Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl]
- Автор: Гуин Урсула К. Ле
- Год: 1993
- Язык: польский
- Год: Phantom Press International
- ISBN: 83-7075-502-X
- Переводчик: Lukasz Nicpan
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl]». Краткое содержание книги:
Powieść otrzymała nagrodę Nebulę w 1974 i Hugo w 1975.
— Do czorta! — wtrącił Bedap, który się im przysłuchiwał. — To pierwsza cyniczna uwaga, jaką w życiu wygłosiłeś, Szev. Witaj w naszym gronie!
Salas roześmiał się.
— Wysłuchaliby jej, ale potem skierowaliby do nagrania na taśmę albo wykonania na prowincji. Nie jest utrzymana w Stylu Organicznym.
— Nic dziwnego, że mieszkając w Północoniżu, nigdy nie słyszałem profesjonalnej muzyki. Ale jakie oni znajdują usprawiedliwienie dla tego rodzaju cenzury? Ty piszesz muzykę! Muzyka jest sztuką kooperatywną, organiczną z samej definicji, społeczną.
Niewykluczone, że jest najszlachetniejszą formą społecznego zachowania, do jakiej jesteśmy zdolni. Z pewnością zaś jest jednym z najszlachetniejszych zawodów, jaki może sobie obrać jednostka.
Ze swej zaś natury, z natury wszelkiej sztuki, jest dzieleniem się.
Artysta dzieli się z innymi, to istota jego dzieła. Abstrahując już od tego, co mówią twoi syndycy, w jaki sposób może Kompoprac usprawiedliwić fakt, że nie kieruje cię do pracy w twoim zawodzie?
— Oni nie pragną się tym dzielić — oznajmił wesoło Salas. — Oni mają przed tym pietra.
Bedap przemówił tonem bardziej serio:
— Potrafią to usprawiedliwić, gdyż muzyka nie jest użyteczna.
Pojmujesz, ważne jest kopanie kanałów; muzyka to tylko dekoracja. Zatoczyliśmy koło i wróciliśmy do najnikczemniejszego z rodzajów spekulanckiego utylitaryzmu. Odrzuciliśmy to wszystko, co stanowiło istotę odońskiego ideału — złożoność, żywotność, swobodę tworzenia i przedsiębiorczości. Wróciliśmy wprost do barbarzyństwa — jeśli coś jest nowe, uciekaj od tego; jeśli nie możesz tego zjeść, wyrzuć to!
Szevek pomyślał o własnej pracy i nic nie powiedział. Nie potrafił się jednak przyłączyć do krytyki Bedapa. Przyjaciel otworzył mu oczy na fakt, że i sam jest w gruncie rzeczy rewolucjonistą; a jednak czuł całym sobą, że jest nim za sprawą wychowania i wykształcenia, które odebrał jako odonianin i Anarresyjczyk. Nie może się buntować przeciwko własnemu społeczeństwu, bo jego społeczeństwo, właściwie rozumiane, jest rewolucją — nieustającą rewolucją, procesem w rozwoju. Aby podtrzymać ważność rewolucji i jej siłę — myślał — wystarczy człowiekowi działać, bez obawy kary i nadziei nagrody — działać z potrzeby serca.
Bedap wybierał się z kilkoma przyjaciółmi na dziesięciodniową włóczęgę w góry Ne Theras. Namówił Szeveka, żeby wyruszył z nimi. Temu uśmiechała się dekada w górach, lecz nie perspektywa wysłuchiwania przez dziesięć dni poglądów Bedapa. Rozmowa z nim zanadto przypominała sesje krytyczne, tę formę wspólnotowego życia, za którą najmniej przepadał, polegającą na tym, że każdy wstawał i skarżył się na niedociągnięcia w funkcjonowaniu wspólnoty oraz — najczęściej — na skazy charakteru sąsiadów.
Im bliżej było do tych wakacji, z tym mniejszą wyglądał ich ochotą. Wsadził jednak do kieszeni notes — aby mieć możność usuwania się od towarzystwa pod pozorem pracy — i wyruszył.
Spotkali się wczesnym rankiem za bazą ciężarówek przy Wschodnich Rogatkach — trzech mężczyzn i trzy kobiety. Szevek nie znał żadnej z nich, a Bedap przedstawił go jedynie dwóm. Gdy ruszyli drogą w stronę gór, wypadło mu iść obok tej trzeciej.
— Szevek — przedstawił się.
— Wiem — odpowiedziała.
Uświadomił sobie, że musiał ją już gdzieś spotkać i powinien znać jej imię. Zapłonęły mu uszy.
— Kpisz sobie? — zapytał Bedap, podchodząc z lewej strony. — Takver była z nami w Instytucie w Północoniżu. Od dwóch lat mieszka w Abbenay. Nie spotkaliście się od tego czasu?
— Widziałam go parę razy — powiedziała dziewczyna i roześmiała się.
Miała śmiech osoby, która lubi dobrze zjeść — szeroki, dziecięcy śmiech. Wysoka i raczej szczupła, o krągłych ramionach, rozłożystych biodrach, nie była olśniewająco piękna, twarz miała smagłą, inteligentną i pogodną. W jej oczach była ciemność, nie ta nieprzenikniona ciemność błyszczących oczu, ale mrok głębi, niezwykle miękka, niemal aksamitna czerń miałkiego popiołu. Napotkawszy spojrzenie tych oczu, Szevek pojął, że zapominając o niej, popełnił grzech niewybaczalny — i w tej samej chwili zrozumiał, że zostało mu to wybaczone. Że sprzyja mu szczęście. Że jego los się odmienił.
Wkroczyli w góry.
Zimnym wieczorem czwartego dnia wyprawy on i Takver siedzieli na nagim stromym zboczu nad doliną. Czterdzieści metrów niżej pomiędzy opryskanymi wodą kamieniami rwał parowem górski strumień. Niewiele było na Anarres płynącej wody; jej poziom na większości terenów był niski, rzeki krótkie. Bystre potoki płynęły tylko w górach. Łoskot kipieli burzącej się, szumiącej i śpiewającej był dla młodych nowością.
Przez cały dzień wdrapywali się na stoki wysokogórskich wąwozów, potem schodzili, tak że nie czuli już nóg. Reszta grupy została w Schronisku, kamiennym, schludnie utrzymanym domku, zbudowanym przez — i dla — turystów; Związek Ne Theras należał do najaktywniejszych spośród ochotniczych stowarzyszeń, które postawiły sobie za cel zachowanie i ochronę skąpych raczej „malowniczych” zakątków Anarres. Mieszkający tam latem strażnik ogniowy pomagał Bedapowi i pozostałym przygotować jakąś kolację z zasobów dobrze zaopatrzonej spiżarni. Takver i Szevek wyszli — osobno i w tej kolejności — nie mówiąc, dokąd się wybierają, ani to zresztą wiedząc.
Kiedy ją znalazł, siedziała na stromym zboczu wśród porastających górskie stoki — jakby je posypano kłaczkami koronek — delikatnych krzewin księżycorośli; ich sztywne, kruche gałązki srebrzyły się w mroku. Bezbarwna jasność nieba między wschodnimi szczytami zwiastowała wzejście księżyca. Strumień burzył się hałaśliwie w ciszy wyniosłych, nagich wzgórz. Ani powiewu wiatru, ani chmurki na niebie. Powietrze ponad górami — czyste i przejrzyste — przypominało ametyst.
Czas jakiś siedzieli w milczeniu.
— Jeszcze nigdy nie czułem takiego pociągu do kobiety, jaki czuję do ciebie. Od początku tej wycieczki. — Ton głosu Szeveka był zimny, niemal gniewny.
— Nie chciałam ci psuć wakacji — odpowiedziała z tym swoim szerokim, dziecinnym śmiechem, zbyt głośnym o tej godzinie zmierzchu.
— Nie popsułaś!
— To świetnie. Myślałam, że się skarżysz, że to cię rozprasza.
— Rozprasza! To jest jak trzęsienie ziemi.
— Dziękuję.
— Ty nie masz z tym nic wspólnego — odrzekł szorstko. — Tu chodzi tylko o mnie.
— Tak tobie się zdaje.
Zapadło dłuższe milczenie.
— Jeśli masz ochotę kopulować — powiedziała — dlaczego mnie nie poprosisz?
— Bo nie jestem pewien, czy tego właśnie chcę.
— Ani ja — stwierdziła bez uśmiechu. — Słuchaj — powiedziała miękkim, pozbawionym niemal tembru głosem; była w nim ta sama puszystość, co w jej oczach — powinnam ci coś wyznać. — Co mu jednak powinna była wyznać, pozostało przez dłuższą chwilę nie wyznane. Zwrócił na nią w końcu spojrzenie tak pełne błagalnego niepokoju, że wyrzuciła z siebie pośpiesznie: — No cóż, chciałam jedynie powiedzieć, że nie chcę teraz z tobą spółkować.
Ani z nikim innym.
— Zerwałaś z seksem?
— Ależ skąd! — zaprzeczyła z oburzeniem, bez dalszych jednak wyjaśnień.
— A ja właściwie tak — wyznał, rzucając do potoku kamyk. — Albo jestem impotentem. Już od pół roku nic, a i przedtem tylko z Bedapem. Właściwie już blisko rok. Coraz mniejszą mi to sprawiało frajdę, aż wreszcie zaniechałem prób. To nie było tego warte.
Niewarte zachodu. A jednak nie zapomniałem, jakie to być powinno.