Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]
- Автор: Тертлдав Гарри Норман
- Серия: Videssos (pl) #3
- Год: 1995
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7082-893-0
- Переводчик: Janusz Ochab
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]». Краткое содержание книги:
— Hmm… — powiedział. — Gdyby Videssańczycy nie używali najemników, wytłukliby nas wszystkich, jak tylko pojawiliśmy się w tym zwariowanym świecie.
— No tak… — zgodził się Skaurus. Gajusz Filipus pokiwał głową i odszedł, by zasypać przekleństwami Vaspurakanera który był na tyle głupi, by sikać do strumienia powyżej obozu. Pechowy żołnierz miał przed sobą tydzień sprzątania latryn.
Marek pozostał sam ze swoimi rozmyślaniami. Gajusz Filipus rzadko wtrącał się do jego rozmów z Helvis. Czyżby starszy centurion próbował na swój, nieco nieokrzesany sposób łagodzić spory między nimi? Biorąc pod uwagę jego wrogie nastawienie do kobiet, byłoby to dosyć dziwne, ale żadne inne wytłumaczenie nie przychodziło trybunowi do głowy. Wymruczał pod nosem sentencję, w archaicznej, rytmicznej grece Helvis spojrzała na niego dziwnie.
— Wszystko co mówisz, mój przyjacielu, trafia w same sedno — przetłumaczył. Wszystko można było znaleźć u Homera.
Żona Zonarasa była posiwiałą już, ale pełną życia, kompetentną kobietą. Na imię miała Thekla. Jego owdowiała siostra, Erythro, mieszkała razem z nimi. Młodsza o kilka lat od Sittasa, była gadatliwa i kapryśna, i miała dar przerywania ciszy i spokoju, którym się napawał, w najmniej odpowiednich momentach.
Erythro nic miała dzieci. Jej brat i Thekla mieli kiedyś córkę i trzech synów. Dziewczyna, Ypatia, przypominała Markowi trochę Alypię Gavra swoją cichą inteligencją. Była zaręczona z jednym z magnatów, mieszkającym w górach na południu Jej przyszły mąż miał, najprawdopodobniej, odziedziczyć ma jatek Zonarasa. gdyż jego jedyny żyjący syn, choć jeszcze młody, chory był na gruźlicę. Znosił swoją chorobę z zadziwiającym spokojem i odwagą, i śmiał się z napadów kaszlu, które wstrząsały jego drobnym ciałem, ale widać już było na nim znamię śmierci. Dwaj starsi bracia, razem z wieloma ludźmi niższego stanu z posiadłości Zonarasa, zginęli pod Maragha, walcząc pod Onomagoulosem.
Pomimo to, Zonaras nie poparł swojego sąsiada, gdy ten zbuntował się przeciwko Thorisinowi Gavrasowi.
— Jak mówi Kalokyres, w czasie wojny domowej rozsądny człowiek siedzi cicho. — Skaurus uśmiechnął się skrycie, słysząc te słowa. Ostatnim człowiekiem, którego znał, a który z zamiłowaniem cytował videssańskiego pisarza, był Ortaias Sphrantzes, pechowy żołnierz… jeśli w ogóle nim był.
Portrety nieżyjących synów magnata, oprawione w czarne ramy, wisiały w jadalni.
— To okropne kicze — powiedziała Markowi Erythro, konfidencjonalnym tonem, którego uwielbiała używać. — Musisz wiedzieć, że moi bratankowie byli bardzo przystojnymi chłopcami.
— Cały twój smak mieści się w twoich ustach, droga siostro — zagrzmiał Sittas Zonaras. Sprzeczali się z Erythro nieustannie, co obu stronom sprawiało niemałą przyjemność. Jeżeli ona mówiła dobrze o winie, on przez następne dwa tygodnie, żeby ją zirytować, pil tylko piwo. Namawiała go, by utopił wszystkie koty, które pojawiały się w domu, ale gdy tylko nie było go w pobliżu, głaskała je i bawiła się z nimi.
W kwestii portretów, Marek skłonny był się jednak zgodzie z Erythro. Porównując je z tym, co malowano w stolicy, uważał że obrazy były dziełem jakiegoś samouka, bez wątpienia tubylca.
Mimo to, podsunęły Markowi pewien pomysł. Kilka dni po tym, jak legioniści rozbili obóz obok willi Zonarasa, podszedł do Styppesa.
— Chciałbym cię prosić o przysługę.
— No to proś — odburknął Styppes, nieuprzejmy jak zawsze. Przynajmniej — pomyślał trybun — nie był pijany.
— Chciałbym, żebyś namalował dla mnie ikonę.
— Dla ciebie? — oczy Styppesa, ginące pod fałdami tłuszczu, zwęziły się podejrzliwie. — A na co niewiernemu święty obraz?
— Na prezent dla mojej pani, Helvis.
— Która jest heretyczką — kapłan wciąż był gburowaty, ale Skaurus miał już przygotowane wszystkie argumenty. Prowadził już kiedyś tę grę z Videssańczykami. Zajęło to trochę czasu i Styp-pes zdążył nadwerężyć nieco swoje gardło, ale w końcu przyznał ponuro, że cześć oddawana odpowiedniemu świętemu mogła doprowadzić nawet heretyków do prawdziwej wiary, to znaczy — jego wiary.
— W takim razie, którego świętego chciałbyś, żebym ci namalował?
Trybun przypomniał sobie świątynię w Videssos, do której chodziła Helvis, kiedy w mieście wybuchły zamieszki przeciw Namdalajczykom.
— Nie pamiętam, jak nazywał się ten święty — powiedział gdy Styppes przygryzał wargę — ale żył on na Namdalen, zanim podbiło je Imperium. Nazywało się to Kalavria, praw da? W stolicy jest świątynia właśnie jemu poświecona, niedaleko od przystani Kontoskalion.
— Aa! — powiedział kapłan zaskoczony, że Marek miał już gotowy wybór. — Wiem, o kogo ci chodzi; to święty Nestorios. Na portretach przedstawiany jest jako łysy starzec z rozdwojoną brodą. Więc heretycy z Księstwa nadal oddają mu cześć, tak? W porządku, będziesz miał swoją ikonę.
— Wielkie dzięki. — Marek zamilkł na moment, po czym dodał: — Przysługa za przysługę. Kiedy znajdę chwilę, mogę pozować do twojego obrazu świętego… Jak też on się nazywał?… Kvel-dulfa, o właśnie.
— Tak, tak. To miło z twojej strony, z pewnością… — powiedział Styppes z roztargnieniem. Trybun myślał, że kapłan zaczynał już planować jak namaluje ikonę, ale kiedy odwrócił się do wyjścia, usłyszał jak ten mruczy do siebie pod nosem: — Na Phosa, ależ mi się chce pić.
Nie po raz pierwszy trybun żałował, że zdolny Nepos nie woli życia w polu od swojej posady nauczyciela teoretycznej traumaturgii w Akademii Videssos.
Przez kilka następnych dni Skaurus był zbyt zajęty, by poświęcać więcej uwagi ikonie czy też Styppesowi. Willa Zonarasa i jego mała prywatna armia wystarczyłyby zapewne, żeby stawić czoło innemu magnatowi, ale trybun nie miał żadnych złudzeń co do możliwości obrony przed zawodowcami Draxa. Legioniści kopali jak borsuki, starając się umocnić swój obóz najlepiej jak tylko potrafili, ale to wcale nie umniejszało zmartwień Markowi. Wiedział dobrze, że nawet najlepsze umocnienia nic tu nie pomogą — po prostu miał za mało ludzi.
Dzięki jeźdźcom Zonarasa mógł śledzić ruchy Namdalajczyków. Każdego dnia ich raporty mówiły o coraz większej liczbie wyspiarzy przeprawiających się na południowy brzeg Arandos, ale na razie nie była to wielka kolumna wojowników, której obawiał się trybun. Ludzie Księstwa rozpoczęli budowę fortecy, o kilka godzin jazdy na północ od dębowego lasu Zonarasa.
— Drax zajęty jest gdzie indziej i nie chce, żebyśmy mu przeszkadzali — powiedział Gajusz Filipus.
Marek rozłożył szeroko ręce, nie mając pojęcia co zamierzał Drax. Nie wszystko, co robił książę Namdalajczyków, miało sens.
— Nie, ale wszystko w końcu działa — jako dobry Rzymianin, bardziej cenił rezultaty niż metody.
Trybun uwolnił jednego ze swoich namdalajskich więźniów, których trzymał na skraju lasu, używając go jako posłańca do Draxa. Miał nadzieję, że uda mu się wymienić jeńców za Mertikesa Zigabenosa. Ich piegowaty kapitan, który nazywał siebie Persie Rybihak, od zakrzywionej blizny na ramieniu, powiedział Markowi w zaufaniu:
— Żaden problem. Myślę, że będziemy wolni nie później niż za tydzień. Trzydziestu naszych zawsze będzie znaczyło więcej niż jeden videssański generał.
Czekając na dzień wymiany, wyspiarze ochoczo pomagali legionistom — nawet jako ich jeńcy, rozumieli się z Rzymianami doskonale.
Wracając do willi Zonarasa, Marek ujrzał zadziwiającą scenę — Styppes chodził na czworaka po ogrodzie magnata, odwracając liście sałaty i przyglądając im się badawczo.
— Czego szukasz? — zawołał do kapłana ciekawy, jakież to zioła przydatne w medycynie rosną obok sałaty. Zamruga! ze zdziwienia, gdy Styppes odparł: