Helenę. Jutro skręcimy na zachód; przynajmniej łatwiej będzie płynąć, bo teraz strasznie walczymy z tymi pasatami — powiedział Riley kilka dni później, obserwując z powątpiewaniem pokład: kilku chińskich służących łowiło rekiny. — Mam tylko nadzieję, że trunki nie będą zbyt mocne. Będę musiał dodać je marynarzom do porcji grogu, bo inaczej nie byłoby świętowania.

— Nie chcę cię niepokoić, ale sam Liu Bao pije jak szewc. Widziałem, jak za jednym posiedzeniem opróżnił trzy butelki wina — rzucił ponuro Laurence, odwołując się do własnego bolesnego doświadczenia: poseł raczył się przy jego stole kilkakrotnie od czasu Bożego Narodzenia i nawet jeśli cierpiał jeszcze na chorobę morską, to z pewnością trudno byłoby to poznać po jego apetycie. — A Sun Kai, choć nie pije zbyt wiele, nie dostrzega różnicy między brandy a winem, o ile zdążyłem się zorientować.

— Ach, do diabła z nimi — rzucił Riley i westchnął. — No cóż, może wystarczająco dużo marynarzy podpadnie na tyle, że będę mógł odebrać im rację grogu w tamten wieczór. Jak myślisz, po co im te rekiny? Wyrzucili z powrotem do wody dwa morświny, a te przecież są smaczniejsze.

Laurence nie potrafiłby tego odgadnąć, lecz na szczęście nie musiał, bo w tej samej chwili obserwator zawołał:

— Skrzydło trzy rumby od lewej burty przed dziobem.

Natychmiast przeszli na tę stronę i skierowali lunety w niebo, a marynarze popędzili na stanowiska, na wypadek gdyby to był atak.

Obudzony hałasem Temeraire uniósł łeb.

— Laurence, to Volly — zawołał ze smoczego pokładu. — Widzi nas i leci tutaj.

Ryknął na powitanie tak donośnie, że wszyscy podskoczyli i zatrzęsły się maszty. Kilku marynarzy łypnęło na niego, lecz żaden nie odważył się go złajać.

Temeraire przesunął się, by zrobić miejsce, i jakieś piętnaście minut później mały kurierski Greyling opadł na pokład i złożył szerokie bladoszare skrzydła, pokryte białymi prążkami.

— Temrer! — powiedział i radośnie trącił łbem Temeraire’a. — Masz krowę?

— Nie, Volly, ale mogę ci dać owcę — odparł Temeraire z pobłażaniem w głosie. — Czy on jest ranny? — zwrócił się do Jamesa; mały smok mówił jakby przez nos.

Kapitan Volly’ego, Langford James, zsunął się na pokład.

— Witaj, Laurence, tu jesteś. Przeszukaliśmy całe wybrzeże — powiedział i uścisnął dłoń Laurence’a. — Nie, Temeraire, nie ma powodu do niepokoju. Po prostu złapał w Dover to cholerne przeziębienie. Połowa smoków tam jęczy i kicha, jak banda dzieciaków. Ale za tydzień lub dwa będzie zdrowy jak ryba.

Zaniepokojony takim pocieszeniem Temeraire odsunął się trochę od Volly’ego. Najwyraźniej nie miał specjalnej ochoty do przechodzenia pierwszej choroby. Laurence, który dowiedział się o epidemii z listu od Jane Roland, skinął głową.

— Mam nadzieję, że nie wymęczyłeś go z naszego powodu, lecąc taki kawał. Chcesz, żebym wezwał lekarza? — zaproponował.

— Nie, dzięki, ma już dość opieki lekarskiej. Nieprędko zapomni o leku, który połknął, i wybaczy mi, że podłożyłem mu to do obiadu — powiedział James i machnął dłonią. — A poza tym to nie aż taki kawał. Przez ostatnie dwa tygodnie lecieliśmy tym południowym szlakiem i jest tu o wiele cieplej niż w naszej starej dobrej Anglii. Volly bynajmniej nie ma oporów przed wyznawaniem mi, że nie chce latać, więc dopóki nie protestuje, trzymam go w powietrzu.

Poklepał małego smoka, ten zaś trącił nosem dłoń Jamesa a potem położył łeb i zasnął.

— Jakie wieści przynosisz? — zapytał Laurence, przeglądając listy, które przekazał mu James. Miał obowiązek to zrobić, skoro przyniósł je ich kurier. — Jakieś zmiany na kontynencie? O Austerlitz dowiedzieliśmy się w Cape Coast. Odwołali nas? Ferris, zanieś to lordowi Purbeckowi, a to rozdaj naszej załodze — rzekł i oddał pocztę. Sam otrzymał oficjalny komunikat i kilka listów, ale grzecznie schował je pod kurtkę, zamiast od razu je przeczytać.

— Po dwakroć nie, i szkoda, ale przynajmniej będziemy mogli ułatwić ci podróż. Zdobyliśmy holenderską kolonię w Kapsztadzie — powiedział James. — W zeszłym miesiącu. Tak więc możecie się tam zatrzymać.

Nowiny rozeszły się szybko po całym pokładzie, podsycane entuzjazmem ludzi, którzy długo martwili się ponurymi wieściami o ostatnim sukcesie Napoleona, i niebawem Allegiance wypełniły patriotyczne okrzyki; trzeba było przywrócić spokój na pokładzie, żeby dało się znowu rozmawiać. Poczta sporo pomogła, Purbeck i Ferris wręczyli listy załogom, i pozostało już tylko parę źródeł wrzasków, a większość ludzi zagłębiła się w lekturze listów.

1 ... 37 38 39 40 41 42 43 44 45 ... 88
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)