Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl]
Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl]

Электронная книга - «Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl]». Краткое содержание книги:

Mieszkaniec planety Anarres, fizyk imieniem Szevek, nigdy nie potrafi zrezygnować z prawa do odrębności, do osobistej wolności, dlatego czuł się nieszczęśliwy będąc członkiem społeczeństwa ludzi całkowicie równych. Idealnym wyjściem w tej sytuacji wydaje się emigracja na sąsiednią, wrogą planetę Urras. Szevek otrzymuje zaproszenie i opuszcza ojczyznę, lecz już na pokładzie statku kosmicznego zdobywa pewne niepokojące informacje o Urras. Statek niebawem wyląduje…

Powieść otrzymała nagrodę Nebulę w 1974 i Hugo w 1975.
1 ... 41 42 43 44 45 46 47 48 49 ... 95
Перейти на страницу:

— Otóż właśnie — przytaknęła. — Ja miałam ogromną frajdę ze spółkowania do osiemnastego, dziewiętnastego roku życia. To było podniecające, ciekawe, przyjemne. Ale później… sama nie wiem. Tak jak powiedziałeś, coraz mniejszą mi to sprawiało frajdę. Nie szukałam już przyjemności. Nie samej tylko przyjemności, to mam na myśli.

— Chcesz mieć dzieci?

— Tak, gdy przyjdzie czas.

Cisnął następny kamyk do strumienia, wtapiającego się już w cień parowu i tylko swoim gwarem — nie milknącą harmonią złożoną z dysharmonii — dającego o sobie znać.

— Ja chcę doprowadzić do końca moją pracę — powiedział.

— Czy życie w celibacie w tym pomaga?

— Zachodzi pewien związek. Nie wiem, na czym on polega, nie jest to związek przyczynowy. W tym samym mniej więcej czasie, gdy obrzydł mi seks, zacząłem też nawalać w pracy. Szło mi coraz gorzej. Przez trzy lata zupełnie nic. Jałowizna. Jałowizna na każdym polu. Jak okiem sięgnąć jałowa pustynia, prażona nielitościwym żarem bezlitosnego słońca, pustka bez oznak życia, bez odcisku stopy, bez zmazy, bez wytrysku, usiana kośćmi nieszczęsnych wędrowców…

Nie roześmiała się; zaskomlała śmiechem, jak gdyby śmiech sprawiał jej ból. Próbował dojrzeć jej twarz. Niebo za jej pociemniałą głową świeciło ostro i czysto.

— Co jest takiego złego w przyjemności, Takver? Czemu się przed nią wzbraniasz?

— Nic nie ma złego. I wcale się przed nią nie wzbraniam. Tyle że nie jest mi potrzebna. A jeśli będę kontentowała się tym, czego nie potrzebuję, nigdy nie dostanę tego, czego potrzebuję.

— A czego potrzebujesz?

Spuściła wzrok, drapiąc paznokciem odkrytą skalną powierzchnię. Nie odpowiedziała. Nachyliła się, by ułamać gałązkę księżycorośli, lecz dotknęła jej tylko, pogładziła pokrytą puchem łodyżkę i drobny listek. Szevek poznał po jej napiętych ruchach, że aby wydobyć z siebie głos, musi pohamować lub zdusić wzbierającą w niej falę uczuć. Kiedy jej się to wreszcie udało, odezwała się cicho, niemal szorstko:

— Potrzebuję więzi. Prawdziwej. Ciała i umysłu, na całe życie.

Nic więcej. I nic mniej.

Popatrzyła na niego wyzywająco, nieomal z nienawiścią.

Wezbrała w nim jakaś tajemnicza radość, niczym dochodzące z ciemności dźwięki i zapach wartkiego potoku. Ogarnęło go uczucie nieograniczonej swobody, jasności, całkowitej jasności, jakby z zamknięcia wyrwał się na wolność. Niebo za głową Takver rozjaśnił wschód księżyca; dalekie szczyty oblała srebrzysta poświata.

— Tak, to o to chodzi — rzekł bez zakłopotania ani poczucia, że mówi do drugiej osoby; zamyślony, powiedział to, co przyszło mu do głowy. — Nigdy tego nie dostrzegałem.

W głosie Takver pobrzmiewał jeszcze ślad urazy.

— Nigdy nie byłeś zmuszony tego dostrzec.

— Dlaczego nie?

— Dlatego, jak przypuszczam, że nigdy nie dostrzegłeś takiej możliwości.

— Co chcesz przez to powiedzieć, jakiej możliwości?

— Odpowiedniej osoby!

Rozważył to. Siedzieli oddaleni od siebie o mniej więcej metr, obejmując podciągnięte kolana, robiło się bowiem zimno. Oddechy mroziły im gardła jak lodowata woda. Mogli je obserwować — blade opary w nabierającej blasku poświacie księżyca.

— Ja dostrzegłam to tamtej nocy — powiedziała Takver — tej przed twoim wyjazdem z Północowyżu. Mieliśmy przyjęcie, pamiętasz. Niektórzy siedzieli i gadali przez całą noc. Ale to było cztery lata temu. A ty nie znałeś nawet mojego imienia. — W jej głosie nie było już zawziętości; wyglądało na to, że chce mu wybaczyć.

— Czy ujrzałaś we mnie wtedy to, co ja w tobie przez te cztery ostatnie dni?

— Nie wiem. Nie potrafię ci odpowiedzieć. To właściwie nie miało podłoża seksualnego. W ten sposób już wcześniej zwróciłam na ciebie uwagę. To było coś innego; ja cię zobaczyłam.

Ale przecież ja wcale nie wiem, co ty dostrzegasz teraz. Ani, na dobrą sprawę, co sama wtedy dostrzegłam. Wcale cię dobrze nie znałam. Jedynie, kiedy mówiłeś, wydawało mi się, że widzę cię na wylot, zaglądam do twego wnętrza. Ale przecież mogłeś być zupełnie inny, niż mi się zdawało. Nie byłaby to ostatecznie twoja wina — dodała. — Po prostu wiedziałam, że to, co w tobie dostrzegłam, to jest to, czego potrzebuję. A nie tylko chcę!

— I ty mieszkasz w Abbenay od dwóch lat i nigdy…

— Co nigdy? To wszystko siedziało we mnie, w mojej głowie, ty nawet nie znałeś mojego imienia. Ostatecznie osoba nie może nawiązać więzi sama z sobą!

— A ty bałaś się, że jeśli do mnie przyjdziesz, mogę nie zechcieć nawiązywać więzi?

— Nie bałam się. Wiedziałam, że jesteś człowiekiem, którego… nie można zmusić… Owszem, bałam się. Bałam się ciebie. Nie popełnienia błędu. Wiedziałam, że to nie błąd. Ale ty byłeś, byłeś sobą. Zdajesz sobie chyba sprawę, że nie jesteś jak większość ludzi.

Bałam się ciebie, bo wiedziałam, że jesteś mi równy! — zakończyła ze złością, ale już w następnej chwili dodała miękko, łagodnie: — Wiesz, Szevek, to naprawdę nie ma znaczenia.

Po raz pierwszy wymówiła przy nim jego imię. Odwrócił się w jej stronę i powiedział zacinając się, niemal krztusząc:

— Nie ma znaczenia? Najpierw odkrywasz — pokazujesz mi, co ma znaczenie, co się naprawdę liczy, czego szukałem przez całe życie, a potem mówisz, że to nie ma znaczenia!

Siedzieli teraz twarzami do siebie, lecz nie dotykali się.

— A więc tego chcesz?

— Tak. Więzi. Szansy.

— Teraz — i na całe życie?

— Teraz i na całe życie.

Życie — powtórzył w zimnej ciemności szumiący w dole po kamieniach bystry strumień.

Po powrocie z gór Szevek i Takver wprowadzili się do pokoju dwuosobowego. W kwartale w pobliżu Instytutu nie było żadnej wolnej dwójki, Takver słyszała jednak o jednej niezbyt daleko, w starej mieszkalni na północnym końcu miasta. Żeby dostać pokój, udali się do zarządcy kwartału mieszkaniowego — Abbenay podzielone było na około dwieście okręgów administracyjnych, zwanych kwartałami — którym okazała się chałupniczka szlifująca soczewki, siedząca w domu z trójką małych dzieci. Księgi meldunkowe trzymała w szafie na najwyższej półce, żeby dzieciaki nie mogły się do nich dobrać. Sprawdziła, czy pokój jest zarejestrowany jako wolny; Szevek i Takver zajęli go, wpisując po prostu do księgi swoje imiona. Przeprowadzka również nie była niczym skomplikowanym. Szevek przeniósł pudło papierów, zimowe buty i pomarańczowy koc. Takver musiała odbyć trzy kursy.

Pierwszy do rejonowego składu odzieży po nowe ubranie dla obójga; miała niejasne, lecz silne uczucie, że zmiana stroju to zasadniczy dla rozpoczęcia ich partnerstwa akt. Drugi kurs do dawnej noclegowni, raz po ubranie i papiery, powtórnie — w towarzystwie Szeveka — żeby przenieść pewną liczbę osobliwych przedmiotów: zrobionych z drutu, zawiłych, kolistego kształtu, które, zawieszone u sufitu, poruszały się. Zrobiła je z drucianego złomu przy pomocy narzędzi z magazynu zaopatrzenia rzemiosła i nazwała: Zajęcia Nie Zamieszkanej Przestrzeni. Jedno z pary znajdujących się w pokoju krzeseł było mocno podniszczone, odnieśli je więc do punktu naprawczego, skąd wzięli inne, solidne. Tak więc mieli już umeblowany pokój. Sufit w nim był wysoki, pomieszczenie zawierało więc dużo powietrza i pod dostatkiem przestrzeni dla Zajęć. Domicyl zbudowano na jednym z niskich wzgórz Abbenay i z narożnego okna w pokoju, przez które po południu zaglądało słońce, rozciągał się widok na miasto, jego ulice i place, dachy, zielone parki i zamiejskie równiny.

1 ... 41 42 43 44 45 46 47 48 49 ... 95
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)