Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl]
Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl]

Электронная книга - «Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl]». Краткое содержание книги:

Mieszkaniec planety Anarres, fizyk imieniem Szevek, nigdy nie potrafi zrezygnować z prawa do odrębności, do osobistej wolności, dlatego czuł się nieszczęśliwy będąc członkiem społeczeństwa ludzi całkowicie równych. Idealnym wyjściem w tej sytuacji wydaje się emigracja na sąsiednią, wrogą planetę Urras. Szevek otrzymuje zaproszenie i opuszcza ojczyznę, lecz już na pokładzie statku kosmicznego zdobywa pewne niepokojące informacje o Urras. Statek niebawem wyląduje…

Powieść otrzymała nagrodę Nebulę w 1974 i Hugo w 1975.
1 ... 43 44 45 46 47 48 49 50 51 ... 95
Перейти на страницу:

Błędne początki i daremne trudy minionych lat okazywały się teraz podwalinami, fundamentami, które — choć kładzione w ciemności — położone zostały solidnie. Na nich to — metodycznie i ostrożnie, ze zręcznością wszakże i nieomylnością ręki, które zdawały się pochodzić nie od niego, lecz od jakiejś wiedzy, która się nim posługiwała jak narzędziem — wznosił piękną i solidną konstrukcję zasad jednoczesności.

Takver — jak zresztą każdy człowiek, decydujący się żyć u boku twórczego ducha — miała z nim życie niełatwe. Choć jej istnienie było Szevekowi niezbędnie potrzebne, jej fizyczna obecność rozpraszała go. Toteż niechętnie wracała wcześniej do domu, bo często odkładał wtedy pracę, co uważała za złe. Później, gdy już osiągną stateczność średniego wieku, będzie w stanie ignorować jej obecność; jako dwudziestoczterolatek nie potrafił. Dlatego tak układała sobie zajęcia w laboratorium, aby nie wracać do domu przed popołudniem. Ale i to nie było najlepszym rozwiązaniem, gdyż Szevek wymagał opieki. Bywało, że w dni, kiedy nie miał wykładów, zastawała go przy stole, za którym siedział od sześciu, czasem ośmiu godzin, a gdy od niego wstawał, zataczał się ze zmęczenia, trzęsły mu się ręce i mówił od rzeczy. Twórczy duch obchodzi się ze swoimi narzędziami bez pardonu, zużywa je, odrzuca, chwyta za nowy egzemplarz. Lecz dla Takver wymiana nie wchodziła w grę, toteż widząc, jak bezlitośnie wykorzystywany jest Szevek, burzyła się. Podnosiła krzyk, jak niegdyś Asieo, mąż Odo, który wołał: „Na miłość boską, dziewczyno, czy nie mogłabyś służyć Prawdzie po troszk u?” — z tą różnicą, że tu dziewczyną była ona i do tego nie miała znajomości z Bogiem.

Prowadzili ze sobą rozmowy, szli na spacer albo do łaźni, potem na kolację do stołówki w Instytucie. Po kolacji jakaś impreza, koncert lub spotkanie z przyjaciółmi — Bedapem, Salasem oraz ich gronem znajomych, Desarem i kolegami z Instytutu, znajomymi i przyjaciółmi Takver. Ich życie nie koncentrowało się jednak wokół spotkań i przyjaciół. Udzielanie się — czy to społecznie, czy towarzysko — nie było im niezbędnie potrzebne; wystarczało im ich partnerstwo i nie umieli ukryć tego faktu. Pozostałych nie zdawało się to jednak urażać. Wprost przeciwnie. Bedap, Salas, Desar i reszta przychodzili do nich jak spragnieni wędrowcy do źródła. Inni ludzie nie byli dla nich najważniejsi — ale oni byli najważniejsi dla innych. Nie odznaczali się niczym wyjątkowym, nie byli ani uczynniejsi od innych, ani szczególnie błyskotliwi w rozmowie, mimo to przyjaciele kochali ich, polegali na nich i znosili im prezenty — drobne podarunki, jakie krążyły wśród tych ludzi, którzy nie mieli nic i posiadali wszystko: a to szalik zrobiony na drutach, a to odłamek granitu wysadzany karmazynowymi granatami, a to wazon ulepiony ręcznie w pracowni związku garncarzy, a to wiersz miłosny, a to komplet drewnianych, rzeźbionych guzików, a to spiralną muszlę z Morza Sorruba. Wręczając taki prezent Takver, mówili: „Weź to, może się przyda Szevowi jako przycisk do papieru”, wręczając zaś Szevekowi: „Przyjmij to, Tak się spodoba ten kolor”. Ofiarowując te dary, pragnęli się włączyć w to, co ci dwoje dzielili między sobą, uczcić to, uhonorować.

Lato roku 160 po Osiedleniu na Anarres było długie, skwarne i pogodne. Obfite deszcze, które spadły na wiosnę, uczyniły równiny Abbenay zielonymi i zmyły kurz z powietrza, od czego stało się ono niezwykle przejrzyste; w ciągu dnia przypiekało słońce, nocą niebo usiane było gwiazdami. Gdy wschodził księżyc, widziało się wyraźnie zarysy kontynentów pod oślepiająco białymi zwojami chmur.

— Dlaczego on tak pięknie wygląda? — zastanawiała się Takver, leżąc w ciemności obok Szeveka pod pomarańczowym kocem.

Ponad nimi unosiły się w mroku Zajęcia Nie Zamieszkanej Przestrzeni; za oknem błyszczał księżyc w pełni. — Skoro wiemy, że to tylko planeta taka jak ta, jedynie z lepszym klimatem i gorszymi ludźmi, skoro wiemy, że ci ludzie to posiadacze, którzy toczą wojny, ustanawiają prawa, jedzą, gdy inni głodują, starzeją się, mają pecha, gościec stawowy i nagniotki na palcach tak samo jak ludzie tutejsi… skoro wiemy to wszystko, czemu on nadal wydaje nam się miejscem tak szczęśliwym — jakby życie musiało tam płynąć w rozkoszy? Kiedy patrzę na tę promienistą kulę, nie potrafię sobie wyobrazić, że mógłby tam żyć taki odrażający, mały człowieczek z wytłuszczonymi rękawami i szczątkowym mózgiem jak Sabul; po prostu nie potrafię…

Księżycowa poświata oświetlała ich nagie piersi i ramiona. Delikatny meszek na twarzy Takver opromieniał jej rysy mglistą aureolą; cienie, a także jej włosy były czarne. Szevek dotknął srebrną dłonią jej srebrnego ramienia, dziwiąc się ciepłu tego dotyku w tak zimnym świetle.

— Jeśli umiesz zobaczyć jakąś rzecz w całej jej pełni — powiedział — zawsze wyda ci się ona piękna. Planety, życie ludzkie…

Świat zaś widziany z bliska to brud i kamienie. Życie oglądane z perspektywy dnia codziennego to ciężki znój, człowieka ogarnia zmęczenie, traci z oczu wzór. Potrzebny jest dystans — odstęp. Żeby dostrzec, jak piękna jest ziemia, trzeba ją zobaczyć jako księżyc. Żeby dostrzec, jak piękne jest życie, trzeba na nie spojrzeć z punktu widzenia śmierci.

— W porządku, jeśli chodzi o Urras. Niech tam sobie zostanie i będzie tym księżycem — nie zależy mi na niej! Ale nie myślę stawać na kamieniu nagrobnym, spoglądać na życie i stwierdzać: O, jakże ono piękne! Chcę je oglądać jako całość z samego jego środka, tu, teraz. Gwiżdżę na wieczność!

— To nie ma nic wspólnego z wiecznością — powiedział z uśmiechem — szczupły, kudłaty mężczyzna ze srebra i cienia. — Żeby ujrzeć życie jako całość, wystarczy stwierdzić, że jest śmiertelne. Ja umrę, ty umrzesz; inaczej jakże moglibyśmy się kochać?

Słońce się wypali. Dzięki czemu innemu świeci?

— Och, to twoje gadanie, ta twoja przeklęta filozofia!

— Gadanie? To nie gadanie. Tego się dotyka ręką. Oto dotykam całości, obejmuję ją. Co tu jest światłem księżyca, a co Takver?

Jakże mógłbym bać się śmierci? Skoro ją obejmuję, skoro trzymam w rękach światło…

— Nie bądź takim posiadaczem — burknęła.

— Nie płacz, kochanie.

— Ja nie płaczę. To ty. To tobie płyną łzy.

1 ... 43 44 45 46 47 48 49 50 51 ... 95
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)