Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl]
Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl]

Электронная книга - «Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl]». Краткое содержание книги:

Mieszkaniec planety Anarres, fizyk imieniem Szevek, nigdy nie potrafi zrezygnować z prawa do odrębności, do osobistej wolności, dlatego czuł się nieszczęśliwy będąc członkiem społeczeństwa ludzi całkowicie równych. Idealnym wyjściem w tej sytuacji wydaje się emigracja na sąsiednią, wrogą planetę Urras. Szevek otrzymuje zaproszenie i opuszcza ojczyznę, lecz już na pokładzie statku kosmicznego zdobywa pewne niepokojące informacje o Urras. Statek niebawem wyląduje…

Powieść otrzymała nagrodę Nebulę w 1974 i Hugo w 1975.
1 ... 40 41 42 43 44 45 46 47 48 ... 95
Перейти на страницу:

— Do czorta! — wtrącił Bedap, który się im przysłuchiwał. — To pierwsza cyniczna uwaga, jaką w życiu wygłosiłeś, Szev. Witaj w naszym gronie!

Salas roześmiał się.

— Wysłuchaliby jej, ale potem skierowaliby do nagrania na taśmę albo wykonania na prowincji. Nie jest utrzymana w Stylu Organicznym.

— Nic dziwnego, że mieszkając w Północoniżu, nigdy nie słyszałem profesjonalnej muzyki. Ale jakie oni znajdują usprawiedliwienie dla tego rodzaju cenzury? Ty piszesz muzykę! Muzyka jest sztuką kooperatywną, organiczną z samej definicji, społeczną.

Niewykluczone, że jest najszlachetniejszą formą społecznego zachowania, do jakiej jesteśmy zdolni. Z pewnością zaś jest jednym z najszlachetniejszych zawodów, jaki może sobie obrać jednostka.

Ze swej zaś natury, z natury wszelkiej sztuki, jest dzieleniem się.

Artysta dzieli się z innymi, to istota jego dzieła. Abstrahując już od tego, co mówią twoi syndycy, w jaki sposób może Kompoprac usprawiedliwić fakt, że nie kieruje cię do pracy w twoim zawodzie?

— Oni nie pragną się tym dzielić — oznajmił wesoło Salas. — Oni mają przed tym pietra.

Bedap przemówił tonem bardziej serio:

— Potrafią to usprawiedliwić, gdyż muzyka nie jest użyteczna.

Pojmujesz, ważne jest kopanie kanałów; muzyka to tylko dekoracja. Zatoczyliśmy koło i wróciliśmy do najnikczemniejszego z rodzajów spekulanckiego utylitaryzmu. Odrzuciliśmy to wszystko, co stanowiło istotę odońskiego ideału — złożoność, żywotność, swobodę tworzenia i przedsiębiorczości. Wróciliśmy wprost do barbarzyństwa — jeśli coś jest nowe, uciekaj od tego; jeśli nie możesz tego zjeść, wyrzuć to!

Szevek pomyślał o własnej pracy i nic nie powiedział. Nie potrafił się jednak przyłączyć do krytyki Bedapa. Przyjaciel otworzył mu oczy na fakt, że i sam jest w gruncie rzeczy rewolucjonistą; a jednak czuł całym sobą, że jest nim za sprawą wychowania i wykształcenia, które odebrał jako odonianin i Anarresyjczyk. Nie może się buntować przeciwko własnemu społeczeństwu, bo jego społeczeństwo, właściwie rozumiane, jest rewolucją — nieustającą rewolucją, procesem w rozwoju. Aby podtrzymać ważność rewolucji i jej siłę — myślał — wystarczy człowiekowi działać, bez obawy kary i nadziei nagrody — działać z potrzeby serca.

Bedap wybierał się z kilkoma przyjaciółmi na dziesięciodniową włóczęgę w góry Ne Theras. Namówił Szeveka, żeby wyruszył z nimi. Temu uśmiechała się dekada w górach, lecz nie perspektywa wysłuchiwania przez dziesięć dni poglądów Bedapa. Rozmowa z nim zanadto przypominała sesje krytyczne, tę formę wspólnotowego życia, za którą najmniej przepadał, polegającą na tym, że każdy wstawał i skarżył się na niedociągnięcia w funkcjonowaniu wspólnoty oraz — najczęściej — na skazy charakteru sąsiadów.

Im bliżej było do tych wakacji, z tym mniejszą wyglądał ich ochotą. Wsadził jednak do kieszeni notes — aby mieć możność usuwania się od towarzystwa pod pozorem pracy — i wyruszył.

Spotkali się wczesnym rankiem za bazą ciężarówek przy Wschodnich Rogatkach — trzech mężczyzn i trzy kobiety. Szevek nie znał żadnej z nich, a Bedap przedstawił go jedynie dwóm. Gdy ruszyli drogą w stronę gór, wypadło mu iść obok tej trzeciej.

— Szevek — przedstawił się.

— Wiem — odpowiedziała.

Uświadomił sobie, że musiał ją już gdzieś spotkać i powinien znać jej imię. Zapłonęły mu uszy.

— Kpisz sobie? — zapytał Bedap, podchodząc z lewej strony. — Takver była z nami w Instytucie w Północoniżu. Od dwóch lat mieszka w Abbenay. Nie spotkaliście się od tego czasu?

— Widziałam go parę razy — powiedziała dziewczyna i roześmiała się.

Miała śmiech osoby, która lubi dobrze zjeść — szeroki, dziecięcy śmiech. Wysoka i raczej szczupła, o krągłych ramionach, rozłożystych biodrach, nie była olśniewająco piękna, twarz miała smagłą, inteligentną i pogodną. W jej oczach była ciemność, nie ta nieprzenikniona ciemność błyszczących oczu, ale mrok głębi, niezwykle miękka, niemal aksamitna czerń miałkiego popiołu. Napotkawszy spojrzenie tych oczu, Szevek pojął, że zapominając o niej, popełnił grzech niewybaczalny — i w tej samej chwili zrozumiał, że zostało mu to wybaczone. Że sprzyja mu szczęście. Że jego los się odmienił.

Wkroczyli w góry.

Zimnym wieczorem czwartego dnia wyprawy on i Takver siedzieli na nagim stromym zboczu nad doliną. Czterdzieści metrów niżej pomiędzy opryskanymi wodą kamieniami rwał parowem górski strumień. Niewiele było na Anarres płynącej wody; jej poziom na większości terenów był niski, rzeki krótkie. Bystre potoki płynęły tylko w górach. Łoskot kipieli burzącej się, szumiącej i śpiewającej był dla młodych nowością.

Przez cały dzień wdrapywali się na stoki wysokogórskich wąwozów, potem schodzili, tak że nie czuli już nóg. Reszta grupy została w Schronisku, kamiennym, schludnie utrzymanym domku, zbudowanym przez — i dla — turystów; Związek Ne Theras należał do najaktywniejszych spośród ochotniczych stowarzyszeń, które postawiły sobie za cel zachowanie i ochronę skąpych raczej „malowniczych” zakątków Anarres. Mieszkający tam latem strażnik ogniowy pomagał Bedapowi i pozostałym przygotować jakąś kolację z zasobów dobrze zaopatrzonej spiżarni. Takver i Szevek wyszli — osobno i w tej kolejności — nie mówiąc, dokąd się wybierają, ani to zresztą wiedząc.

Kiedy ją znalazł, siedziała na stromym zboczu wśród porastających górskie stoki — jakby je posypano kłaczkami koronek — delikatnych krzewin księżycorośli; ich sztywne, kruche gałązki srebrzyły się w mroku. Bezbarwna jasność nieba między wschodnimi szczytami zwiastowała wzejście księżyca. Strumień burzył się hałaśliwie w ciszy wyniosłych, nagich wzgórz. Ani powiewu wiatru, ani chmurki na niebie. Powietrze ponad górami — czyste i przejrzyste — przypominało ametyst.

Czas jakiś siedzieli w milczeniu.

— Jeszcze nigdy nie czułem takiego pociągu do kobiety, jaki czuję do ciebie. Od początku tej wycieczki. — Ton głosu Szeveka był zimny, niemal gniewny.

— Nie chciałam ci psuć wakacji — odpowiedziała z tym swoim szerokim, dziecinnym śmiechem, zbyt głośnym o tej godzinie zmierzchu.

— Nie popsułaś!

— To świetnie. Myślałam, że się skarżysz, że to cię rozprasza.

— Rozprasza! To jest jak trzęsienie ziemi.

— Dziękuję.

— Ty nie masz z tym nic wspólnego — odrzekł szorstko. — Tu chodzi tylko o mnie.

— Tak tobie się zdaje.

Zapadło dłuższe milczenie.

— Jeśli masz ochotę kopulować — powiedziała — dlaczego mnie nie poprosisz?

— Bo nie jestem pewien, czy tego właśnie chcę.

— Ani ja — stwierdziła bez uśmiechu. — Słuchaj — powiedziała miękkim, pozbawionym niemal tembru głosem; była w nim ta sama puszystość, co w jej oczach — powinnam ci coś wyznać. — Co mu jednak powinna była wyznać, pozostało przez dłuższą chwilę nie wyznane. Zwrócił na nią w końcu spojrzenie tak pełne błagalnego niepokoju, że wyrzuciła z siebie pośpiesznie: — No cóż, chciałam jedynie powiedzieć, że nie chcę teraz z tobą spółkować.

Ani z nikim innym.

— Zerwałaś z seksem?

— Ależ skąd! — zaprzeczyła z oburzeniem, bez dalszych jednak wyjaśnień.

— A ja właściwie tak — wyznał, rzucając do potoku kamyk. — Albo jestem impotentem. Już od pół roku nic, a i przedtem tylko z Bedapem. Właściwie już blisko rok. Coraz mniejszą mi to sprawiało frajdę, aż wreszcie zaniechałem prób. To nie było tego warte.

Niewarte zachodu. A jednak nie zapomniałem, jakie to być powinno.

1 ... 40 41 42 43 44 45 46 47 48 ... 95
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)