Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl]
Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl]

Электронная книга - «Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl]». Краткое содержание книги:

Mieszkaniec planety Anarres, fizyk imieniem Szevek, nigdy nie potrafi zrezygnować z prawa do odrębności, do osobistej wolności, dlatego czuł się nieszczęśliwy będąc członkiem społeczeństwa ludzi całkowicie równych. Idealnym wyjściem w tej sytuacji wydaje się emigracja na sąsiednią, wrogą planetę Urras. Szevek otrzymuje zaproszenie i opuszcza ojczyznę, lecz już na pokładzie statku kosmicznego zdobywa pewne niepokojące informacje o Urras. Statek niebawem wyląduje…

Powieść otrzymała nagrodę Nebulę w 1974 i Hugo w 1975.
1 ... 44 45 46 47 48 49 50 51 52 ... 95
Перейти на страницу:

— Zimno mi. Światło księżyca jest zimne.

— Połóż się.

Przebiegł go dreszcz, gdy wzięła go w ramiona.

— Boję się, Takver — wyszeptał.

— Cicho, bracie, cicho, kochany.

Tej nocy — i przez wiele następnych — zasypiali, trzymając się w objęciach.

Rozdział siódmy

Urras

Szevek znalazł ten list w kieszeni nowego, podbitego runem zimowego palta, które zamówił w sklepie przy owej koszmarnej ulicy. Pojęcia nie miał, skąd on się tam wziął. Z całą pewnością nie nadszedł pocztą — przesyłki dostarczano mu trzy razy dziennie, a wśród nich wyłącznie rękopisy i przedruki od fizyków z całej Urras, zaproszenia na przyjęcia i prostoduszne przesyłki od szkolnej dziatwy. To był cienki kawałek papieru, złożony do środka, bez koperty; nie miał stempla franko ani też znaczka żadnej z trzech rywalizujących ze sobą kompanii pocztowych.

Ogarnięty niejasnym niepokojem, otworzył go i przeczytał:

„Jeśli jesteś Anarchistą dlaczego współpracujesz z tym systemem władzy zdradzając swój Świat i Odońską Nadzieję przecież przybyłeś tutaj żeby nam nieść tę Nadzieję. My którzy cierpimy niesprawiedliwość i ucisk spoglądamy w stronę Siostrzanego Świata wyglądając jutrzenki swobody w tej ciemnej nocy. Przyłącz się do nas swych braci!” Nie było podpisu ani adresu.

List ten wstrząsnął Szevekiem, zarówno jego poczuciem moralnym, jak i umysłem, wzbudził w nim nie tyle zdumienie, co jakby panikę. Zdawał sobie sprawę, że gdzieś tu są, tylko gdzie? Na żadnego się dotąd nie natknął, żadnego nie widział, nie spotkał dotychczas biedaka… Pozwolił, by otoczono go murem, i nawet tego nie spostrzegł. Przyjął schronienie jak jakiś posiadacz. Został zawłaszczony — tak właśnie, jak to określił Chifoilisk.

Nie wiedział jednak, jak zburzyć ten mur. A gdyby go nawet zburzył, dokąd pójść? Ogarnęła go jeszcze większa panika. Do kogo się zwrócić? Otaczały go zewsząd uśmiechy bogaczy.

— Chciałbym z tobą pomówić, Eforze.

— Oczywiście, sir. Proszę wybaczyć, sir, zrobię miejsce, postawię to tutaj.

Służący manewrował zręcznie ciężką tacą, zdjął pokrywki z naczyri i — nie uroniwszy ani kropli — nalał do filiżanki gorzkiej czekolady, która wzniosła się pieniście aż po krawędź naczynia.

Wyraźnie rozkoszował się śniadaniowym rytuałem i swoją w nim biegłością, równie też wyraźnie nie pragnął żadnych nieprzewidzianych jego zakłóceń. Zwykle mówił zupełnie czystym ajońskim, teraz jednak, ledwie Szevek wyraził chęć odbycia z nim rozmowy, przerzucił się na staccato miejskiej gwary. Szevek nauczył się rozumieć ją jako tako; odstępstwa w brzmieniu dźwięków, gdy się je raz uchwyciło, cechowała spójność, połykanie końcówek skazywało go wszakże na daremne domysły. Połknięciu ulegała połowa wyrazów. To przypomina szyfr — pomyślał — jak gdyby Nioti, jak sami się nazywali, nie życzyli sobie, by rozumieli ich postronni.

Służący stał i czekał na polecenia Szeveka. Wiedział już — zaraz pierwszego tygodnia zorientował się w idiosynkrazjach swego pana — że ten nie życzy sobie, by odsuwał dla niego krzesło ani wystawał przy nim podczas posiłku. Jego wyprężona, wyczekująca poza wystarczała, by zgasić wszelką nadzieję na odstąpienie od etykiety.

— Może byś usiadł, Eforze?

— Jak pan sobie życzy, sir — odparł sługa. Przesunął krzesło o pół cala, ale nie usiadł na nim.

— Oto, o czym chciałbym z tobą porozmawiać. Jak wiesz, nie lubię wydawać ci poleceń.

— Staram się uprzedzać wszystkie pańskie życzenia, sir.

— Istotnie, lecz nie o to mi chodzi. Jak się orientujesz, w moim kraju nikt nie wydaje rozkazów.

— Takem i słyszał, sir.

— No więc chciałbym traktować cię jak równego sobie, jak brata. Poza tobą nie znam tu nikogo, kto by nie był bogaty — nie należał do posiadaczy. Bardzo chciałbym z tobą porozmawiać, poznać twoje życie…

Urwał, zrozpaczony, dojrzawszy wyraz pogardy na pomarszczonej twarzy Efora. Popełnił wszelkie możliwe błędy. Efor uznał go za nadętego, wtykającego nos w nie swoje sprawy głupca.

W geście rezygnacji opuścił ręce na stół i powiedział:

— Och, do diabła, przepraszam cię, Eforze! Nie umiem się wysłowić. Proszę, zapomnij o tym.

— Jak pan sobie życzy, sir. — Służący wycofał się.

To był koniec. „Klasy nieposiadające” pozostały mu równie dalekie, jak były wówczas, gdy czytał o nich na zajęciach z historii w Instytucie Okręgowym w Północoniżu.

W przerwie między semestrami zimowym i wiosennym obiecał spędzić tydzień u państwa Oiie.

Po jego pierwszej wizycie Oiie parokrotnie zapraszał go na obiad, dość zawsze sztywno, jak gdyby spełniał obowiązek gościnności, a może rozkaz rządu. W swoim domu podejmował jednak Szeveka przyjaźnie, zachowywał mimo to zawsze pewną wobec niego rezerwę. Przed drugą wizytą obaj jego synowie uznali Szeveka za starego przyjaciela; ich pewność co do reakcji Szeveka najwyraźniej zaskoczyła ojca. Wprawiła go w zakłopotanie; nie umiał jej zaakceptować; nie mógł jednak powiedzieć, że była nieuzasadniona. Szevek traktował chłopców jak stary przyjaciel, starszy brat. Ci zaś podziwiali go, a młodszy, Ini, całkiem się w nim niebawem zakochał. Szevek był uprzejmy, poważny, uczciwy i opowiadał takie zajmujące historie o Księżycu; było w tym jednakże i coś więcej. Reprezentował dla dziecka coś, czego Ini nie umiałby nazwać. Nawet w znacznie późniejszym okresie swojego życia — na które ta dziecięca fascynacja wywarła głęboki, choć niejasny wpływ — nie potrafił znaleźć na to słów, prócz tych, które pobrzmiewały owego czegoś echem: słowa podróżnik, słowa wygnaniec.

W owym tygodniu spadł jedyny obfitszy tej zimy śnieg. Szevek nigdy nie widział śnieżnej powłoki grubszej niż cal. Obfitość, sama masa śnieżycy wprawiła go w zachwyt. Radował się jej nadmiarem. Była zbyt biała, zimna, cicha i obojętna, aby najzagorzalszy nawet odonianin mógł ją nazwać ekskrementalną; uznanie jej za coś innego niż niewinny przepych dowodziłoby małości duszy.

Ledwie niebo przejaśniło się, wraz z chłopcami, których zamieć cieszyła nie mniej niż jego, wybiegł na dwór. Gonili się po rozległym ogrodzie na tyłach domu Oiie, obrzucali śnieżkami, kopali tunele, budowali zamki i fortece ze śniegu.

Sewa Oiie stała w oknie ze swoją szwagierką, Veą, przyglądając się zabawie dzieci, mężczyzny i małej wydry. Zwierzątko urządziło sobie zjeżdżalnię na murze śnieżnego zamku i w podnieceniu, raz za razem, ześlizgiwało się na brzuchu jak na sankach. Policzki chłopców płonęły. Mężczyzna, który długie, grube szarobure włosy związał z tyłu kawałkiem sznurka i którego uszy zaczerwieniły się od mrozu, kierował z werwą kopaniem tuneli.

— Nie tu! — Kop tam! — Gdzie łopata? — Mam lód w kieszeni! — dzwoniły niestrudzenie wysokie chłopięce głosy.

— Oto i nasz Obcy — uśmiechnęła się Sewa.

— Największy z żyjących fizyków — zauważyła jej szwagierka.

— Jakie to zabawne!

Kiedy w doskonałym nastroju Szevek wszedł do domu — zdyszany, otupując z butów śnieg, przepełniony tym świeżym, zimnym ożywieniem, którego doświadczają jedynie ci, którzy wracają właśnie z zabawy na śniegu — przedstawiono go szwagierce Sewy. Wyciągnął do niej swą dużą, silną, zziębniętą dłoń i objął ją z wysoka przyjaznym spojrzeniem.

— Ty jesteś siostrą Demaere’a? — zapytał. — Rzeczywiście, jesteś do niego podobna.

Uwaga ta, która w innych ustach wydałaby się Vei grubiańska, sprawiła jej ogromną przyjemność. „Oto mężczyzna — powtarzała sobie w duchu przez całe popołudnie — prawdziwy mężczyzna. Co on w sobie ma takiego?”

1 ... 44 45 46 47 48 49 50 51 52 ... 95
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)